Eden. Nowy początek




Zachwycałam się nad pierwszą częścią cyklu. Calder przypadł mi do gustu mimo, że jak to wiele osób mnie uświadamiało -  jakbym sama nie wiedziała jakiż to gatunek. Bo romans, bo jak to może się akurat mnie spodobać. No jakimś cudem, spodobał.
Pochłonęłam książkę w jedno popołudnie i czułam się szczęśliwa mając w domu kontynuacje. Ponieważ zakończenie jak i zresztą całość wywarła na mnie spore wrażenie. Chciałam się więc dowiedzieć jak dalej potoczą losy tej dwójki. Co ich czeka poza osadą w której spędzili tak wiele lat. 
Zasiadałam do czytania pełna ekscytacji i oczekiwania na to co nastąpi. Jakie są więc wrażenia po zakończonej lekturze? Czy i tym razem autorka mnie podbiła? 


Resztkami sił udaje się jej uciec. Ma świadomość, że prawdopodobnie wszyscy zginęli. Tylko jej udało się przeżyć. Teraz musi odszukać jakieś schronienie, tam na zewnątrz. Nie ma zbyt wiele, ale może ktoś wyciągnie pomocną dłoń? Może nie każdy mieszkający poza Akadią jest złym człowiekiem jak to wmawiał im Hector. 
Ma ze sobą medalion, przepustkę na start. By może otrzymać jakiś ciepły posiłek, a jak się uda również nocleg? Później zastanowi się co zrobić dalej, ale jeszcze nie teraz. Musi odpocząć, jest taka zmęczona i głodna. Autobus się zatrzymuje, koniec trasy. Teraz powinna znaleźć adres, który  stał się wyznacznikiem podróży. Zakładu jubilerskiego. Może gdy tam dotrze i go pokaże otrzyma jakieś informacje? A jeżeli nie, to chociaż uda się go sprzedać, będzie miała pieniądze... Niby nie tak daleko, ale zmęczenie i głód coraz mocniej dają się we znaki...

Splot kilku zdarzeń, karta beznadziejności obraca się i Eden otrzymuje pomoc. Trafia do domu właściciela zakładu jubilerskiego . Nie dość, że otrzymuje mieszkanie to i pracę jako nauczycielka gry na fortepianie. Nikt nie naciska, nie musi się już bać. W prawdzie trauma jaką przeżyła dalej tkwi tam w środku, ale z biegiem czasu zyskuje w starszym panu przyjaciela, który staje się jej bardzo bliski. W jej sercu dalej żywe są wspomnienia tego, którego pokochała całą sobą. Miała nadzieje, że może przeżył. Jednak nie miał szans, Ona jako jedyna uciekła. Zostały tylko chwile z miejsca, które powinno jawić z czymś złym, ale właśnie tam przytrafiło się jej coś tak pięknego. Teraz, na wolności jest sama. Bez Caldera. 

Gdzieś nieopodal, dwóch młodzieńców próbuje na nowo żyć. W świecie, który znali tylko z tej złej strony, do którego nie mieli wstępu. Teraz jako jedyni ocaleni muszą walczyć z demonami przeszłości. Xander i Calder pogodzić muszą się ze stratą rodziny  i ukochaną Eden. Obaj mają tylko i aż siebie. Jednak to ten drugi nie potrafi się pozbierać i zmierzyć z teraźniejszością. 
Nie umie i nawet nie chce być na ziemi bez swojej miłości, bez tej dla której miał sens istnienia. I gdyby nie przyjaciel już dawno zrezygnowałby z życia. Pociechę znajduje w malowaniu obrazów, które jak się okazuje zyskują coraz większy rozgłos i zachwyt. Ze zwykłego młodzieńca, staje się kimś podziwianym i ważnym. Powoli zaczyna układać swoje połamane życie. Bez Eden.  

Mieszkali w tym samym mieście, nieopodal siebie przez kilka lat. Oboje nie mając pojęcia, że to drugie przeżyło. Samotni i zrozpaczeni. Los ponownie ich ze sobą spotkał. Jak po wydarzeniach, które sprawiły aż tyle bólu będą ich relacje? Czy miłość potrafi przetrwać naprawdę wszystko? 


Cały czas zastanawiam się czego oczekiwałam po tej części. Z jednej strony do pewnego momentu było ciekawie. Tego jak Eden i Calder stawiali swoje pierwsze kroki na wolności. Dorośli, a jednak bezbronni jak dzieci. Przez tyle czasu żyli odseparowani, nie mając pojęcia o tym co działo się tuż obok nich. I teraz gdy jeden koszmar się skończył, rozpoczął drugi. Utrata najbliższych była tragedią. Co z tego, że oni żyli? Nie mogli cieszyć się wszystkim co spotkali, czym zachwycali, kiedy w środku pustka pożerała z każdym dniem coraz mocniej. 

Do póki autorka ukazuje czytelnikowi całą grę emocji bohaterów po uwolnieniu do ich klimatyzacji na zewnątrz fabuła jest ciekawa. Czyta się z zainteresowaniem i oczekuje kolejnej strony, a nawet zdania. Tego co wydarzy się dalej. Niestety kiedy dzieje się co ma wydarzyć, a później Eden i Calder się spotykają... Rozpoczyna się spadek w dół.  Poziom sobie zjeżdża z pięknego widoku gdzieś tam w otchłań, pozostawiając niedosyt i rozczarowanie.

Wiadomo, że młodzi jak się spotkali to po prostu szok i niedowierzanie. O Jezu ona/on żyje! Juhuu skaczemy z radości razem z nimi. Serio. Opisy kilku dni, wiadomo jedno i drugie jakoś sobie zaczęło egzystować osobno, teraz się odnaleźli. Trzeba dogadać, uzgodnić. Również w porządku. No i kiedy zakochani już się do siebie dopadają to mamy co? Seksy za seksami, seksy poganiające. Rozumiem romans, ale... nie wiem na co tych scen aż tak dużo. Miałam serdecznie dość. Historia tak świetnie się zaczęła, a została przez samą autorkę sprowadzona do jednego. Przykre. Fabuła sobie poszła w las, w sumie ja też bym poszła no ileż można, no ile? Sama miałam ochotę gdzieś wyjść żeby nie czytać jedno i to samo.  

Odnoszę wrażenie, że autorka do momentu odnalezienia się młodych wiedziała co zrobić, ale później coś uciekło. Dosłownie. Utknęliśmy w punkcie, którym nie wiadomo co było dalej zrobić. kolejny dramat czy może cukierkowy happy end? No ale za prędko, coś trzeba pisać. I tak właśnie "coś" dzieje się przez resztę. Problemy z nie powiem czego, aby było bo musi być. Nie tego oczekiwałam, najlepiej było dopisać jeszcze jeden rozdział do Calder'a i książka byłaby super. A tak? Do połowy jest dobrze, a później... Sami się przekonajcie. Zniechęcała nie będę.



Czytaj dalej...

Anioł do wynajęcia - przedpremierowo



Okres przedświąteczny. W jednych wzbudza to jedyne w swoim rodzaju podekscytowanie oczekiwania na dzień, który już niebawem nastąpi. Dzień magiczny i wyjątkowy. W innych smutek i nostalgię.  Boże Narodzenie.
Gdy świat zaczyna otulać biała pierzynka, wystawy sklepowe przyodziewają się w lampki i łańcuchy, z głośników rozbrzmiewają nastrojowe piosenki, które śpiewa się tylko w tym określonym czasie, oczekiwania. Może na cud, może na coś co sprawi, że w sercu zapłonie nowa nadzieja, ale i wspomnienia. Puste miejsce przy stole, dla niektórych symbol, dla innych pamięć o tych, którzy odeszli, powinni być, ale los sprawił, że już ich nie ma. Tak. Te święta mają w sobie coś magicznego, poza ziemskiego....

Listopad, miesiąc nie bardzo lubiany przez ludzi, bo  już chłodno, ale jeszcze nie zima. Szaro, buro ponuro i jakby cały świat opłakiwał koniec gorącego lata i pięknej złotej jesieni. Spoglądając przez okna domów, miejsc pracy czy autobusów większość się cieszy, że ma własny kąt,  gdzie można się schronić i przeczekać. Nie każdy, nie Michalina. Tułająca się po ulicach miasta, zziębnięta, głodna i tracąca resztki wiary na lepsze. Siła sprawiająca, że walczyła o każdy dzień, godzinę i minutę zaczęła przegrywać. Zimno dotarło najgłębiej. Do jej serca. Osamotnienie i bezradność to najwięksi wrogowie. Wtedy zmęczenie dopada bez zapowiedzi, odbiera siły. A ona musi iść jeszcze kawałek, musi gdzieś się schować, przed zimnym deszczem ze śniegiem. I gdy nogi odmawiają posłuszeństwa nagle jej oczom ukazuje się coś, co dla innych znaczy niewiele, lecz dla niej w tym momencie rozpala iskierkę nadziei. Na zaznanie chwili ciepła. 

Może przypadek, może ktoś gdzieś daleko w przestworzach zadecydował, że właścicielka kwiaciarni zwróciła uwagę na dziewczynę ogrzewającą się przy ogniu. Chłonącej ciepło jakby to była najważniejsza misja jej życia. Widać było, że nie ma gdzie mieszkać. Licha zniszczona kurtka i nieodpowiednie na porę roku buty.  Kto w listopadzie ubiera się tak lekko, ba! Prawie już w grudniu, bo deszczowy i wietrzny szary miesiąc oddawał swe ostatnie tchnienia.  Impuls, pod wpływem chwili Gabrysia postanawia wyjść do dziewczyny, zaproponować coś ciepłego. Chociaż tyle, a może nawet aż. Niby mały gest, a jednak jak bardzo ważny... 

 Mimo wieku nie odczuwała upływu lat. Czego bardzo żałowała. Bo w końcu mogłaby cierpieć na demencje i w końcu mieć jakieś zaniki pamięci. Najlepiej wybiórczej, ale nie. Nela musiała należeć do tej wyjątkowej grupy, która starość przyjmowała bez tych wszystkich przykrych "bonusów". Ot czas upływał a ona żyła sobie sama. W oczekiwaniu. Na cud. Problem w tym, że każdemu. Czy to młodemu, czy starszemu czekanie zaczyna uwierać.  Monotonność i utrata nadziei popycha do dosyć skrajnych decyzji, które później mogą mieć niespodziewanie konsekwencje. Wypowiedziane w gniewie słowa, rzucone wyzwanie. Nim skończyła mówić, los zaczął działać, chociaż nie miała o tym pojęcia.... 

Cudów nie można zamówić. Same przychodzą, wybierają czas i osobę. Pojawiają się wtedy gdy zupełnie się ich nie spodziewa. Tak to jest z cudami....

Oczekiwałam tego tytułu. Przeczuwałam, że będzie bardzo ciekawy. Jednak nie miałam pojęcia, że świat wykreowany przez Magdalenę Kordel będzie aż tak magiczny. Pochłonie od pierwszego zdania, do tej ostatniej kropki. Ale nawet gdy już odłożymy książkę ona dalej w nas będzie. Historia o nadziei  i chwili załamania. O tym jak życie potrafi brutalnie wszystko odebrać. Jak zimno potrafi być bardziej przeszywające niż można było się spodziewać. I o kubku herbaty, który potrafi przywrócić wiarę w drugiego człowieka. Samotności i oczekiwaniu. O niespełnionych prośbach, które odbijały się słowami bez echa. 
Ja nie polubiłam, ja pokochałam postaci. Michalinę, Gabrysię Petronelę i jeszcze kogoś.Nie umiem tego nazwać, ale byli tak bardzo realni, odnosiłam wrażenie jakby można było te kobiety spotkać gdzieś za rogiem uliczki. Coś niesamowitego. 
Oczywiście nie obyło się bez tych mniej dobrych, a raczej złych i podłych. Zadających ból z uśmiechem na twarzy. Niestety świat nie jest kolorowy i nawet wizja nadchodzących świąt nie może nic z tym poradzić. 

Zasiadając do czytania nie spodziewałam się, że klimat oczekiwania świątecznego aż tak mocno mną zawładnie. Od wielu lat nie doświadczyłam tych wszystkich emocji, jakimś Cudem Madzi Kordel się to udało. Znowu poczułam zapach pierników. Zaś chęć przyozdobienia drzewka świątecznego wywoływało dreszcze radości. Przyznać się muszę, że  od lat zapomniałam jakie to uczucie oczekiwania. Teraz dzięki tej cudownej książce mam ochotę już teraz zrobić pierniczki, przyozdabiać i chłonąć ich zapach. Na dobrą sprawę pobiegłabym po choinkę i lampki żeby w domu można było poczuć święta. Niestety jeszcze nie ten czas. Szkoda ogromna. 

Książka  napisana w cudowny sposób. Podczas czytania towarzyszyło mi tak wiele różnych emocji. Był chwile gdy czułam żal i współczucie za niesprawiedliwością losu. Tę okropną beznadzieje i bezradność. Poznając Nelę nie mogłam przestać się uśmiechać, nad kobietą, która tyle przeszła, a jednak miała w sobie coś co nie pozwalało by ją nie pokochać, bo sympatię od razu wzbudziła.  I jak wiele razy wspomniałam klimat. Chyba dawno, a nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że nigdy nie wczułam się aż tak mocno, nie pamiętam bym aż tak czuła święta, tę radość i oczekiwanie. Magię tego co nadejdzie i wiarę, że cuda istnieją. Tylko nie takie na zamówienie, przez telefon. Anioły w końcu zjawiają się wtedy gdy ich potrzebujemy, a to że ich nie widzimy? Może w tym największa  tkwi tajemnica? Znaleźć cud w pędzie życia... 

Cóż mogę jeszcze napisać? Anioła pokochacie. Wejdzie do waszych serc niepostrzeżenie i już tam zostanie. Tak będzie. Jestem tego pewna!  Madziu, dziękuję za tę przepiękną książkę! Wiele dla mnie znaczy. 







Czytaj dalej...

Silver. Druga księga snów


Ponownie spotykamy się z bohaterami księgi snów, w której to zostały nam ukazane olbrzymie a zarazem mroczne możliwości zakradania się do cudzych marzeń sennych.  Pomysł o kreowaniu i spotykaniu się podczas odpoczynku - co już wtedy aż takim odpoczynkiem nie jest, ale nie mniejsza z tym. W każdym razie schadzki, czy też po prostu świadome wizje bardzo mi się spodobały. Do tego stopnia, że sama zaczęłam szukać swoich drzwi - nie znalazłam. Wielka, wręcz ogromna szkoda. Pogodziłam się, że nie ma wampirów, wilkołaków i innych fajnych Lucyferów. Miałam nadzieje na drzwi. Nic z tego. Życie.  Dobrze, że chociaż w drugiej części mogłam przeżywać te niezwykłe zjawisko. Wyczekiwałam Silver, aż w końcu otrzymałam i zasiadłam do czytania. Troszkę się obawiałam jak będzie z poziomem, ponieważ w sieci każdy, że gorzej, że nuda. A jakie są moje odczucia?  


Odkąd Anabel trafiła do szpitala życie Liv w końcu się uspokoiło. Wspólne mieszkanie z partnerem mamy oraz jego dwójką dzieci w miarę się unormowało. Związek z Henrym był udany. Wszystko ładnie pięknie. Oczywiście do czasu...
Zaczęło się od dosyć dziwnego znikania ukochanego podczas nocnych schadzek. Młodzieniec nagle i bez uprzedzenia opuszczał dziewczynę, co oznaczało jedno - budził się. Tylko co się takiego działo w nocy, że nagle jego sen zostawał przerywany? I dlaczego Liv nigdy nie otrzymała takiej odpowiedzi, która wyjaśniłaby większość niedomówień. Spokój nie mógł trwać zbyt długo. Wszystko za sprawą tajemniczej blogerki, która znała najskrytsze tajemnice uczniów. Także i naszej bohaterki. Co najdziwniejsze. O niektórych sprawach wiedział tylko jej chłopak, więc jakim cudem Secrecy miała dostęp do informacji?  Ktoś musiał przekazywać wiadomości dziewczynie. Tylko kto był donosicielem. Kim jest autorka plotkarskiego bloga.  Mnóstwo pytań, znikąd odpowiedzi. 

Na dodatek za drzwiami, w korytarzach sennych coś się skrywa. I to nic dobrego. Nastolatka za każdym razem odczuwa lęk kiedy się tam pojawia. Niby jej drzwi są zabezpieczone. A jednak coś jest nie tak. Anabel jest zamknięta w szpitalu. Teoretycznie nie powinno być zagrożenia. Czym jest przerażający szelest, co sprawia, że spacerując samotnie odczuwa się obecność jeszcze kogoś.
Żeby nie było zbyt spokojnie, bo cóż tam troski w młodym związku, młodsza siostra Liv zaczyna lunatykować. Żeby sobie tylko chodziła nie byłoby strachu, ale Mia robi rzeczy niebezpiecznie dla jej życia i jeszcze innych. Gryson snuje własne nieco przerażające teorie. Z początku nikt mu nie chce wierzyć, aż do pewnego momentu....

Jakie problemy na swojej drodze napotka grupka nastolatków, czy sprawa z Anabel rzeczywiście nie została całkiem zamknięta? Tak jak to dziewczyna przepowiedziała na końcu poprzedniej części. Co jeszcze niespodziewanego czeka i jakie mogą nieść konsekwencje nieudane spotkania z babcią Grysona i Florence? 


Wspomniałam we wstępie, że odczuwałam lekki strach czy druga cześć równie mocno mnie podbije, jak poprzednia.  Nie bardzo rozumiem sama siebie, dlaczego poddaję się cudzym sugestiom, ponieważ przeważnie bywa tak, że inni chwalą - ja nie. Inni krytykują - ja chwalę. I tym razem moje wrażenia również będą pozytywne.
Nie bardzo rozumiem dlaczego znajdywałam opinie, w których twierdzono, że nuda i nic się nie dzieje. Według mnie było dobrze. Fakt, że autorka nie postawiła na burze od pierwszej do ostatniej strony nie oznacza nudy.  Ponieważ w chwilach kiedy nie mamy knucia, ryzyka i Bóg wie czego tam sobie inni wyobrażali, wraz z siostrami borykamy się z problemem dosyć złośliwej i antypatycznej babci, sposobu w jaki odnosi się do nowej rodziny swojego ukochanego synka. Który jak twierdzi dokonał bardzo złego wyboru. Tutaj oczywiście chodzi o matkę dziewczynek. Bo przecież kim ona jest. Jakąś tam Amerykanką. Wstyd i hańba dla rodziny. Sposób w jaki radzą sobie z wredną  Bochrą ( tak nazywają babkę) jest dosyć interesujący. Nawet ja bym nie wpadła do podobny pomysł. 

Całość według mnie jest lekko napisana, Gier ma w swoim stylu coś takiego co sprawia, że każda jej książka czyta się po prostu sama. Autorka niespodziewanie zaczyna serwować nowe zagadki, niepewności, chwilami robi się dosyć przerażająco, zaś samo zakończenie... Oj wywołuje jeszcze więcej pytań. W dalszym ciągu nie dowiadujemy się kim jest Secrecy. Zrobi się zamieszanie w życiu bohaterów. I teraz pozostaje oczekiwać na ostatnią część, która mam nadzieje odkryje wszystkie karty. Znowu to okropne uczucie. Nie mogę się doczekać równocześnie mając świadomość, że to koniec i jak dalej żyć.
Wydawnictwo cudownie wydało książkę, nie mogę się na nią napatrzeć. Pierwsza mnie urzekła, a druga oczarowała. Ciekawa jestem jaka będzie trzecia, Jedno jest pewne. Ta trylogia nie dość, że wciągająca to jeszcze przepiękna wizualnie. Sama radość posiadania.  Chyba nie muszę przekonywać do czytania? 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Media Rodzina.
 

Czytaj dalej...

Kamienne Anioły






Nie mogłam doczekać się trzeciej części serii, tak bardzo polubiłam klimat oraz przygody z jakimi spotykają się dzieci. Wszystko ma otoczkę owianą strachem zdarzeń trudnych do wytłumaczenia. I chociaż książki kierowane są dla młodszych czytelników, to ci nieco starsi również nie będą rozczarowani. No w każdym razie, ja za każdym razem odczuwałam niepokój podczas czytania, jak też było w przypadku Kamiennych Aniołów?


Trzeci tom cyklu "szklane dzieci" - ta część opowiada  o Simonie, koleżance Billie z miasta, gdzie kiedyś mieszkały niedaleko siebie, a odkąd dziewczynka przeprowadziła się do Åhus widują się tylko w szkole, no i podczas dni wolnych od zajęć, ale niestety nie tak często jak obie by tego chciały. Dlatego Simona z ogromną chęcią spędza wolny czas u babci w miasteczku w którym mieszka również jej przyjaciółka i nowy kolega. Wspólnie tworzą zgrane trio, rozwiązują przeróżne zagadki, jak na przykład sprawa z duchami w domu Billie oraz tajemniczym chłopcem zakradającym się do restauracji rodziców Aladdina.

Zbliżają się święta wielkanocne dlatego Simona przyjeżdża do Åhus, pomaga babci w sprzątaniu, bawi się i rozprawia na tematy spraw, które jeszcze trzeba załatwić. Dziewczynkę bardzo interesują kamienne posągi stojące przed domem, są wielkie i masywne. Nikt nie wie kiedy powstały i kto zdecydował o ich umieszczeniu ta terenie posesji. Oczywiście niewiadome jest również kogo przedstawiają. Wyglądają jak rodzina, ale dorosła kobieta ma w sobie coś dziwnego. Babcia nie udziela żadnych informacji, przyjęła fakt ich obecności i nie zwracała sobie głowy przeszłością pochodzenia.  I pewnie Simona również dałaby sobie spokój z odkryciem kawałka historii, ale nagle zaczynają dziać dziwne rzeczy. Posągi się przesuwają, albo ktoś zmienia ich położenie, ale kiedy i dlaczego? W dodatku w jednym z pokoi - dom niegdyś był pensjonatem. Słychać westchnienia i skrzypienie podłogi. Tylko, że w pomieszczeniu nikogo nie ma. Jaką tajemnicę skrywa stary budynek? Na domiar złego starsza pani ulega wypadkowi, jak się okazuje chwilowe zasłabnięcie i zmęczenie babci będzie miało inne podłoże. 

 Kolejne zagadki do rozwikłania, zjawiska które trudno wyjaśnić. Przed dziećmi trudne zadanie, bo w końcu jak złapać kogoś kto przesuwa kamienne posągi, gdzie szukać informacji na temat ich pochodzenia, dlaczego stoją właśnie w tym miejscu? I przede wszystkim. Co z babcią Simony? 


Z ogromną radością zasiadłam do czytania Kamiennych Aniołów, odliczałam dni do premiery, aż w końcu trafiły w moje ręce. Dwie poprzednie miały świetnie skonstruowaną fabułę oraz ten niepowtarzalny klimat. Byłam przekonana, że i tutaj tak będzie. Kristina Ohlsson potrafi budować napięcie. Do tego stopnia, ze nawet niewinne figury wydają się być wcieleniem zła.  I chociaż książka opisuje przygody dzieci, to ponownie muszę się przyznać, że czytałam z ogromnym zainteresowaniem. Tajemnica domu oraz posągów intryguje z każdą stroną coraz bardziej. I tak na dobrą sprawę chyba czułabym się przerażona gdybym miała podobne ozdoby przed oknami własnego domu. Osobiście nie jestem fanką kamiennych rzeźb,  nie specjalnie się nimi zachwycam. Widać moja wrażliwość na sztukę mocno kuleje. Cóż poradzić. 

Wracając do książki, wraz z Siomoną jesteśmy świadkami przedziwnych zjawisk, które rozgrywają się w jak dotąd spokojnym domu. Co gorsza nikt nie zauważa niczego dziwnego poza dziewczynką. Bo posągi ewidentnie przesuwają się z czyjąś pomocą - tak twierdzą dorośli. Ale jaka jest prawdziwa przyczyna? I o co chodzi w całym zamieszaniu? Jaką informację chce przekazać nieznany nadawca? Dziewczynka czuje ogromny lęk - ja czułam razem z nią. Boże, ależ ze mnie odważny dorosły..., ale ciekawość jest silniejsza. Dlatego mimo mojego własnego przerażenia, podążamy dalej, a jakie jest rozwiązanie? Tego już nie zdradzę, należy samemu znaleźć w książce...

Znowu autorce udało się wciągnąć mnie w opisaną historię do tego stopnia, że czułam strach i zwątpienie. Mój zdrowy rozsądek w chwili stresu po prostu się wyłącza. Chyba jest to jeden z największych plusów dla Ohlsson. Ponieważ napisać książkę dla dzieci w taki sposób by dorosły czytelnik odczuł niepewność wymaga ogromnego talentu. Być może jestem strachliwa, ale w końcu to "tylko" książka, a jednak. Grała na emocjach w genialny sposób. Jest mi przykro, że to już koniec. Bardzo bym chciała jeszcze raz powrócić do  Åhus, tajemniczych zagród, w których niemalże każda kryje swoją mroczną historię... 



Za możliwość przeczytania książki chciałam podziękować wydawnictwu Media Rodzina.
Czytaj dalej...

Calder. Narodziny odwagi



Autorkę poznałam jakiś czas temu przy innej pozycji, która to była bardzo zachwalana, każdy się zachwycał, ja troszkę mniej.   Dlatego kiedy dostałam kolejną polecankę tego tytułu - ostatnimi czasy jestem za bardzo podatna na sugestię innych czytelników. W każdym razie powiedziano, że powinnam przeczytać. Na szczęście każdemu autorowi daję kilka szans, tak też było i tym razem.
Tematyka rzeczywiście ciekawa. Bo o sektach nie jeden raz słyszałam, ale chyba w żadnej jeszcze książce nie czytałam. Z chęcią i ciekawością zasiadłam do czytania, jakie tym razem było moje spotkanie z twórczością Mii Sheridan


Książkę zaczynami od prologu, który według mnie jest jednym wielkim spojlerem. No ale trudno. Widać autorka tego nie przemyślała. W każdym razie po prologu poznajemy dziesięcioletniego Caldera. Chłopca wychowującego się w osadzie, nad którą sprawuje pieczę niejaki Hector. Guru i przywódca. Dla większości ten wybrany przez ich Bogów - ich Ojciec. Mający poprowadzić swój lud do Elizjum kiedy nadejdzie czas wielkiej powodzi. Jednak zanim nastąpi przepowiadana tragedia, ich Pan musi poślubić zesłaną przez Bogów kobietę, ma ona mieć znak, dzięki któremu zostanie rozpoznana. Jako, że przywódca jeździ na tak zwane pielgrzymki w celu poszukiwań i nawracania zagubionych dusz w końcu odnajduje swojego anioła. 

Mieszkańcy a wraz z nimi Calder oczekują kiedy zobaczą kobietę z przepowiedni, dzięki której nastąpi zbawienie. Jakie jest ich zdumienie gdy u boku mistrza widzą drobną dziewczynkę, nieco przestraszoną i wycofaną. Chłopiec od razu zwraca uwagę na oczy i coś bijącego z twarzy Eden. Ona również przygląda się właśnie jemu. Niestety ich losy są zupełnie inne. On jest zwykłym dzieckiem robotników. Ona wybraną.  Nie mogą się widywać, nie mogą nawet ze sobą rozmawiać, ani tym bardziej bawić się.

Przepowiednia, przepowiednią, ale życie pisze różne scenariusze. I tym razem miało inne plany wobec dwójki małych dzieci. Między którymi pojawiła się nić sympatii i ciekawości. Eden potrzebowała kogoś z kim mogłaby porozmawiać i czuć zrozumienie. Calder był zafascynowany misją jaką dziewczynka miała spełnić. Jako jedyny odważa się zaprosić do zabawy, mimo zakazów o jakich wszyscy zdają sobie sprawę. Właśnie ten mały gest sprawia, że od tego momentu oboje są dla siebie bliżsi. I chociaż wiedzą jakie jest przeznaczenie, że Ona gdy  osiągnie pełnoletność poślubi swego Ojca, to teraz najważniejszy jest czas, który im pozostał. Przyszłość jest nieważna. Muszą być ostrożni. Ponieważ ich znajomość jest niebezpieczna. Muszą się ukrywać. Im dłużej się nie widzą, tym większe jest przyciąganie. 
Lata mijają nieubłaganie, dwoje młodych ludzi przestało być dziećmi, teraz odkrywają w sobie coś innego, czy miłość może mieć szanse w zaistniałej sytuacji? 


Muszę się przyznać, że tę książkę przeczytałam jednym tchem. Byłam na maksa zafascynowana światem jaki ukazała autorka. Ponieważ jak wspomniałam we wstępie, nie miałam okazji czytać innej pozycji nawiązującej do sekty od wewnątrz. Tego jaka "polityka" obowiązuje, reguły i wymagania. I chociaż niekiedy odczuwałam pewien niedosyt to i tak uważam, że autorka świetnie sobie poradziła. 
Mieszkańcy nie mieli możliwości wyjścia na zewnątrz, do złego świata, w którym byli sami źli ludzie, grzesznicy.  Ba. Oni bali się pomyśleć o wyjściu poza granicę ich osady. Czuli się szczęśliwi ponieważ byli bezpieczni. Ich Ojciec dbał o swoje dzieci. Pracowali i żyli z tego co udało się uprawiać. A, że nie mieli łazienek, czy bieżącej wody? O pralce nie wspominając? Bóg przecież nie stworzył tego wszystkiego, a oni mieli być pokorni.  I przyjmować los taki jaki został im dany. Bez wszelkich udogodnień.  Zasada była jedna, im bardziej się poświęcasz tym lepszy los czeka Cię w ich raju....

Nie będę opisywała wszystkich zasad jakie panowały w sekcie, ale no naprawdę często budziły  kontrowersje, a najgorsze było, że każdy się im poddawał, bo tak musi być. Bo jeden człowiek tak powiedział. Coś niesamowitego. Jak można potrafić manipulować ludzką psychiką, byłam no w sumie dalej jestem pod wrażeniem. 

Jak każdy wie, nie lubię książek w których przewodzi wątek miłosny, jednak tutaj wielkie brawo dla Sheridan. Bardzo ładnie, wręcz delikatnie rozwijała uczucie głównych bohaterów. Ukazywała ich pytania, rozterki. Wzajemną fascynację. Pierwszy raz nie miałam uczucia typu  - o Boże kiedy koniec. Wręcz przeciwnie. Kolejny plus książki.
Dodatkowo cały czas jesteśmy świadkami manipulacji Hectora, jego fanatyzmu i pierwszych buntów, niepewności czy aby wszystko czym karmi swoich poddanych jest prawdą? Zasiane ziarenko niepewności zaczyna kiełkować, a kiedy osiągnie konkretne rozmiary...  

 Będę polecała ten tytuł ponieważ naprawdę jest godny uwagi, mnie czytało się świetnie, cieszyłam się, że mam przy sobie drugą część, ale o niej następnym razem...:)


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Grupie Wydawniczej Helion.



Czytaj dalej...

Książka bez sensu



Rynek wydawniczy ostatnimi czasy został niemalże zdominowany różnymi alternatywami książek, dokładniej mówiąc publikacjami mającymi na celu zabicie nudy. Monotonne godziny w pracy, nie masz co robić, sięgasz po taką książę beze sensu i działasz. Czy pomysł dobry? Jakież są moje wrażenia po obcowaniu z czymś takim? I nie, to nie jest książka do zniszczenia, tutaj mamy zupełnie inne zadania do wykonania, bardziej lub mniej ciekawe. Za chwilkę przedstawię jak najciekawsze w moim odczuciu, przy których naprawdę się ubawiłam, albo miałam problem z wykonaniem. 


Książka bez sensu Alfiego Deyesa powstała by ją dokończyć poprzez formę kreatywnych zabaw, których przykłady możemy znaleźć wewnątrz. Jak wspomniałam przykłady są przeróżne. Od opisania swojego dnia do tworzenia obrazu z pomocą koła.  Niektóre z zadań są dosyć skomplikowane, potrzebna jest czyjaś pomoc. Na przykład kiedy musimy poprosić o narysowanie naszego portretu - będę szczera, nie miałam odwagi podejść do obcego człowieka z książką i ołówkiem z pytaniem czy nie ze chce mnie narysować, takie trochę zbyt ekstremalne się wydawało, ale może po prostu właśnie chodziło o przełamanie swoich oporów? No w sumie nic straconego. 
Bardzo zabawne było układanie z fragmentów pięciu ulubionych piosenek nowego hitu - te zadanie wykonałam wspólnie z bratanicą, ubaw przy tym miałyśmy niesamowity, ale cóż to nam wyszło! Myślę, że gdyby znalazł się odważny do opatentowania... platynowa płyta murowana! Mówię wam. 
Nawet odkryłam w sobie duszę poety, napisałam dzieło życia, myślę już o stworzeniu tomiku i jakiego wieczoru poetyckiego, sami zobaczcie jaka zdolna jestem...

                                                                            ogólnie piszę troszkę ładniej, to było na kolanie w chwili natchnienia!

Oczywiście poza śmiesznymi zadaniami robimy inne rzeczy, na przykład wypisujemy cechy za które lubimy siebie i dlaczego. Lista marzeń. Któż o niej nie słyszał prawda? Tylko kiedy wychodzi o napisanie tych najważniejszych miałam problem, bo nie wiedziałam czy mam myśleć o tym co tu i teraz, może bardziej celować w przyszłość. Gdzieś usłyszałam, że z marzeniami trzeba ostrożnie bo nie wiadomo kiedy i które zechce się spełnić, gorzej jak kolejność się pomiesza i wyjdzie galimatias.
No ale marzenia marzeniami, twórca książki zechciał sprawdzić czy poza zdolnościami afirmacji czy też poezji potrafimy rysować, tudzież dokańczać rozpoczęte rysunku - uważam, że poszło mi wyśmienicie, sami się przekonajcie!;)

                                           No dobra, paszcza women wyszła bardziej męsko niż faceta obok, ale takie rysy, nie moja wina. Za to kaszkiet zacny!


Przez długi okres byłam nieprzekonana do tych wynalazków wydawniczych. Książka to książka, tutaj cały czas będę się spierała, że bardziej by pasowała nazwa - zeszyt.  Ponieważ my w nim piszemy, uzupełniamy, coś tworzymy. Ja po książkach nie piszę, nie maluję lakierem, a i takie zadania mamy do wykonania, więc bardziej chyba zeszyt. Musiałam wtrącić własne uwagi. 
Niemniej jednak uważam, że ten pomysł był naprawdę ciekawy i w pewnym sensie udany, może nie wszystko przypadło do mojego gustu, może jestem jeszcze za mało otwarta, jednak doświadczenie ciekawe i wesołe. Zwłaszcza kiedy wykonuje się w towarzystwie. 
Podsumowując książkę/zeszyt polecam, mnie się bardzo podobało, odnalazłam w sobie nowe zdolności. Teraz myślę nad rozwijaniem talentu, szkoda by się zmarnował, sami rozumiecie...

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa. 


Czytaj dalej...

Nieboszczyk wędrowny




Za każdym razem kiedy spoglądam na okładkę, a dokładniej kota odnoszę wrażenie, że jest on niesamowicie zirytowany. Większość ludzi uważa, że zwierzęta nie okazują emocji. Nic bardziej mylnego, a koty są już w tym mistrzami. Zwłaszcza kiedy chodzi o te negatywne. Właśnie dzięki czarnemu kotu zwróciłam uwagę na tytuł, bo skoro dumnie widnieje to i musi mieć jakiś wkład w fabułę. Oczywiście przeczucie mnie nie zawiodło. 

Jednak kiedy zasiadałam do czytania nie spodziewałam się  jakim kotem okaże się czarny futrzak, ponieważ Belzebub już z racji imienia, które zobowiązywało musiał być dominujący, w dodatku silnie pilnujący własnego terenu...  
Ile wspólnego będzie miał z goła niepozorny kocur do tytułowego nieboszczyka - w dodatku wędrownego? O tym już za chwilę. 

O spadkach ostatnio jest coraz częściej w literaturze - szkoda, że ja nie mam w posiadaniu jakiegoś krewnego, który w drodze w zaświaty rzucił mi testamentem, a na nim jakaś ładna sumka. Już nie będę taka pazerna, domu nie wymagam. No ale jednak domy są w modzie, dlatego też nasi główni bohaterowie Marylka i jej mąż otrzymują dom oraz aptekę. Po ciotce z którą dosyć długo nie utrzymywali kontaktów. Nic to. Zapis jest, mówi kto ma przejąć działalność i dom. Młodzi małżonkowie mają głowy pełne ambicji, jako wykształceni farmaceuci otrzymują w prezencie aptekę z całym zapleczem. Nie lada gratka. Wiadomo jakie są czasy, a tutaj nie dość, że własna i dobrze prosperująca działalność w spokojnym miasteczku i cztery całkiem okazałe kąty. Spełnienie najskrytszych marzeń.  
Do pewnego momentu wszystko pięknie się układa. Nowi lokatorzy przeprowadzają się wraz ze swoim skromnym dobytkiem życia. Porządkują nieco przykurzone pokoje, oglądają co ciekawego zostało, a co należy wyrzucić. Załatwiają sprawy papierkowe przejęcia apteki, a kot pilnuje domu. Chociaż wersja oficjalna to spanie, ale każdy wie, że szanowny kot musi zrobić rozeznanie w terenie. Zwłaszcza kiedy pełno nieznanych zapachów, zakamarków pod dostatkiem, kto wie co czai się za drzwiami kolejnego pokoju. 
Belzebub