Wymianka świąteczna - czyli nie wytrzymałam i już otworzyłam :)))

W tym roku dosyć długo zastanawiałam się nad uczestnictwem w wymiance świątecznej u Królowej Moli — czyli Fenko. Nie wiedziałam, czy chcę, ogólnie jakaś taka byłam niezdecydowana. W końcu po wielu dniach namysłu, konsultacji z zaufanymi (jakby chodziło o udział w konkursie mojego życia), zgłosiłam się. Później już pozostało oczekiwać na wiadomość kto komu, co i dlaczego tak mało ;)) A poważniej mówiąc, bardzo lubię ten klimat, kiedy nie wiemy, czyją ofiarą się staniemy, komu będzie robić prezent. Ja w tym roku nawet nie spodziewałam się na jakiego Mikołaja, a raczej Mikołajkę trafię....

Otóż kiedy już weszłam na stronę z wyczekiwanym wężykiem, sprawdziłam która biedna istotka padnie moją ofiarą... zobaczyłam czyją ja się stałam. By później przeczytać wiadomość o mojej Mikołajki. Któż to był? Myślę, że wielu z Was będzie wiedziało:):) Moją cudowną obdarowującą była... Kaś z bloga Czworgiem oczu,  radość niesłychana bo i znajoma i lubiana przeze mnie blogerka. Wymieniłyśmy się wiadomościami, zrobiłam olbrzymią listę życzeń, biedna kobietka aż nie chcę myśleć co się miała z komponowaniem dla mnie prezentu. I ja tutaj zanudzam, pewnie nikt tego nie czyta, krasnoludki biegają, a Was ciekawi jedno! Jak wyglądała paczucha i jej zawartość!!:D 
 
Dlatego już, już nie przedłużam, sami zajrzyjcie do mojej pięknej niespodzianki....
 
 
 
Ja Wam muszę powiedzieć, ileż lamentowałam biednej Kaś, dlaczego tak szybko i ogólnie ja chciałam doczekać do świąt, a tutaj już wysłane. Bidulka pewnie się zlękła, że nie chcę, albo jestem doszczętnie porąbana. No w sumie jestem, ale paczkę chciałam całym czarnym serduszkiem!! :), Kiedy już ujrzałam, wiedziałam jedno. Nie ma szans by tak stała, sama, opuszczona i czekała do tego dnia. Musiałam otworzyć....

Znacie to uczucie, kiedy w filmach ktoś dostaje paczkę, otwiera a, w środku widzi... nie prezent, a coś, co buduje napięcie? Ja nie znałam. Dzięki Mikołajce przeżywałam te wszystkie uczucia! :)
 
 
... Otwieram a tutaj coś takiego! Jeszcze muszę chwilkę poczekać, jeszcze samo otwarcie nie zdradziło tajemnicy zawartości. Mówię Wam kochani, wyjmowanie bibuły sprawiło mnóstwo radość — jak to niewiele potrzeba do szczęścia!:)


I kiedy już wyjęłam bibułę, oczom ukazał się ten oto widok... Zapiszczałam z radości!! Naprawdę, tak cudnie, z sercem zapakowane prezenty, karteczki z opisami rozczuliły mnie. Siedziałam i zachwycałam się przez kilka minut, nie wiedząc, czy zostawić — bo żal niszczyć i pozbawiać pięknej szaty podarunków, czy w końcu sprawdzić co tam się kryje...
Kasiu moja! Tyle radości, jeszcze zanim dowiedziałam się co, dla mnie wybrałam, byłam szczęśliwa i wzruszona! Paczka zrobiona w taki sposób, o jakim mogłam sobie tylko wymarzyć:) Teraz nawet jak piszę, wspominam te piękne uczucia radości:)

Wiem, dalej jesteście ciekawi, co było w środku. Zanim Wam pokażę, muszę coś zdradzić. Podczas jednej z wiadomości dotyczącej moich preferencji, napisałam, że ucieszę się ze wszystkiego. Nawet z kolorowego szkiełka. Wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, co ta cudowna kobieta sprezentuje! :)


Pierwsze co otworzyłam, co sprawiło, że totalnie rozmiękłam, a moje smoliste serduszko zabiło szybciej, było.... KALEJDOSKOPEM ! :)(: Kolorowe szkiełka! Lepiej tego nie można było zmaterializować. Wspomnienie dzieciństwa, cieszyłam się jak mała dziewczynka. Jeszcze raz dziękuję:) Oczywiście paczucha zawierała wiele innych wspaniałości, dla tych którym trudno się dopatrzyć, śpieszę z opisami.
Przepiękne wymarzone książki — strzał w dziesiątkę, nawet mamusia się podczepiła do czytania:)
HERBATKA — bo czytanie bez dobrej aromatycznej herbatki jest, no nie jest. Musi być, zwłaszcza zimą i podczas świąt!
Cudne bombeczki (te czerwone) Tego pudełeczka nawet nie zamierza otwierać, siedzi radośnie na mym regaliku szczęścia ( zainteresowanych odsyłam na mój instagram )
Świeca zapachowa — którą się dosłownie narkotyzuje, ponieważ mój ukochany zapach:)
Prywatna zakładka — Nikt, absolutnie nikt takiej zakładki nie ma:) Jestem szczęśliwa!:)
Woreczek łasucha — czyli coś, co niedźwiadki lubią najbardziej:):):)
Kalejdoskop (to zielone w choineczki) - moja wielka przeogromna frajda ( kolorowe szkiełka) Muszę zdradzić, że ta z pozoru mała rzecz ucieszyła nie tylko mnie, ale całą rodzinę;)
Kartka z przepięknymi życzeniami — Dziękuję!:)

Paczuszkę rozpakowaliśmy i już wiecie jakie cudowności otrzymałam. Kasie z całego serduszka jeszcze raz dziękuję — chociaż miała biedna relację na żywo w wiadomościach, co ja tam wypisywałam;) Tyle euforii musiało znaleźć ujście. Jestem szczęśliwa, wymarzona paczka!
Czytaj dalej...

Klamki i dzwonki

źródło


Moim ubiegłorocznym odkryciem była twórczość Magdaleny Knedler, która zasłynęła dzięki zupełnie innej odsłonie Pana Darcy'ego. Na początku podchodziłam do książki z dystansem, by później na końcu stwierdzić, że autorka ma niesamowity dar pisania. Oczekiwałam kolejnych nowych, między czasie miałam przyjemność poznać osobiście twórczynię niesamowitych książek, popełniłam wywiad, który na pewno się ukaże. Były pewne problemy, ale będzie!
Wracając do omawianej książki, byłam ciekawa kolejnej odsłony. W jakie zakątki ludzkich osobowości zostaniemy poprowadzeni — bo każdy musi wiedzieć. Nawet jeżeli autorka napisze romans, to na pewno jego poziom będzie zupełnie inny od tych już wcześniej poznanych...

Jakież były moje odczucia podczas obcowania z lekturą Klamek i dzwonków, czy polubiłam bohaterów i wczułam się w ich życie ?

Eliza Ostaszewska miała marzenie, które po części zaczęła realizować. Własny tomik poezji, zorganizowany wieczorek poetycki. Dosyć długo pracowałaby dojść do celu i w końcu się udało. Może nie była powszechnie znana, ale kto powiedział, że nie można próbować zostać kimś więcej, niż tylko dorabiającą bibliotekarką. Praca na skrawku etatu, dorywcze korepetycje. Życie na pół gwizdka. Wieczne odkładanie pieniędzy, by w końcu wymarzony dzień mógł się spełnić. Miało być tak pięknie, jeden telefon i dotychczasowe troski odeszły na drugi plan. Schowane w kąciku na inny termin.

Nauczyła się żyć z dala od głębszych uczuć, przywiązywanie do innych ludzi było niebezpieczne. Dlatego ograniczyła swoje kontakty do minimum. Tak było bezpieczniej. Teraz, tak nagle musi zmierzyć się z przeszłości i tragedią niegdyś bliskiej przyjaciółki.

Jak Eliza sprosta zadaniu, które spadnie na jej barki, czy można odmówić prośbie osoby u kresu własnego życia?

Życie Alberta potoczyło się w dosyć dziwny sposób, zbieg okoliczności. Jedna urwana chwila. Może gdyby wtedy miała dalszy ciąg, teraz nie siedziałby we własnym mieszkaniu z poczuciem, że coś jest nie tak. Małżeństwo od dawna umierało, żona na siłę próbowała, aby ich rodzina się powiększyła. Im więcej nacisku i desperacji, tym bardziej oddalali od siebie.

On coraz częściej wracał wspomnieniami do pewnego spotkania w bibliotece, do zdarzenia, które wryło się w jego pamięci.

Dwoje ludzi mieszkających niedaleko. Kiedyś ich ścieżki się skrzyżowały aby, szybko rozdzielić i potoczyć w inne strony. Po latach los ponownie postawi ich obok siebie, jednak wcześniej podjęte decyzje rzucą cieniem na teraźniejszość.

Młoda kobieta, nagle zostająca opiekunką nastoletniej dziewczynki. Obie zagubione w nowych rolach. Próbujące radzić sobie i układać nowe życie.
Zapracowany adwokat, próbujący odmienić przyszłość, wplątujący w skomplikowane relacje.
Niby zwykła codzienność, jakże niekiedy bliska każdemu człowiekowi. Jedna źle podjęta decyzja, czy można zmienić bieg przeznaczenia? Jak odczarować los, sprawić by niemożliwe stało się możliwe?

Trudno jest mi napisać o książce, która w swej niewielkiej objętości zawiera tak wiele. Magdalena Knedler udowodniła, że jest pisarką utalentowaną. Poruszając tematy, zdawałoby się przerabiane, ukazała w zupełnie odmienny sposób. Zmuszając czytelnika do uczestniczenia w codzienności każdej z postaci. Ukazując ich słabości i walkę o samego siebie. Upadek i czasem powolne, ale jednak podnoszenie się do pionu.

Nie można jednoznacznie napisać, jacy są bohaterowie. Mam wrażenie, że tutaj każdy musi sam się z nim zapoznać.

Eliza, kobieta żyjąca w pewnym sensie z dnia na dzień, zostaje wciągnięta w problemy dawnej przyjaciółki. Przeszłość, która jawiła się ze smutkiem, musi powrócić. I lata stawiania muru nagle legły w gruzach. Zmierzenie się z chorobą i opieka nad zupełnie obcą dziewczynką. Nagle musi odnaleźć w zupełnie nowej sytuacji.  Przestać chodzić ponad chmurami, zejść na ziemię, gdzie trzeba zmierzyć z innymi niż dotychczas troskami. Nie wiem, czy polubiłam Elizę, ale nie odczuwałam do niej antypatii. Zastanawiałam się, jakie będzie podejmowała decyzje, jak ułożą się jej relacje z córką przyjaciółki. No i przede wszystkim czy życie uczuciowe w końcu się poukłada.

Większy problem miałam z oceną Alberta, troszkę mnie on denerwował. Niby nie kochał żony, ale nie potrafił się rozstać. Niby wiedział, że już nic nie pomoże temu małżeństwu, ale... Cały czas było jakieś  ale  i zobowiązania. Był to taki typ mężczyzny, których sama nie lubię. Chociaż z drugiej strony miał coś w sobie. Jak już napisałam na początku, książka nie jest jednoznaczna, trzeba przeczytać, aby zrozumieć każdego bohatera. A i tak ocena końcowa nie będzie łatwa.

Przyznać muszę, że fabuła z jednej strony wydaje się bardzo prosta i niczym nie zaskakująca, ale z drugiej czytałam zafascynowana. Oczekując tego, co wydarzy się na kolejne stronie. Zastanawiając co, tym razem zrobi Eliza albo Albert. I chociaż ja skupiłam się na opisie tylko tych dwojga, to w książce poznacie wielu bohaterów. I to nie będą jakieś tam płaskie postaci. O nie, nie. Kto poznał Magdalenę Knedler wie, o czym piszę. Tutaj każdy odgrywa swoją rolę, która nie jest bez znaczenia.

Chciałabym, aby każdego, kto nie jest pewny czy warto, przekonać, że jak najbardziej. Książka jest niesamowita. Zajmująca i zmuszająca do myślenia. W dodatku mój kochany Wrocław. Mam nadzieje, że więcej nie potrzeba do zachęty!
 
 Za możliwość przeczytania książki, dziękuje wydawnictwu Novae Res
Czytaj dalej...

Strażnicy kryształów




Przygodę z Pięcioma królestwami rozpoczęłam zupełnym przypadkiem, coś w opisie było na tyle interesującego, że postanowiłam zaryzykować. Sięgając po pierwszy tom, nie wiedziałam czego, mogę się spodziewać. Nie znałam jeszcze słynnego autora. 
Gdy już wciągnęłam się w wir przygód porwanych dzieci, oczekiwałam kolejnego tomu. Niestety czas, z jakim przyszło się zmierzyć, był z byt długi.

Druga część za mną i teraz pora by opisać kolejną, trzecią już. Nie będę oszukiwała, te przerwy robiły na niekorzyść w odbiorze i kojarzeniu faktów z poprzednikami. Jednak zanim opiszę wrażenia, zacznę od nakreślenia fabuły.

Cole zmierza do kolejnego królestwa, po wielu przygodach, które nie jeden raz naraziły go na niebezpieczeństwo, nie czuje się, ani bliżej, ani dalej rozwikłania zagadki i sposobu powrotu do domu, do swojego świata.

Wkraczając do Zeropolis zupełnie nie spodziewa się tego, co tam zastanie. Miejsce, które w pewien sposób najbardziej przypomina to, w którym niegdyś przyszło mu się wychowywać, a z którego został niespodziewanie porwany. Każda decyzja, jaką musi podjąć albo oddala, albo utrudnia powrót do domu. Nadzieja jest coraz mniejsza, ale w tym nowym królestwie wraz z grupą podróżujących przyjaciół dowie się wielu istotnych informacji, dzieci będą musiały kolejny raz zmierzyć się z przedsięwzięciem, do jakiego wprowadzi ich ruch oporu i śmiałkowie, którzy sprzeciwiają się wielkiemu formiście. Sytuacja groźna, ale mająca na celu odnalezienie zaginionej siostry Miry, Konstancji oraz przyjaciół Colea.

Chłopiec dowie się, że jego pojawienie się chyba nie do końca stało się przypadkowe, otrzyma wiadomość, która pozostawi jeszcze więcej pytań, ale niestety żadnych odpowiedzi. Czy rzeczywiście rola Colea będzie miała aż tak ogromne znaczenie dla mieszkańców Pięciu Królestw i jaka jest szansa, by ponownie znaleźć się w swoim świecie, no i dodatkowe najważniejsze pytanie, kiedy już dojdzie do powrotu? Jak będzie wyglądało życie jego i reszty porwanych dzieci, czy prawdą jest, że tam w domu nikt o nich już nie pamięta, a jeśli tak? Co wtedy?

Napisałam we wstępie, że dosyć długie odstępy między tomami nie posłużyły na plus w odbiorze całości, ponieważ fabuła każdej książki jest naprawdę mocno rozbudowana, składająca z wielu elementów, które odgrywają ważną rolę. I tak szczerze mówiąc, nie bardzo pamiętałam co, działo się w drugim, nie wspominając już pierwszego. Chwilami musiałam dłuższy moment przypominać, o czym mowa w fabule, by skojarzyć, że jest nawiązaniem do poprzednich wydarzeń.

Wracając do omawianej książki, to strażnicy kryształów mogę chyba uznać za najlepszą część. Nie wiem dlaczego, może samo Zeropolis było dla mnie łatwiejsze do wyobrażenia i poruszania po nim wraz z bohaterami. Czego nie miałam w poprzednich częściach, oczywiście nie oznacza to, że są one gorsze. Tutaj bardziej chodzi o moją wyobraźnię, chyba jestem troszkę oporna na pewne schematy. I za nic nie mogę wizualizować niektórych opisów miejsc.

Natomiast trzecie królestwo jawiło się bardziej przychylnie dla mojego umysłu, mogłam wtopić się w uliczki, albo usiąść w pojeździe podobnym do naszego pociągu czy też samochodu. Nawet ubrania i niektóre przyrządy były jakby wzorowane na tych ziemskich.

Co do samej akcji, była oczywiście wartka i nie pozwalała na znużenie, tutaj dowiadujemy się różnych ciekawostek na temat tego, czy powrót Colea jest możliwy, jak to może wyglądać w praktyce. Razem z chłopcem, gdzieś tam na dnie świadomości zadamy sobie pytania, czy naprawdę jest sens, by walczyć o opuszczenie pięciu królestw. Może życie tutaj nie byłoby takie straszne. Tak wiele minęło czasu, nie ma pewności, że rodzice oraz inni znajomi będą pamiętali o grupce dzieci, które pewnego halloweenowego wieczoru wyszły po cukierki i ślad po nich zniknął.

Sama wielokrotnie zastanawiałam się, czy chłopiec powinien jeszcze wracać do domu, z drugiej jednak strony jestem bardzo ciekawa, ile jest prawdy tym, że gdzieś daleko rzeczywiście nikt o nich nie pamięta. Mam nadzieje, że rozwiązanie będzie zaskoczeniem, którego się nie spodziewam.

Autor postarał się o niesamowicie rozbudowaną i bogatą w detale fabułę. Co w pewnym sensie jest ogromnym autem, ale znowu chwilami męczy. Czasami odnosiłam wrażenie, że wszystkie przygody, sytuacje nigdy się nie skończą, cały czas coś się musi zepsuć, nagła zmiana akcji i znowu Cole jest w niebezpieczeństwie, a nie zapominajmy, że jest dzieckiem. Natomiast opisywane sceny są jakby dla starszych bohaterów. Tutaj będę się czepiała. Bo niby dzieci — cóż to jest dziesięć lat. A zadania, z którymi nie jeden dorosły miałby problem, tu mi się gryzie i nie bardzo pasuje do całości. Zbyt wiele przeszkód, za wiele komplikacji, których no ja nie ogarniam. Na szczęście to tylko moje jakieś marudzenie, podejrzewam, że dzieci lepiej się odnajdują w tego typu lekturach, a ja chyba zbyt krytycznie podeszłam. Niemniej jednak książki są naprawdę ciekawe i serwują sporo wrażeń.

Dodam tylko od siebie, aby z rozpoczęciem serii wstrzymać się do wydania całości, gdyż czas oczekiwania psuje efekt uczestniczenia w przygodach.
 
 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Secretum.
Czytaj dalej...

Nie piszę recenzji, piszę co myślę...

źródło


Czasem nachodzą mnie przemyślenia, ogólnie, kiedy Bruchal zaczyna myśleć na czymś, jest to znak, że na pewno powstanie stosowna notatka. I tak od kilku dni, po głowie mojej, nieco rozczochranej w ostatnich dniach, kołatała się pewna sprawa.

Temat bliski wielu, poruszany u niektórych, omawiany, komentowany — wzbudzający wiele emocji. Pisanie o książkach. Jak ono powinno wyglądać? Kiedy tekst, który popełniliśmy, możemy nazwać recenzją, a kiedy tylko li, tylko luźnym zlepkiem słów, dostojnie nazywanych opiniami. Nie mam ochoty robić analiz tego, kto jak pisze, zastosowuje formy i tym podobne. Napiszę o sobie i własnych spostrzeżeniach.

Zakładając bloga, jakieś cztery lata temu z hakiem, nie wiedziałam, czy będę pisała o książkach. Nic nie wiedziałam. Strona powstała a ja dalej myślałam. W końcu spróbowałam. Jako człowiek nierozgarnięty w świecie interentów obawiałam się reakcji odbiorców. Jaki sposób pisać ? Czy potencjalny czytelnik nie uzna mych wypocin za stek bzdur.

W końcu się odważyłam. Pierwsze nieśmiałe zdania ułożyły się w większy tekst. Nie miało to formy, nie miało niczego, co przyciągało. Nie wiedziałam, jaka mam być. Z początku wyobrażałam sobie, że moje teksty powinny być profesjonalne. By wiedzieć jak to robić, zasięgnęłam wiedzy, w internetach. Rzecz jasna. Poczytałam opinię znawców, osób wiedzących jak robić odpowiednio. Powróciłam na własne łono i posmutniałam. Pisać w sposób formalny — nie chciałam. Zawsze robiłam wszystko na opak. Nie lubiłam powielać schematów. Dlatego oklepane formy raziły niemiłosiernie. Teksty miały być mną, a ja tekstem. Wtedy zrozumiałam, że muszę być sobą w tekstach. Oczywiście ubierając własne myśli i emocje w odpowiednie słowa. Jako że ironia to moje drugie imię, opinie zyskały właśnie taki wydźwięk. Do tego doszło trzecie — literówka.
Robię błędy, nie kryję się z tym, co nie oznacza, że mam gdzieś pomyłki. Walczę dzielnie z zagubionymi przecinkami, zjedzonymi końcówkami. Niestety, wrodzony chaotyzm wygrywa — dodatkowo uwielbiam wymyślać własne określenia. Często celowo zmieniam poprawne nazwy. Dlaczego? By ironia zyskała na sile. Nie, nie chcę obrażać czytelników i autorów. Po prostu teksty są moje, ja jestem ich autorem. Chcę by były jak najbardziej autentyczne.

Wiele razy dochodziły mnie reakcje - „jak Ty dziwnie piszesz”, tak każdy, kto robi coś inaczej, zostaje włożony do działu DZIWNY. I szczerze mówiąc mnie to nie specjalnie przeszkadza. Tak, jestem inna. Jestem może dziwna, ale jestem sobą. Nie będę pisała tekstów, które według znawców mają być poprawne, ale przez to bezpłciowe, pozbawione mnie samej.  Jaki byłby sens pisać?

Znajdziesz błąd w moim tekście? Napisz! Koniecznie. Na pewno poprawię i jeszcze podziękuję. Jak wspomniałam, jestem rozkojarzona, korekta jest moją słabą stroną, chociaż proszę uwierzyć na słowo. Sprawdzam kilkadziesiąt razy. Na koniec i tak po pewnym czasie wyłapię błędy. Nie jestem ideałem. Jak każdy człowiek mogę się pomylić.

Wchodząc na mojego bloga, zapoznając z tekstami, każdy, powinien mieć świadomość, że nie znajdzie tu suchych tekstów. Może być kontrowersyjnie, może być mnóstwo emocji. Bo taka właśnie jestem. Cieszę się z każdego czytelnika. Doceniam wiernych odwiedzających, oczekuję nowych. Mam nadzieje, że każdy znajdzie coś dla siebie.  

Nie zmienię się. Nie zacznę pisać tak, jak uważa się za poprawnie. Wtedy przestałabym być sobą. 


Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka