Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno



Wyobraź sobie, że masz szesnaście lat, a od ośmiu lat w nocy do Twojego łóżka zakrada się chłopak – najlepszy przyjaciel Twojego brata. Jakby tego było mało, ten sam człowiek w ciągu dnia przestaje być kochany i wspierający, a staje się sarkastycznym i opryskliwym cwaniakiem. Gdzie w tym wszystkim sens? Jak zrozumieć zaistniałą sytuację i co więcej – pogodzić się z przeszłością i przestać myśleć o sytuacjach, które nie pozwalają swobodnie oddychać?
Mówiąc szczerze, spodziewałam się czegoś więcej. Choć fabuła powoli się rozwijała, mojej uwadze nie uszedł fakt, że to wszystko było dość mocno przewidywalne. Wyjątkiem mógłby być ewentualnie wątek rodzinny, który niesamowicie mnie poruszył i zawładnął moimi emocjami. Przez cały czas darzyłam sympatią główną bohaterkę – Amber. Dziewczyna była dla mnie skromna, poukładana i przede wszystkim "normalna". Wiedziała czego chce, była w tym wszystkim szczera, kierowała się w życiu konkretnymi zasadami i potrafiła dążyć do tego, co wcześniej sobie zamierzyła. Ale co się działo ze mną, gdy pojawiał się Liam! Chłopak przeszedł niesamowitą przemianę i byłam naprawdę pod wrażeniem jego postawy, której niejeden mógłby mu pozazdrościć. Niesamowite było jego zaangażowanie w cały związek, życie Amber i Jake'a oraz pomoc, której udzielał tym dwojgu w trudnych chwilach. Wkurzała mnie Jessica i ten nieszczęsny, tragiczny, obłudny, okropny i odrażający ojciec Amber. Co to było za chłopisko! Krew buzowała mi się w żyłach, gdy czytałam o tym, co on najlepszego wyrabiał. Miałam ochotę krzyczeć, gdy znowu jego postać się pojawiała i nie dawała spokoju głównym bohaterom. Jeśli Pani Kirsty chciała wywołać taki efekt w czytelniku, to gratuluję – udało się.
Niestety, nie wszystko było takie wspaniałe. Jak wspomniałam wyżej, historia była dla mnie za bardzo przewidywalna i oklepana. Wkurzało mnie to, że nagle w życiu Amber wszystko szło jak po maśle, nie było żadnych trudności, tylko wieczna sielanka. Dopiero pod koniec powieści coś zaczęło się dziać, pojawiły się kłopoty i historia stała się dynamiczna. Nie jestem osobą cierpliwą, więc fakt, że wszystko tak wolno się rozwijało sprawił, że odczuwam delikatny niedosyt. 
Tytuł – dla mnie zbyt długi i sprawiający, że o powieści myśli się jak o romansie czy typowym New Adult. Co ważniejsze – nie odzwierciedla fabuły, wręcz przeciwnie – kieruje czytelnika w zupełnie inną stronę. Być może to nawet zaleta, ale... jakoś nie dla mnie.
Podsumowując, książkę i tak polecam, ponieważ uważam, że autorka świetnie wykreowała postacie i pokazała problem, jakim jest rodzinna przemoc. Historia, choć mocno rozdrobniona i tak wciąga, ale głównie dzięki temu, że Pani Moseley ma świetne pióro. Jeśli macie ochotę na lekką książkę, która umili wam wolne, majówkowe dni, nie wahajcie się ani chwili! Miłej lektury!

Czytaj dalej...

Projektantka - Film



Dawno nie opisywałam filmu, a przecież jak większość wie, nie samymi książkami żyje. Jestem również maniaczką filmową i dobrą ekranizacją nie pogardzę. Rzutem na taśmę a raczej moją kobiecą intuicją zdecydowałam się na niewiele mówiący tytuł, po prostu poczułam,że muszę go obejrzeć i tak też się stało. Szkoda,że nie wiedziałam o tym, by odpowiednio się przygotować do seansu.. No cóż....

Po latach nieobecności dorosła już  Myrtle "Tilly" (Kate Winselt)  powraca do rodzinnego miasteczka, z którego to jeszcze w dzieciństwie została wywieziona.  Kobieta nie do końca pamięta dlaczego została odebrana matce i osadzona w szkole z internatem, pamięta strzępki, gdzieś po głowie snuje się dziwna świadomość, że została oskarżona o morderstwo, ale jak? Co dokładnie się wydarzyło? I czy rzeczywiście do tego doszło? Odpowiedź musi odnaleźć tutaj, w tym sennym miasteczku, gdzie czas jakby stanął w miejscu, zaś dawne zawiści wciąż były pielęgnowane i pilnowane by nigdy o nich nie zapomniano. 
Ktoś jednak musi znać prawdę, może matka Tilly? Teraz nazywana przez mieszkańców Szaloną Molly (Judy Davis). 
Jedno jest pewne, kobieta wróciła ku przerażeniu osadników. Wraz z nią powrócił strach i niepokój. Jakie tajemnice skrywa miasteczko i czym wzbudziła zainteresowanie dojrzała już Tilly?  W jakim celu przywiozła ze sobą przybory oraz maszynę do szycia? 




Wielkie brawa dla reżysera i zarazem scenarzysty Jocelyn Moorhouse, za tak cudowne ukazanie fabuły, za stworzenie niesamowitego klimatu filmu, który już od pierwszych minut zaskarbia sobie zachwyt widza.  Często przeżywam gdy podczas pierwszych minut trzeba czekać na rozwój wydarzeń, by w końcu poczuć, że oto produkcja jest interesująca i zaczyna wciągać. W tym przypadku już sam wstęp intryguje, a później jest tylko lepiej.  
Mamy retrospekcje z czasów dzieciństwa, kiedy miało miejsce tragiczne w skutkach zdarzenie, ale nie tylko do tego wracamy, są to migawki z wielu różnych sytuacji, z którymi zmagała się główna bohaterka - wtedy bezbronna. Teraz jednak wróciła, z maszyną do szycia. Chcąc wzbudzić zainteresowanie mieszkańców. 
Już własną postawą budzi szok i niedowierzanie. Upłynęło tyle lat, nikt się nie spodziewał, że ta "smarkula" odważy się zjawić w miasteczku, a tutaj nie dość,że pozwoliła sobie na podobną śmiałość, to jeszcze budzi zazdrość swoimi strojami.  
Tilly nie zamierza się zniechęcić, nawet kiedy jej własna matka utrudnia i robi wszystko by odeszła, i nigdy więcej się nie pokazywała. 

Sama przeciw wszystkim? Nie do końca, okazuje się, że są dwie osoby nie wierzące w winę z przed lat. Jedną z nich jest sierżant Farrat ( (Hugo Weaving) oraz sąsiad Teddy ( Liam Hemsworth ), którzy okażą się oparciem w trudnych chwilach, rozbawią i wesprą. 
Ekscentryczna matka, policjant z sekretem i zamiłowaniem oraz przystojny sąsiad. Można powiedzieć, że kwartet wyborny. Bo każda z postaci będzie miała swój ogromny wkład w życie Tilly, oraz na to co wydarzy się później... Jak się okazuje małe społeczności skrywają sporo tajemnic, które są maskowane słodkimi uśmiechami, życzliwością oraz pomocą, ale za ścianami własnego domu każda maska spada, wtedy ukazuje się prawdziwe oblicze. Każdego. 




 Dawno, naprawdę bardzo dawno nie przeżyłam tylu emocji, tylu reakcji podczas oglądania filmu.  Niezupełnie wiedziałam co tak naprawdę stworzył reżyser, jednak obsada mnie uspokajała. Bardzo lubię Kate Winselt oraz Liama Hemsworth'a. Przyznać muszę, że efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Coś niesamowitego, byłam, dalej jestem pod ogromnym urokiem tego co stworzył reżyser. Wspomniałam, że już wstęp budzi zainteresowanie, kolejne sceny są tylko lepsze. Gra aktorów po prostu mistrzostwo, widać jak bawili się swoimi kreacjami. I tak Kate wcielająca się w postać Tilly, w jednej chwili była wytworną damą, która w nosie miała wszelakie konwenanse, by za chwile toczyć walkę ze swoją mamusią, używając do tego różnych przedmiotów. Na ogromne brawa zasługuje odtwórczyni roli Molly, matki głównej bohaterki. Judy Davis, pokochałam tę kobietę, wprost zachwycałam się fenomenem jej wczucia w każdy gest, każde słowo. To jak poczuła się Molly. Naprawdę wielkie uznanie.  Podobnie było z Hugo Waeving. 
Na pewnej stronie przeczytałam, że prawa Winselt Hemsworth  to kompletne nieporozumienie, zupełnie się z tą opinią nie zgadzam. Mimo, że Kate ma już swój wiek, to jakoś nie potrafiłam sobie wyobrazić innej aktorki na jej miejscu. I chociaż chwilami widać, że czas pozostawił swoje ślady, nie odczułam z tego powodu dyskomfortu podczas oglądania, wręcz przeciwnie.

Projektantka to typowy komedio-dramat gdzie ironia przeplata się ze strasznymi wydarzeniami, gdzie uśmiech gaśnie w jednej minucie.  Każdy mieszkaniec ma na swoim sumieniu coś, czego powinien się wstydzić, co gdyby ujrzało światło dzienne mogłoby spowodować nieodwracalne zmiany.  Wszyscy Ci ludzie, którzy tak bardzo nienawidzili Tilly, mieli swój wkład w jej przeszłość, wszyscy uczynili jej życie takie, a nie inne. I kiedy nastał odpowiedni czas, poczuli, że oto przyszła pora rozliczyć się ze swoimi grzechami. 


Każda postać, nawet ta najmniej zdawałoby się ważna, została zagrana wyśmienicie. Dzięki czemu film jest tak bardzo realny i prawdziwy. Ukazane emocje są namacalne. I kiedy oglądana sytuacja jawiła się groteskowo - śmiałam się do rozpuku. Jednak gdy sprawy zaczęły zmieniać obrót, gdy fabuła zaczęła ukazywać sytuacje z nieco innej strony, gdzie wydarzyło się to co miało wydarzyć, wylałam potoki łez. I przeżywałam tak bardzo mocno, że nie mogłam sobie poradzić z targającymi emocjami. Nie miałam pojęcia, że film wywrze na mnie aż tak ogromne wrażenie, że tak bardzo będę to wszystko przeżywała.
Uwielbiam kino kostiumowe, a przyglądanie się jak nasza Tilly zmienia szkaradny styl mieszkanek zadymionej osady, było czymś niebywale interesującym. W dodatku robiła to w bardzo oryginalny sposób.
Nas sam koniec muszę wspomnieć o muzyce, muzyce, która jest wisienką na torcie filmu. Często wspominam jak bardzo ważne w filmach są efekty dźwiękowe, jak nie jeden raz ratują całą produkcje przed kompletnym fiaskiem.  Tutaj do genialnego scenariuszu do chodzi David Hirschfleder ze swoją przepiękną muzyką która porusza wszystkie struny duszy, która pozwala się śmiać, albo płakać rzewnymi łzami.  Nie wiem w jaki sposób panowie to uczynili, ale dla mnie i w moim odczuciu powinni dostać najlepsze nagrody. 

Nie powiem, że polecam ten film. Ja wnoszę apel by koniecznie, jak najszybciej obejrzeć Projektantkę! Tylko nie zapomnijcie o chusteczkach, ja nie miałam... cóż. Rękaw zawsze służy.  
Co się zaś tyczy samego zakończenia... powala na kolana.Czapki z głów, szczęki zbierane z podłogi.

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKA. 


 
Czytaj dalej...

Dziewczyna o kruchym sercu....



Zdaje sobie sprawę, że po przeczytaniu tej opinii wielu z Was będzie uważało,że jestem chodzącym kamieniem.  Wiem również, że co niektórzy zechcą mnie spalić na stosie, bo przecież jak to jest możliwe, że jako jedyna będę miała odmienne zdanie. I przede wszystkim. Dlaczego zawsze muszę być tym wyjątkiem, tą która mówi to co mówi. Staram się we wstępach nie ułatwiać Wam rozpoznania moich odczuć względem książki, tym razem doszłam do wniosku, że chyba uprzedzę. Bo co wrażliwsi może zrezygnują z dalszego czytania. Nie zgodzą się ze mną i ja to rozumiem. Mam tylko prośbę, nie bądźcie dla mnie zbyt surowi, jestem jeszcze człowiekiem ;) chyba.

Poznajmy Janka i Ulę. On jest tym, który podbija serca swoich koleżanek, Ona jest tą, która zdaje się być niewidzialna. Niewiele osób potrafi powiedzieć coś więcej na temat Ulki. Jedynie, że jest chora na coś poważnego i nie lubi ludzi.  Przeciwieństwo Janka, bo on ludzi lubi bardzo, zwłaszcza dziewczęta. I traf chce, a może przeznaczenie?  Chłopak dostanie zadanie pomagać Ulce w pewnych sprawach no i jeszcze w zadaniach z matematyki. Z czego główna zainteresowana nie będzie za bardzo zadowolona, mało tego na każdym kroku będzie próbowała zniechęcić swego "prześladowcę", i robiła wszystko by ten odstąpił od swojej trudnej misji.  
Na szczęście Janek nie daje się tak szybko spławić, wszak wyzwania są czymś motywującym, a fakt jakim charakterem odznacza się Ulka tylko go zaintryguje. Dlatego tych dwoje z jednej strony sobie dogaduje, a z drugiej po cichu czuje sympatię.  

Dosyć długo nie wiemy na jaką chorobę zapadła Ulka oraz o co chodzi z Jankiem. Bo niby jest jakimś tam wolontariuszem, ale zdaje się, że jego praca ma jakieś większe znaczenie z ukrytym dnem, o którym wie garstka ludzi, a my sami dowiadujemy się gdzieś tam hen pod koniec. 
Co do choroby dziewczyny to też jakieś błądzenie we mgle, niedomówienia, zagadki, googlowanie i tak dalej. Poznajemy rodziców tych dwojga. O ile u Ulki jakoś to wygląda, tak u Janka... Boże Wszechmogący i Wszyscy Święci!!! Ten jego tatuś to kompletny **** !!!!  Matka i rodzeństwo to takie pionki w grze, o której dowiemy się oczywiście później. Jedno jest pewnie. KAŻDY musi robić to co powie Tatuś... Słodziusio. 
Jak większość z Was się domyśla bohaterka książki jest śmiertelnie chora, jednak nie wiemy czy umrze czy zdarzy się cud.

Od czego ja mam zacząć, może tak od razu przejdę do swych odczuć. A mianowicie było tak. Nie czułam nic poza nerwem na ojca i ten doprowadzał mnie do granicy mojej wytrzymałości, miałam nieposkromioną ochotę go unicestwić, ale się niestety nie udało. Co się tyczy relacji Ulki i Janka. Na początku spodobało mi się jej podejście i jego odbiór jej zachowań, a później? Później to ja czekałam na coś co mnie poruszy, albo chociaż nie wiem, no cokolwiek, jakiś atak terrorystów, brak prądu podczas reanimacji, no COŚ! Nie, jednak tak się nie stało. 
I kiedy tak sobie czytałam o nich, czytałam i czytałam, czytałam to potem zaczęłam się zastanawiać o co chodzi z Jankiem, bo o coś tam chodziło i chyba nie mogę napisać o co dokładnie, ale powiem tak. Nie kupiłam tego. NIE. To co było tym czymś ukrytym mnie wręcz dobiło. To było straszne i ogólnie jakieś dziwne i NIE. NIE i jeszcze raz NIE. Ich miłość mnie nie poruszyła. Tak nie mam serca, karty zostały odkryte, pamiętacie szkołę uczuć? To miało być lepsze, ale to na szkole uczuć wylałam potoki łez moje serce upadło i nie mogłam go podnieść z ziemi, tutaj? Moje serducho nawet nie drgnęło... Mało tego, odliczałam strony kiedy zakończę tę naciągniętą i smętną historyjkę. Zabijcie, możecie napisać o mnie co chcecie. Niestety, nie poczułam tego. 

A najbardziej zepsuła obraz tego wszystkiego misja Janka. Jego tajemnica, która miała być takim BUM.  Mnie opadły skrzydełka jak już ogarnęłam temat, wręcz otwierałam oczy ze zdziwienia i zastanawiałam się czy autorka nie miała ochoty zrobić z tego paranormal romance. Bo jeżeli tak, to ok, a jeżeli nie, to nie mam więcej pytań. Jestem tylko w lęku.

Męczyłam się, okrutnie. Dawno, bardzo dawno nie przeżyłam takich katuszy podczas czytania. Po przekroczeniu magicznej liczby 230 stron miałam dosyć, ale dawałam szanse, bo wiem z doświadczenia, że niekiedy nagle coś zaskakuje i czytanie pochłania, ku mojej ogromnej rozpaczy było tylko gorzej. Styl autorki mnie umęczył, jeżeli pani Rodzeń kiedyś przypadkiem natknie się na mój tekst, to proszę mi wybaczyć, ale nie udało się. Nie dołączę do grona fanów, jeszcze nie teraz. Być może z inną książką, inną historią. 

I na koniec zostawiłam sobie zakończenie, które było gwoździem do trumny. Tak. Zakończenie miało mnie zaskoczyć, miało mi wydrzeć serce, na co liczyłam. Okazało się, że moje serce dawno zaglądało w stronę poduszki, a ja przyswajając tekst próbowałam pojąć co się porobiło. Zamknęłam książkę, odłożyłam na stół. I nic. Jest mi przykro. Bardzo przykro. Nie będę nikomu polecała ani doradzała. 
Będę jedynie śledziła inne opinie. Jestem niesamowicie ciekawa czy zostanę odosobniona w swoich odczuciach.


Kasiu i Irenko! Mam nadzieje,że mimo wszystko nie spisałyście mnie na straty :).

Czytaj dalej...

Szklane dzieci




Wierzycie w duchy? Nawet jeżeli nie, to chyba każdy na myśl o nich chociaż raz w życiu poczuł dreszczyk niepokoju. Niby rozum nie dopuszcza do siebie istnienie czegoś, co nikt nie udowodnił, a jednak. Coś chyba jest na rzeczy. Słyszeliście o nawiedzonych domach? Z pewnością, w nie jednej miejscowości opowiadano plotki o starym opuszczonym domu, w którym nikt nie chce mieszkać bo... jest nawiedzony... Pozostaje pytanie, przez kogo? Zjawiska, zwanymi paranormalnymi czy może te bardziej przyziemne?  Jak to jest? Pytań bardzo wiele, odpowiedzi niby też, ale dziwne uczucie się pojawia, a na samą myśl o spotkaniu ze zjawą cierpnie skóra. 
Szklane dzieci miałam jeszcze NIE czytać, miałam tylko sobie zerknąć jakim stylem posługuje się Kristina Ohlsson i tak sprawdzałam,że nim się obejrzałam byłam już u samego końca. Środek nocy, od zawsze mówiłam,że nie czytam tego typu książek, gdzie coś straszy i w ogóle, a tutaj duchy.. .no gdzież, przecie wcale, ale to wcale się nie bałam.  Cóż mnie tak wciągnęło? 


 Wraz ze śmiercią ojca dwunastoletniej Bille, jej mama postawia sprzedać dom w mieście i przenieść się wraz z córką na wieś, w miejsce swoich czasów dorastania, bo jak twierdzi taka zmiana powinna być dobra dla ich obu. I tak obie trafiają do miejscowości zwanej Ahus,  domu nieco dziwnie wyglądającego, który od początku nie podoba się dziewczynce. Niestety, mama czuje się szczęśliwa i od razu postanawia nabyć nieruchomość. 
Decyzja zostaje podjęta, teraz tylko uporządkować nowy dom i zacząć nowe życie, może lepsze? A może nie...

Dla Billie wydaje się dziwne,że poprzedni właściciele nie zabrali ze sobą mebli, ba! Oni nawet nie zabrali większość rzeczy, które zostały pozostawione tak jak gdyby ktoś wyszedł, miał za chwilę wrócić, ale jednak tego nie uczynił. Dlaczego? Co doprowadziło rodzinę do nagłego opuszczenia domu? Wersja oficjalna to nagła zmiana pracy jednego z rodziców, tylko coś w tej całej historyjce wydaje się być podejrzane. I dziewczynka postanawia dowiedzieć się czegoś więcej na temat wcześniejszych mieszkańców, lecz zanim do tego dojdzie doświadczy przedziwnych zjawisk.  
Jednym z nich będzie tajemniczy odcisk dziecięcej rączki na stoliczku pozostawionym w salonie. I nie byłoby może w tym nic takiego gdyby nie fakt,że stało się to podczas nieobecności obu mieszkanek.  Później zrobiło się jeszcze straszniej, tajemnicze coś stukało do okna Billie znajdującego się na piętrze i jeszcze.... lampa w salonie. Sama się kołysała, jakby ktoś specjalnie ją rozbujał, bo okna były zamknięte więc jakim cudem? Dom ewidentnie "żył", coś było z nim nie tak.

Niestety wiedza to jedno, a przekonanie mamy do własnych racji drugie. W jaki sposób udowodnić coś co przytrafia się tylko dziecku?  Nie ma rady, trzeba zebrać dowody, a mogą być nimi poprzedni właściciele i powód przez, który zdecydowali się opuścić dom. 
Podczas zbierania informacji kilka razy padło określenie "szklane dzieci", kim były? Dlaczego ktoś nadał im taką nazwę i jaki miały związek z aktualnym miejscem zamieszkania Billie? I czy dziewczynka jest gotowa na poznanie prawdy? 


Wspominałam,że mam cudowne zdolności wyobrażania sobie o czym będzie książka, a potem się okazuje,że TADAM jest zupełnie w innym klimacie. Tak, tym razem nie stało się inaczej. Owszem zdawałam sobie sprawę,że będzie jakie straszydło w domu, ale no przecież bohaterami są dzieci, to chyba tak jakby lektura kierowana do młodszej publiczności, a co za tym idzie skala strachu powinna być zaniżona. I teraz najciekawsze, albo mój poziom jest naprawdę brutalnie niski, albo dzieci teraz mają nerwy ze stali, albo pomyliłam grupy docelowe.
W każdym razie no książka ma poziom, ma klimat, który cały czas mnie przynajmniej, trzymał w takim dziwnym niepokoju, bałam się zerknąć wraz z Billie do tego okropnego salonu w którym dyndała lampa sama z siebie. A gdyby tak do mojego okieneczka na pięterku coś zaczęło pukać, to ostatnim puknięciem jakie bym usłyszała byłoby to z mojego serca, a później zeszłabym na zawał. Poważnie. Tak jawne objawy nawiedzania doprowadziłyby mnie biedną do załamania nerwowego i witaj szpitalu dla obłąkanych.  Tak właśnie by było. Nie inaczej. 

Kiedy wraz z dziewczynką dowiedziałam się historyjek dotyczących chałupki to miałam ochotę sama zbierać kopyta za pas i wiać gdzie pieprz rośnie - mam nadzieje,że mój home nie ma podobnych wspomnień, bo Jezusie Nazarejski. Umówmy się, że jedyne duchy jakie mogą po nim spacerować to dziadka i babci.  Wracając do tematu, otóż nasza dziewuszka bawi się wraz z nowo zapoznanym kolegą z wiochy w detektywów, do pomocy jest jeszcze koleżanka z miasta. Czyli Ich troje, a raczej Ich dwie, On jeden. Fajnie mu.  Sprawa wygląda tak. Każdy coś wie, powiedzieć jednak nie chce nikt. Nie ładnie, oj nie ładnie. Na szczęście zgrane trio się nie poddaje i węszy uparcie. Jakież okaże się rozwiązanie tej zagadki z dreszczykiem? Tego oczywiście nie zdradzę, powiem tak. Zakończenie jest najlepsze...

Słów jeszcze kilka na temat stylu autorki, który to jak wspomniałam na początku chciałam tylko sprawdzić, a wyszło już sami wiecie jak. Pani Ohllson pisze jak to na skandynawskich pisarzy przystało. Czyli jest ten charakterystyczny klimat, który kojarzy się tylko z tymi terenami i nawet kiedy jest spokojnie, to człowiek i tak czuje niepokój. Jak oni tam mieszkają? Nie wiem, Skandynawia kojarzy mi się z legendami o tych wszystkich.. no nie o tym teraz. Chodzi o to, że tamtejsi autorzy potrafią stworzyć otoczkę, ten ich nastrój, który sprawia, że człowiek zaczyna wierzyć w coś jeszcze, a nie tylko działanie ludzi. Mam nadzieje,że rozumiecie do czego nawiązuje. 
Podsumowując, książkę przeczytałam w mgnieniu oka, czułam strach, niepokój i niby nie powinnam bo przecież to nie typowy horror, to jednak podziałało na mnie. I brawa za to dla autorki. Aż strach pomyśleć co dzieje się w poważniejszych książkach...  Szczerze polecam!!  

Za możliwość przeczytania książki, dziękuję wydawnictwu Media Rodzina.

Czytaj dalej...

Stosik na dzień książki :) (:

Kochani! Tak, dzisiaj jest wielki dzień dla każdego książkoholika, dzisiaj jest Światowy Dzień Książki!!!  Mam nadzieje,że każdy z nas uczci go w należyty sposób ( ja oczywiście nie wytrzymałam i zamówiłam jedną książkę, - musiałam) Uzależnienie od książek w moim przypadku z każdym dniem się pogłębia i już chyba pogodziłam z faktem, że zamiast kupić   coś "do chleba" zamówię książkę. Tak, zjem suchą kromkę, od ust sobie odejmę na rzecz dobrej lektury. Takie życie. 

Dlatego w myśl tak pięknego dnia, postanowiłam zapodać Wam stosikiem, bo jak to tak na blogu bez tego co najważniejsze?:)  Zapraszam do podziwiania, komentowania, dzielenia się swoimi opiniami:). 



Zaczynamy od ... Dołu! :) 

1.  " Aleksandra"  Osyp Nazaruk -  Mam nadzieje,że większość z Was domyśla się o czym jest książka. Pan Nazaruk ukazuje historię słynnej sułtanki Hurrem, ja jako fanka serialu, złapałam się na maniakalnym śledzeniu prawdziwej historii, więc tego typu lektury są dla mnie niebywale ważnymi perełkami:). 

2. "Harem Sulejmana"  Colin Falconer - Czy to już obsesja? Mam nadzieje,że nie:) jestem stuknięta na punkcie historycznych podań, a w dodatku tutaj jest tak orientalnie Pasuje te określenie? 

3. Historia bez cenzury" Wojciech Drewniak - Ciągle się zastanawiam czy ja to sama zamówiłam, czy przypadkiem do mnie dotarła;) Na szczęście każdy chwali więc zaczęłam się z niej cieszyć:). 

4.  " Oddam Ci słońce" Jandy Nelson - Swego czasu było GŁOŚNO o tej historii, i tak długo do niej się zabierałam w końcu koleżanka mi pożyczyła, zaczęłam czytać i... chwilowo utknęłam. Coś mnie zatrzymuje, nie pozwala iść dalej..., ale przeczytam. Jak będę gotowa. 

5.  " Bez słów" Mia Sheridan - Recenzyjka straszy na blogu - Ci, którzy nie mieli okazji zapoznać się, zapraszam:). 

6.  "Wyścig" Jenny Martin - Irena powiedziała, że jest fajna, a ja uwierzyłam - muszę przestać słuchać się Ireny i Sylwii xD 

7.  "Szklane dzieci" Kristina Ohlsson - Irena powiedziała,że to będzie fajne, przeczytałam bulrb i doszłam do wniosku, że chyba ma rację - jak nie. Będzie na Irenę :D 

8.  "Srebrny chłopiec" Kristina Ohlsson - Bo jak brać niewiadome to od razu serią, a potem wyć w poduszkę albo do księżyca,że się popełniło błąd :D Miejmy nadzieje,że będzie ciekawe:).



 No i jak każdemu wiadome, musi  być pokaz okładek :)



                                        Obie są wstrętne, no po prostu tak brzydkie,że aż serce boli od samego patrzenia - gdzie był grafik?


                                         Ekhmm.. no sami widzicie... Bez Słów... No także ten tego... Bliźniaki ok, ale ten PAN... no.... fajny nie? xD 

                                         Tutaj obie bardzo przypadły do mojego gustu, zresztą wydawnictwo MG cudnie wydaje książki, są wspaniali!

                                         Na zdjęciach tego nie widać, ale na żywo obie okładki się tak fajnie świecą, opalizują poświatą ..... ;)



 Co  i komu najbardziej przypadło do gustu, a co już przeczytaliście i polecacie..., albo i nie? :)



Czytaj dalej...

W ramionach gwiazd


Ostatnimi czasy mam zdolności dziwnego przeskakiwania z jednego gatunku literackiego w drugi jakże odmienny... I tak z dalekiej przeszłości wskoczyłam na pokład Ikara, by wraz z jego mieszkańcami przemierzać bezkres kosmosu, poznać znaną księżniczkę LaRoux oraz sławnego bohatera wojennego, który tak naprawdę powinien być niewidzialny dla otoczenia, ale z racji zasług, trafia tam gdzie jest Lilac, a my wraz z nią go poznajemy. I jak się okazuje, to spotkanie dwojga ludzi z zupełnie innych klas "społecznych" potrwa nieco dłużej..., ale o tym za chwilę. 
Książka ujęła mnie swoją okładką, tak wiem - "nie oceniaj książki po okładce", ale nie udało się w tym przypadku. Postanowiłam zaryzykować i zakupić. Czy było warto?  Zapraszam do dalszej części opinii. 


 Jest przyjęcie, wszyscy zebrani goście to bardzo ważne i oczywiście znane osobistości. Tarver  też się na nim znalazł, chociaż nie urodził się w szanowanej rodzinie. Traf jednak chciał, że jako młody żołnierz zdobył wiele zasług i oto zyskując rangę majora otwiera przed sobą niektóre furtki, nie wszystkie rzecz jasna.
Przechadza się więc nasz żołnierz między ludźmi i rozmyśla, o tym gdzie jest, gdzie mógłby być, ale nie jest. Nad tym jak wygląda jego życie. I w pewnym momencie spostrzega... Ją. Siedzi samotnie, a pierwsze co rzuca mu się w oczy to jej ogniście rude włosy i ta twarz. Taka inna. I przygląda się jej, chociaż nie powinien, bo jak to tak bezceremonialnie obmacywać spojrzeniem kobietę z wyższych sfer. Nie uchodzi...

Ona  siedząca samotnie zastanawia się, gdzie podziały się jej towarzyszki. Zawsze wychodziły razem, poruszały wspólnie po pokładzie statku, a teraz ich nie ma! Przyglądając się zebranym, bawiącym gościom, spostrzega wpatrującego się w nią młodzieńca, i chociaż zdaje sobie sprawę, że JEJ nie wolno robić podobnych rzeczy, to ten jeden raz chce się poczuć prawie normalnie, jak zwykła dziewczyna, a nie jakaś tam księżniczka. Więc tak po prostu upuszcza rękawiczkę ( w celu nawiązania kontaktu) Romantyczne prawda? Nawet przez chwilę możemy przyglądać się tej jakże uroczej konwersacji dwojga zainteresowanych sobą ludzi... Później przychodzą koleżanki i czar pryska. France jedne, też sobie moment wybrały. 


Później, jakoś troszkę później ( nie pamiętam jak bardzo, ponieważ książkę przeczytałam dosyć dawno i mam pewne luki w pamięci..) No więc później dochodzi do zdarzenia na statku, panienka LaRoux wraz z Majorem ( nadmienię,że już ich relacje nie są tak słodkie jak z początku) zmuszeni zostają wspólnie w jednej kapsule opuścić Ikara, który o zgrozo lada chwilę ulegnie zniszczeniu. W ostatniej chwili udaje im się uciec, lodują na nieznanej planecie. Na całe szczęście Tarver jak to na żołnierza przystało potrafi odnaleźć się w każdej, nawet bardzo trudnej sytuacji. Tutaj ma przed sobą obcą planetę i księżniczkę, nieco rozkapryszoną, w cudnej sukni i jeszcze cudniejszych pantofelkach, niekoniecznie zdatnych do wędrówki.. Bo niestety, ale przed tą uroczą parą stanie wizja spacerku w celu szukania jakichkolwiek śladów bytności ludzi.

W jaki sposób księżniczka LaRoux sobie poradzi, co Tarver spostrzeże gdzieś tam wysoko w gwiazdach i jakie niespodzianki ma przyszykowane nowa planeta, dla swych nagłych przybyszy? 

 Nie mam pojęcia jak to się dzieje, ale już od jakiegoś czasu zwróciłam uwagę na pewną schematyczność, to znaczy w moich oczekiwaniach względem książki, a tego co tam zastaję. I  ja sobie tak w wyobraźni myślę,że akcja pójdzie mniej więcej w takim kierunku, a tutaj BUM, jest zupełnie, zupełnie co innego. Nie mówię,że źle, ale jednak. Smutno mi,że moja intuicja zdycha, a ja się nie potrafię przygotować  odpowiednio. No nie ważne. 
W każdym razie zaczęłam czytać, a nadmienię, że SYLWIA ( kolejny raz) mnie zmaltretowała i nie mów,że nie, bo tak było! I postanowiłam czym prędzej zamówić i przeczytać. No więc czytałam i teraz uwaga... poleci głowa Sylwii ?

Lilac i Tarver, fajna była z nich para, chociaż ona na początku tak mnie wkurzała,że miałam ochotę złapać ją za rudą czuprynę i przeciągnąć po ziemi, tak o dla zabawy. No niemożliwa dziewucha, i ja niby wiedziałam,że ona w pewnych momentach nie miała innego wyjścia do okazywania prawdziwych myśli, czy uczuć, ale  po  wypadku momentami przechodziła samą siebie. 
Co się tyczy Tarvera ( co za beznadziejne imię..) On był fajny, on był taki jak trzeba, tylko ja do niego nic nie poczułam. I to jest straszne. Nie jeden raz zakochiwałam się w postaci, nawet sobie śniłam w przypływie konkretnych emocji, snułam marzenia o ślubie i tak dalej, a tutaj? No nic. Moje serduszko nie zabiło szybciej... Dalej kocham Thorntona...

Wracając do książki, przemierza nasza para bezkres nowej planetki, coś troszku podobnej do Ziemi, ale jednak nią nie będącą. Nie jest łatwo, ponieważ spacer długi i męczący, nie mają pojęcia co ich czeka za krzaczkiem tudzież wzgórkiem. Lilac nie ułatwia tej całej wędrówki, i przez pewien czas jesteśmy świadkami ciągłych utarczek słownych między młodymi, a że narracja jest prowadzona z obu perspektyw mamy wgląd na myśli jednej i drugiej strony. 
Przez dosyć długi czas nic aż tak interesującego się nie dzieje, aczkolwiek nie mogę powiedzieć, że było nudno. Właśnie nie, ale nagle... fabuła zmienia klimat, niby czujemy ten dreszczyk niewiadomej, może i nawet strachu co też się pojawi, bo tu kosmos, tu odkryta planeta, i wtem Lilac zaczyna słyszeć głosy - nie, nie ma schizofrenii. Chociaż przez pewną chwilę sama stawia sobie takąż diagnozę. I od momentu gdy wraz z księżniczką odkrywamy, że głosy są no jakby to ująć PRAWDZIWE - ja przyznam się szczerze jakoś tak z dziwnym lękiem czytałam. Serio. Bo tutaj głosy, tu jakieś dziwne gwiazdy świecące, dwa księżyce i oni tam gdzieś sami. Naprawdę, czekałam aż wyskoczy z wnętrza ziemi zmutowane oko saurona...
Przez niemalże calutką książkę idziemy,  gdzieś do celu. Nie zdradzę czy docieramy, co dzieje się później ,ale.. powiem tak. Sama zresztą nie wiem co powiedzieć. Wiele osób pisało,że zakończenie było czymś zupełnie innym niż tego co oczekiwali, ja Wam powiem lepiej. Dla mnie cała książka jawiła nie tym czego oczekiwałam, więc zakończenie już mnie tak nie osłupiło - jestę kosmitę. 

Ogólnie W ramionach gwiazd jest inna, czuć w niej ten kosmos, takie charakterystyczne coś, co zawsze kojarzy mi się z programami typu - co jeszcze możemy odnaleźć w naszej galaktyce? Albo "czy ufo istnieje?". Rozumiecie do czego nawiązuje? Mam nadzieje. No i tak czytając to się ciągle bałam,że wyskoczy ten sauron, albo ufoludek, ale taki jak z filmu "żona astronauty" Jezusku jak mnie on przerażał jak wylazł z Deppa, Boże kochany! Wtedy to ja byłam tak zlękniona, że no szok! I właśnie takie miałam wrażenie podczas tejże lektury, że te głosy to takie stworki. Niestety nie mogę zdradzić tajemnicy czym oni/one byli, jednakże no to co było potem, spodobało mnie się bardzo i czułam się ukontentowana. Ponieważ duet autorów świetnie sobie poradził i nie stworzył głupiutkiego romansidełka z gwiazdkami w tle dla lepszego polotu. Co się natomiast tyczy samego zakończenia... Nie tego oczekiwałam. SYLWIA!!! Miałam być w szoku, ale to chyba przez ten strach głosów. Mówię wam, to był ewidentny powód. Bałam się i już.  
Podsumowując... książka jest ciekawa, trochę odbiega od schematów, mimo wątku miłosnego, ja nie miałam ataku syndromu tęczy... POLECAM!!


Czytaj dalej...

Bez słów


Większość z nas ma jakieś wspomnienia, o których z chęcią chciałaby zapomnieć, większe lub mniejsze tragedie. Bo nie jest powiedziane, że rozmiar nieszczęść jest wyznacznikiem cierpienia, ale tego jak każdy z nas potrafi sobie poradzić z wyrządzoną krzywdą... 
Każdy ma swoje granice wytrzymałości, które do pewnego momentu chronią nas przed wpadnięciem w rozpacz, z której niekiedy bardzo trudno się uwolnić. Powody mogą być różne. I chyba wielu w przypływie narastających problemów miało ochotę uciec, uciec by może gdzieś tam daleko odnaleźć zagubiony spokój. 
Czy ucieczka rzeczywiście pomaga? Czy pozostawienie za sobą przeszłości jest tym co potrzebujemy? 

Bree uciekła, zostawiła swoje życie gdzieś tam daleko. Teraz stoi przed domem, który postanawia wynająć na pewien czas. Jak długo? Tego jeszcze nie wie. Pewne jest jedno, to tutaj do małego miasteczka nad jeziorem przywiódł ją los, a może coś  podświadomie ciągnęło dziewczynę do miejsca, w którym dawniej czuła się szczęśliwa? 
Teraz obejmując wzrokiem okolice czuje, że postąpiła słusznie, ale pozostaje najważniejsze pytanie, co zrobić, żeby te lęki przestały ją nachodzić? Istnieje nadzieja,że Bree jeszcze kiedyś poczuje się spokojna, że przestanie rozpaczliwie uciekać przed tym co ją prześladuje...?

Archer, żyje z dala o innych. I chociaż wychował się w tym małym miasteczku, zna każdego mieszkańca, to z żadnym nie utrzymuje kontaktu. Mieszka samotnie w domu na uboczu, którym zajmuje się z oddaniem.   
Skrzywdzony jako małe dziecko, wychowywany przez wuja. Odseparował się od reszty społeczeństwa, uznawany za nienormalnego. Z biegiem lat przyzwyczaił się do swojego losu, nie rozumiał dlaczego ludzie traktują go w taki, a nie inny sposób. Jak odmieńca, jak kogoś gorszego. 
Dlaczego? Co tak strasznego wydarzyło się w przeszłości i jaką tajemnicę nosi w sercu Archer? 

Trochę czasu upłynęło zanim zdecydowałam się napisać kilka zdań na temat książki, która jeszcze przed premierą została uznana za fenomen. Często powtarzam,że nie lubię czytać aż tak zachwalanych lektur, istnieje bowiem ryzyko,że jak zwykle MNIE się nie spodoba, i jak zwykle będą tą OKRUTNĄ, ZŁĄ i PODŁĄ krytykującą. Jak więc było w przypadku Mii Sheridan i jej Bez słów? 
Od razu pozwolę sobie na szczerość. Nie, ta książka mnie nie zmasakrowała emocjonalnie. Nie nie wpadłam w wir wydarzeń i NIE, nie pochłonęła mnie fabuła w takim stopniu, że zatraciłam się w niej, tracąc poczucie czasu. Nie.  Aż tak nie było. Po cichutku liczyłam,że może i mnie się uda wczuć jak innym.  Niestety, jak widać mam serce ze stali. Jednak zanim zaczniecie szykować podpałkę do mojego stosu, poproszę abyście się wstrzymali. Bo fakt,że nie zostałam wgnieciona w fotel, nie oznacza, że Bez słów spisałam na straty. Absolutnie NIE.  Zacznę od oceny bohaterów... 

Bree, nie wiem czy ona miała taka być, czy autorce po prostu nie udała się jej postać, bo musiała stworzyć postać kobiecą, więc na poczekaniu wymyśliła jej historyjkę, tylko gdzieś po drodze zapomniała o konstrukcji osobowości.  Przyjeżdża sobie, ma jakiś problem. Ok. Niechaj będzie. Tylko jej zachowanie jest tak... irytujące delikatnie mówiąc, że od przewracania oczami rozbolała mnie głowa. Nie kupiłam jej opowieści, nie przemówiła do mnie. Fakt. Później w pewien sposób jakby się zmienia, przestaje drażnić. Po prostu jest. I już. Bo musi.  Bo tak trzeba. I tyle. 

Archer -  jedna z blogerek napisała, że to dla niego czyta się książkę, że to jego się kocha. I ja się pod jej słowami podpisuję obiema rączkami. Tak. Archera się kocha, jemu się współczuje z całego serca.  Jego dramat jest jednym z najbardziej poruszających. Jego dusza zdaje się być tak piękna, tak bardzo niewinna. I tego młodzieńca naprawdę się kocha, mimo,że przecież jest takim odludkiem, nie ma żadnego obycia w tym wielkim świecie..., ale to chyba właśnie ta niewinność przyciąga. Bo nim chce się opiekować, nie jak dzieckiem, nie. Budzą się zupełnie inne uczucia względem jego postaci, nie jest to litość. Lecz żal, żal,że ktoś mógł tak okrutnie skrzywdzić dziecko, że nikt nie zainteresował się tragedią chłopca. I po upływie tylu lat, stał się praktycznie niewidzialnym...

I mimo,że na początku napisałam,że książka nie wgniotła mnie w fotel, że nie porwała już od pierwszej do ostatniej strony, to winnam się przyznać, że był moment kiedy łzy same popłynęły, że autorka nawet moje serce ze stali poruszyła. Cieszę się, że zdecydowałam przeczytać Bez słów. Może nie wywarła na mnie takiego wrażenia jak na przykład Hopeless, po którym przez kilka dni nie mogłam się pozbierać, to jednak uważam,że i ta jest godna uwagi oraz polecenia.  

"Przyniosłeś ciszę, 
najpiękniejszy dźwięk, jaki słyszałam, 
bo cisza była tam, gdzie byłeś ty. "
 
 
Czytaj dalej...

I że ci nie odpuszczę




Ślub, jedno z ważniejszych wydarzeń w życiu każdego człowieka. Jedni biorą go z obowiązku, inni jak należy... z miłości.  Romantyzm aż się wylewa z każdej strony, ferwor przygotowania pochłania każdą wolną minutę. I nie pozostaje już nic, a tylko wyczekiwać TEGO dnia. 
Kiedy suknia już czeka w domu, kiedy sala ubrana, a jutro krocząc przez kościół zajrzy w oczy ukochanego i zobaczy w nich.... No właśnie, co? Co zobaczyła Kalina w twarzy swego "za chwilę męża" stając przed ołtarzem? I czy widok był taki jaki oczekiwała? 

Wieczór panieński, tradycja albo i nie, grunt, że razem z przyjaciółkami można spędzić ostatnie chwile wolności, przeżywać, powspominać to co było, ponieść wodzę fantazji i pobawić w kreowanie przyszłości już nie jak "ja", a "my". Wszak to tak romantycznie brzmi, już od teraz będziemy tworzyli jedność i tak dalej. Kalina czuje ten dreszczyk ekscytacji, piękna suknia zdobi pokój i jeszcze tylko ten jeden wieczór, jedna noc i.... 
Koleżanki śmieją się, doradzają i podpytują. W końcu euforia zaczyna udzielać się nie tylko przyszłej pannie młodej. Jedna z nich coś próbuje zasugerować, ale oczywiście po alkoholu rozmowy przeważnie toczą się w innym kierunku i tak naprawdę, na drugi dzień nikt ich nie chce pamiętać, a tym bardziej przejmować się nimi. A może jednak czasem, wypadałoby skrzętnie zanotować wypowiedziane słowa mimochodem? 

Nadchodzi ta godzina, ten moment wejścia do kościoła. Kalina zmierza w kierunku wybranka, i jego twarz wcale nie odzwierciedla tego samego co jej, nie widzi oddania i zaślepionego miłością spojrzenia. Coś chyba jest nie tak. Może stres? Na pewno! W takim dniu KAŻDY przez małą chwilkę odczuwa stres, by później móc ze śmiechem wspominać tak nieoczekiwaną, zupełnie irracjonalną reakcję. Problem w tym, że przyszły mąż mówi coś zupełnie innego aniżeli powinien, a w dodatku jedna z przyjaciółek zdaje się nagle wiedzieć bardzo dobrze o czym mowa. Czy możliwe jest by scenariusz rodem z filmu pod tytułem "kto zna powód by ta para nie zawarła związku małżeńskiego" odegrała swoje pierwsze sceny na JEJ, KALINY ślubie?  

Kalina w przypływie rozpaczy i wściekłości postanawia nie rezygnować z wykorzystania podarowanego prezentu, jak sobie tłumaczy jakieś "odszkodowanie" za poniesione straty uczuciowe i nie tylko, jej się należą. Tak więc z wypchaną walizeczką oraz książką pod pachą udaje się do starego dworku w którym to powinno znajdować się SPA. Już w drodze do posiadłości coś zaczyna wyglądać podejrzanie, jednak dziewczyna albo udaje, że nie widzi ostrzegawczych sygnałów, albo jest naprawdę naiwna, dlatego już za chwilę stoi przed dworkiem, który... no niekoniecznie jawi się jako luksusowy kurort wypoczynku i odnowy, ale to jest tylko dopiero początek niefortunnych przypadków i wypadków z jakimi będzie musiała się zmierzyć bohaterka. Co jeszcze zaserwował autorka? I jaki będzie miał wpływ na Kalinę pobyt w tym jakże uroczym miejscu ? 

Książka pani Szarańskiej może nie zalicza się do literatury "wysokich lotów", jednak szczerze przyznam,że miło spędziłam czas czytając ją . Jest to w pewnym sensie komedia okraszona lekkim "kryminalikiem", który to dodaje wątku sensacyjnego fabule. I chociaż całość jawi się banalna i przewidywalna to w ogólnym rozrachunku wychodzi ciekawie i lekko. To taki typ "odmóżdżacza" na wieczór po ciężkim dniu. 

Bohaterzy są ciekawie zarysowani, Kalina nie jest drażniącą postacią, chociaż czasami jej pomysły i tok rozumowania rozbrajają, chyba najbardziej polubiłam miejscową kucharkę i jej pomocnicę. Kobiety, które mnie rozśmieszały i sprawiały, że nie mogłam się doczekać co też dalej wymyślą. Ich interpretacja SPA w wiejskim wykonaniu rozłożyła mnie na łopatki i w pewnym sensie zadziwiła. Ponieważ czegoś podobnego sama bym nigdy w życiu nie wymyśliła. 

I chociaż I że Ci nie odpuszczę na tle innych komedii, którymi się zachwycałam i zachwycam wypada nie aż tak genialnie, to nie mogę powiedzieć, że książka nie jest warta przeczytania, bowiem ma w sobie coś za co można polubić, za sprawą czego ze chce się po odłożeniu, powrócić do przerwanej lektury. I to jest chyba najważniejsze. 

Dlatego jeżeli poszukujecie czegoś na dwa wieczory, do odprężenia i poprawienia humoru, z czystym sumieniem mogę polecić  powyższą książkę. Nikt nie powinien się rozczarować. 

Tekst stanowi oficjalną recenzję dla portalu DużeKa
Czytaj dalej...

O kobietach, superbohaterkach ;)






W prawdzie dzień kobiet już minął i można by powiedzieć, że jakbym się spóźniła z tematem, ale nie... Od właśnie tego beznadziejnego dnia kobiet wszystko się zaczęło. Otóż.. ale zanim przejdę do tematu uprzedzam,że tekst jest czysto subiektywny, troszkę ironiczny jednak nie ma na celu naśmiewania się z żadnej ze stron, ot takie luźnie przemyślenia wydobyte na podstawie obserwacji..

Do tej pory nie traktowałam w jakiś specjalny sposób dnia kobiet, ot przychodził sobie, panowie albo dali czekoladę, albo kwiatka, zrobiło się jakoś tak weselej, bo niby marzec i zdaje się wiosna, ale jednak jakoś zawsze wypada,że zimno. Więc i kwiatek u końca zimy sprawić radość powinien, no i sprawiał... 
Jakoś tak się złożyło,że tegoroczny dzień kobiet był dla mnie paskudny, od rana.Szłam do pracy śnieg sypał, wiatr zawiewał a ja połykałam łzy, miałam nadzieje,że może później będzie lepiej, ale nie. Później było tylko gorzej. Od jakiegoś czasu tak sobie obserwuje, to co widzę niekoniecznie mnie się podoba. 
Na przykład rola nas kobiet,jak się okazuje niektórym panom bardzo żal jest zapodać tym marnym kwiatuszkiem, wyrwanym ze szklarni, owiniętym paskudną folią, wsadzonym w tłumie innych do wiadra i sio... na chodnik, szczęśliwe te, które trafią w bardziej humanitarne miejsce. No i taki biedny tulipanek na przykład zostaje hurtowo zakupiony "dla bab" z pracy, i potem rzucony prawie pod nogi, żeby mieć z głowy. A taka BABA na ten przykład z szacunku do biednego kwiatka,  który i tak już wygląda jak zwłok, powstrzymuje się do machnięcia nim po japie takiegoż delikwenta, nie mającego szacunku nawet do biednej roślinki. I tutaj właśnie zaczynają się moje przemyślenia.... 

Kobiety,  niby już wyzwolone, niby już mogące wszystko, a jednak. Dziwnym trafem większość ciągle jest pod wpływem tych, którzy nie zawsze okazują się tacy jak być powinni. Bo z początku wydaje się, że będzie tak... 





Później wychodzi, że po przyjęciu cudnych kwiatuszków, dopada nas szaro bura rzeczywistość. I tak jakoś nie bardzo się tym wszystkim cieszymy, bo cholera jasna no miało być dobrze, miałam być tą naj naj, a teraz siedzę w garach, piorę jego skarpetki, ganiam po zakupy - do pracy też. A on przychodzi sobie z firmy, zasiada przed telewizorem i co? I ma wszystko w nosie bo jest... ZMĘCZONY.... Naprawdę? No niemożliwe, ale tak całkiem serio?? No kurde, ja to przecież wypoczęta jestem, właśnie wypucowałam calutką chałupkę, ugotowałam obiadek, wracając z pracy zrobiłam zakupy, a teraz jeszcze mam w planach nastawić pranie. I pomyśl sobie, że wcale, no ale mówię Ci, ani trochę nie czuję się zmęczona!! A może Ja Ci jeszcze przygotuję kąpiel, no bo skoro taki zmęczony to relaks jak najbardziej.

I tak to się właśnie kończy, kobietki walczyły o swoje równouprawnienie, ale ja się tak czasem zastanawiam czy naprawdę o to im chodziło? Bo po prawdzie nie zmieniło się zbyt wiele, dalej robimy to co robiłyśmy z tą różnicą, że jeszcze mamy do odklepania 8 godzin w pracy - szczęściary.  Inne jadą 12-stki, a potem drugi etat "gosposia", na kochankę czasem, a raczej często brakuje sił i nawet chęci, ale... nie martwmy się! Są miłe panie, które nas zastąpią, nawet dostaną za to prezent i kwiaty, o których wy już dawno zapomniałyście :) 




Najlepsze się zaczyna kiedy... Tak. Zostajemy rodzicami. Rodzicami w liczbie mnogiej jesteśmy podczas chwalenia się przed rodziną i znajomymi. Kiedy jednak zamykają się drzwi ukochanego domku, tatuś jakże zmęczony cichutko, cichusieńko wycofuje się do swojego zacisza ( tutaj wpisz co twój posiada) I tam udaje bardzo zajętego kontemplowaniem. I Uchowaj Boże przeszkadzać! Mama? No mama to przecież superbohaterka. Mama - NIE kobieta. Nie mylić. Często mamy przestają czuć się kobietami.., no więc mamy popierniczają  ze ścierą, trzymając na bioderku dzieciaczka, trzecią ręką mieszając kaszkę, a czwartą wieszając pranie. Tak. My kobiety jesteśmy niezniszczalne. No przecież nawet wykąpać się potrafimy w minute, wliczając w to depilacje. Bo tatuś już puka do drzwi, bo bobas się rozżalił - biedactwo tak rzadko widuje własnego ojca, że nie bardzo ogarnia czego ten obcy chłop od niego chce. 



Co najdziwniejsze - naukowcom jeszcze nie udało się dojść jak to jest możliwe. Mamy (kobiety uśpione) w ferworze zajęć potrafią znaleźć czas na przeczytanie kilku stron książki, pomalowaniu paznokci, by chociaż dzięki temu nie zapomnieć,że... do jasnej ciasnej w dalszym ciągu są KOBIETAMI!!! I tylko z łezką w oku przypominają czasy gdy marzyły o swoim wybranku dzielącym się zajęciami domowymi pół na pół, który przynosił stokrotki z pobliskiej polanki parkowej, czasem zabrał na pizzę, teraz nawet nie kupi mrożonej w biedronce. 

A przecież jeszcze tam gdzieś ,w odległej przeszłości, niczym w kalejdoskopie przelatują nam obrazy z czasów gdy nawet sprzątanie mogło być fajnym zajęciem, bo przecież zawsze można było przytulić odkurzacz do nóżki i wykonać telefon do przyjaciółki w celu ustalenia wspólnego wypadu, teraz niby powinno być lepiej, a nie bardzo jest. Siedzi ten wybrany, ten którego samego się testowało i kurde coś jest nie tak, tylko co ?? I nagle w głowie pojawia się pytanie, czy ja słusznie postąpiłam...






I tak drogie kobietki siedzę sobie i myślę, że chyba jednak bycie singlem coraz bardziej doceniam i czuję,że to jest jednak dobre. I nie mówię,że tak będzie zawsze. Nie. Tylko jakoś nie bardzo chcę wpaść w ten kierat. Bo większość kobiet nie przyznaje się,że jest jak jest. Bo przecież to nie prawda! Przecież tak musi być, A g... prawda! Nie musi. Kobiety-mamy powinny być piękne i powinny wymagać od swoich połówek by pomagali w obowiązkach, bo dom nie jest tylko jej, a kuchnia nie gryzie. I skoro Kobieta może iść do pracy, to facet może posprzątać i ugotować. I ja tak sobie myślę,że chyba sobie poczekam na takiego pana... a jak nie przyjdzie... no cóż.. widać tak musi być, nie mam zamiaru szukać na siłę :D. Dziękuję za uwagę! ;)



Czytaj dalej...

Wspomnienie o Cecylii, smutnej królowej



Wiele kobiet będąc jeszcze małymi dziewczynkami miało marzenie, marzenie o byciu piękną księżniczką, o cudownych sukniach, pantofelkach. Fryzurach i całej reszcie, która kojarzyła się zbyciem tak ważną osobistością. Bo jak wiadomo księżniczka musiała być piękna, musiała też być szczęśliwa, a jaki los czekał księżniczki, które później miały stać się królowymi żadna z nas raczej nie pomyślała. Marzenia... są po to by ukazywać świat w innym piękniejszym obrazie. By coś co niemożliwe, właśnie tam, w sferze snutych ulotnych rozmyślań stało się prawdziwie. 
Kiedy już dorośniemy, na pierwszy plan wtaczają się inne, ważniejsze sprawy. Chęć zostania księżniczką ustępuje co innego, i już nawet przez chwilę nie rozprawiamy nad losem tych prawdziwych księżniczek, późniejszych królowych. Czy ich życie rzeczywiście było piękne i usłane różami? Przecież wszyscy wiemy, że nawet nawet najładniejsze z róż mają kolce.... 

Cecylia Renata, żona króla Władysława IV, historią swojego życia brutalnie sprowadza na ziemię wszystkie kobiety, które przez nawet najkrótszą chwilę marzyły o życiu niczym z bajki. O Mieszkaniu w pięknym pałacu, o zamążpójściu za wspaniałego króla.  I o tym jak to jest być tą najważniejszą w państwie, a nawet poza jego granicami. Byciu wybranką króla, szlachetnego i romantycznego. Tak. Marzenia bywają zwodnicze, rzeczywistość potrafi być okrutna. 

Książka ukazuje obraz trzech ostatnich dni z życia królowej, kobiety niegdyś mającej marzenia o swoim niedalekim losie, jak się okazało całkiem innym niż mogłaby się spodziewać. I chociaż zdawała sobie sprawę z własnej pozycji, nie potrafiła przebić przez własny brak pewności siebie. Coraz dotkliwiej odczuwanej niechęci i rozczarowania męża, względem żony.
Król Władysław w nawet najmniejszym stopniu nie reprezentował sobą dobrego, szlachetnego męża, który będzie kochał i szanował żonę. Między bajki można włożyć wyobrażenia o zakochanym księciu. 
Księżniczki nie zawsze okazywały się piękne z zewnątrz, a to czym zostały obdarowane tam w środku miało niewielkie znaczenie... O czym boleśnie przekonała się Cecylia Renata. Nie należała do piękności, nie olśniewała swoją urodą. Miała natomiast inne przymioty, niezauważone przez najbliższą osobę. I chociaż przez pewien czas łudziła się, że jeszcze może kiedyś będzie dobrze, tak wybranek bardzo szybko odarł ją z nadziei. Rozgoryczenie i poczucie zepchniętej na bok bolało, ale jeszcze bardziej bolały spojrzenia innych, tych którzy powinni patrzyć z szacunkiem na swoją królową. 

Wspomniane trzy ostatnie dni zawierają mnóstwo wspomnień, które przybliżają sylwetkę polskiej królowej, ale nie tylko jej, zarysowują czytelnikowi panującą ówcześnie sytuację polityczną, rozgrywek między władcami oraz roli kobiet. 
Mamy wgląd na teraźniejszość,  na rozliczenie się Cecylii z własnym życiem, na próbie zadbania o przyszłość ukochanego syna. 
I chociaż książka objętościowo jest niezwykle maleńka, ponieważ liczy sobie zaledwie ponad 120 stron, to uważam ją za lekturę godną poznania. I Od razu uprzedzę, nie jest to historia wesoła, podnosząca na duchu. Przeciwnie. Nie na darmo tytuł jest taki, a nie inny.. Cecylia smutna królowa. Nie tylko Ona była smutna, nie tylko jej życie było obkupione goryczą, upokorzeniem i bólem.  Losy księżniczek, przyszłych królowych były niezwykle przerażające, i tak naprawdę po zapoznaniu się z tym tytułem  odczułam niezwykły żal, żal do niesprawiedliwości. Do tego jak były traktowane kobiety, nawet te na niby lepszych pozycjach. Ich rolą było urodzenie dzieci, koniecznie dziedzica. Nikt nie przejmował się ich stanem, nikt nie martwił kiedy coś złego się działo. Nie miały przyjaciółek, nie mogły nikomu zaufać. Były same, zdane na łaskę "cudownego" męża.  Współczuję tym wszystkim kobietom, które umierały w samotności, z poczuciem opuszczenia. Miały wszystko a zarazem nic.
Cóż mogę jeszcze dodać, każdy kto chociaż w maleńkim stopniu interesuje się historią powinien zapoznać z tym tytułem. Polecam. 

Za możliwość przeczytania książki chciałam podziękować wydawnictwu MG.

Czytaj dalej...

Północ i Południe - Książka


Jakiś czas temu opisywałam wrażenia, po obejrzeniu serialu "Północ i Południe" w oparciu o książkę Elisabeth Gaskell.  Przyszła w końcu pora abym mogła już jak należy, przedstawić opinię dotyczącą oryginału, tej jakże pięknej historii. I chociaż film od książki niewiele się różni (Dzięki Bogu!) To jednak należy wspomnieć o tym czego nie zobaczymy na ekranie, czego możemy doświadczyć tylko podczas czytania. 
Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki, po oczarowaniu Piórem Charlotte Bronte, zapragnęłam poznać inną, jak się okazuje równie wspaniałą pisarkę, ale czy lepszą od tej pierwszej?  Pozwolę sobie na maleńkie porównania...

Snuta przez Elisabeth Gaskell opowieść zaprowadza czytelników do świata, który jawi się niesamowicie odlegle, niektóre opisywane miejsca są niemalże już jak nierealne krainy. Jedne pełne przepięknych krajobrazów, drugie natomiast przerażające w swej dramaturgi biedy, życia na skraju ubóstwa.  
Margaret, córka pastora oraz niegdyś zamożnej damy z Londynu, lata dzieciństwa spędziła u siostry matki. Rodzice wspólnie zdecydowali, że dom ciotki oraz towarzystwo kuzynki, będą odpowiednie dla dorastającej panienki. I tak jako niewiele rozumiejąca dziewczynka rozstała się z ukochanymi rodzicami. Z biegiem lat Margaret przywiązała się do miejsca, uroczej i zarazem troszkę zapatrzonej w siebie kuzynki. Do ciotki, która żyje chwilą, od spotkania z przyjaciółkami, do urządzonych wystawnych przyjęć. 
Życie w wielkim mieście miało wiele wspaniałych zalet, wyjścia na koncerty, spotkania miłych ludzi. I chociaż panienka czasem była po prostu zmęczona, tym zmanierowanym trybem życia, to nigdy się nie skarżyła. Stała u boku Edith, która wierzyła,że świat się kręci wokół niej, wspierała ją i nigdy nie poskąpiła swoją radą. Do czasu wyjazdu. Gdy przyszła pora pożegnać się z ukochanym pokojem, zaciszem będącym ostoją.  
Po zaślubinach kuzynki, Margaret wraz z ojcem wróciła do domu na plebani w Helstone, była to bardzo urokliwa i malownicza osada. Chociaż nie każdy potrafiłby się w niej odnaleźć. Tam życie płynęło swoim rytmem, mieszkańcy pracowali w polu, oporządzali zwierzęta. Spotkania towarzyskie nie miały miejsca, tak jako odbywało się to w Londynie, a jednak dla Margaret, było jedyne w swoim rodzaju, na swój sposób je pokochała. 

Powrót do domu oraz ciągłe przebywanie z matką bywały trudne, żona pastora bardzo często uskarżała się na swój los, na miejsce w jakim przyszło jej mieszkać. Nad utratą ukochanego syna, który popadł w niesłuszny konflikt z prawem. I tak naprawdę dla córki w sercu matki jakby zabrakło miejsca. Poświęcała jej niewiele uwagi,  więcej czasu spędzała z osobistą oddaną pokojówką, która wiedziała o każdym sekrecie pani Hale. 
Dziewczyna zaś często udawała się na przechadzki po okolicy, zapoznawała się z okolicznymi mieszkańcami. Zachwycała urokiem miejsc, które latem były wręcz bajeczne.  I kiedy już poczuła,że jest jej dobrze, los znowu postawił na zmiany dla całej rodziny...

Południe kojarzyło się ze słońcem, ciepłem i w pewnym sensie większą beztroską. Północ odstraszała fabrykami, ogromnymi szarymi budowlami, które przytłaczały i zasłaniały to co piękne. I właśnie do tego okrutnie odpychającego miejsca zaprowadziły ścieżki rodziny Hale.  Domek, w koło którego cudownie kwitły róże, musieli zastąpić ciasnym, mniej wygodnym i co gorsza  z szarym otoczeniem miejscem, gdzie nawet powietrze nie było przychylne ludziom...Każdy oddech wydawał się trudny. 
Margaret nigdy nie wątpiła w słuszność decyzji ukochanego ojca, ale w tym jednym przypadku czuła ogromny smutek i niepewność. W dodatku matka bardzo źle znosiła klimat nowego miejsca, powietrza przesyconego oparami miejscowych fabryk. I tylko silna osobowość młodej kobiety trzymała ją w spokoju ducha, by nie poddać się załamaniu. 

John Thornton, typowy ekonomista, myślący praktycznie i pragmatycznie. Jego celem było utrzymanie firmy w jak najlepszej kondycji. Zapewnienie odpowiedniego bytu matce, oraz zabezpieczenie przyszłości siostry. To on stał się odpowiedzialny za rodzinę, za przemysł, którym przewodził. Nie mógł pozwolić na słabości, nie mógł jej też okazać. Sprawiający wrażenie nieprzystępnego, nie mającego cieplejszych uczuć względem nieszczęścia drugiej osoby. Taka postawa bywała niezbędna w świecie gdzie każdy czyhał na nawet najdrobniejsze potknięcie. 

Ona, wrażliwa kobieta z południa, nie potrafiąca przejść obojętnie obok cudzej krzywdy i On, typowy mieszkanie północy, bezwzględny przedsiębiorca. Ich drogi będą się przecinały, ale ta znajomość nie okaże się łatwa. Dla żadnej ze stron. Duma i własne racje bardzo długo sprawią, że tych dwoje nie spojrzy na siebie nawzajem przychylniejszym okiem...


Rozpisałam się na temat fabuły, ale to jest naprawdę niewiele w porównaniu z tym co chciałabym przekazać, by przekonać wahających się przed przeczytaniem. Starłam się chociaż w maleńkim stopniu oddać klimat zawarty w jakże pięknie opisanej historii. Nie rozwinęłam wątku uczuciowego... ponieważ jest tak niesamowicie ukazany, że chybabym nie potrafiła oddać tego wszystkiego. Trzeba samemu doświadczyć. Inaczej się nie zrozumie piękna ukrytego w myśli, jednym geście, czy uczynku. Po prostu magia. Teraz w książkach wszystko jest podane na tacy. Dawniej pisarki zagłębiały się w  psychikę bohatera, jego przemyśleń i głębi przeżywanych rozważań. To co najważniejsze było ukryte, i tylko uważny obserwator potrafił odczytać między ukrytymi wierszami. Chyba tak naprawdę tego mi brakuje w teraźniejsze literaturze. Tego słownictwa, jego bogactwa.  Nastały czasy upraszczania, zapożyczania i skracania. Jaka wielka strata dla czytelników.  
Wspomniałam o lekkim porównaniu stylu Gaskell i Bronte, pewne jest, że obie panie wyśmienicie kreowały świat swoich bohaterów. Dbały o piękno każdego zdania, wypowiedzi. Opisów otoczenia, tak aby można było poczuć atmosferę opisywanych czasów. Jednakże odnoszę wrażenie, że to Bronte jest mistrzynią w analizie ludzkich emocji, tego jak niesamowicie budowała napięcie, wzbudzała emocje, które były odpowiednio stopniowane. Natomiast Gasekell troszkę mniej poświęcała ukazaniu wnętrza postaci i ich rozważań.  

Dlatego jeżeli chcecie rozpocząć swoją przygodę z klasyką, to we własnym odczuciu zalecałabym aby była to pani Elisabeth Gaskell, ponieważ jest łatwiejsza do przyswojenia, u Bronte na pierwszy raz może przerazić ilość analiz i ten charakterystyczny właśnie opis wewnętrznych rozterek głównych postaci. Dla mnie jest to fascynujące, ale z drugiej strony może przytłoczyć. 

Wracając do omawianej książki. Północ i Południe  czytałam bardzo, bardzo powoli. Dawkowałam sobie każdą stronę, smakowałam poszczególne fragmenty, niekiedy wracałam, zatrzymywałam i zastanowiłam  nad  wyglądem świata ukazanego w książce,na przeszłością. W jaki sposób prowadzone był rozmowy, etykieta. Cała ta może i śmieszna, ale według mnie urokliwa ceremonia na przykład picia herbatki.  I oczywiście wątek miłosny. Ja powtórzę kolejny raz, ale co poradzę, że kiedyś to wyglądało przeuroczo, magnetycznie. Był dreszczyk emocji, niedopowiedzeń, skradzionych spojrzeń, niewinnych gestów, a jednak jakże ważnych... Achy i ochy. Do tej pory jak sobie przypomnę spotkania Margaret z Johnem czuje takie przyjemne ciepło. I chociaż ich miłość nie była tak łatwo poprowadzona, nie padały słowa typu " kocham go, muszę z nim być!" czy " Ona jest taka seksowna" to powiem wam jedno. O wiele bardziej działają na wyobraźnie właśnie takie zdania wypowiedziane okrężną trasą. Ach Ach.... 
Nie ma możliwości chociaż na chwilkę przenieść się do lat gdy po ulicach spacerowali gentelmeni..
I chociaż mam świadomość, że panowie i panie zresztą również, nie byli krystalicznie idealni, to mimo wszystko spoglądam tęsknym wzrokiem do tamtych epok... 

Podsumowują, polecam z całego serca. Przeczytajcie i poznajcie tę jakże uroczą historię, opowiadającą nie tylko o pięknie, ale również trudach, zmagania się z głodem, z brutalnością oraz  ludzką dobrocią. Naprawdę warto!:)

Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka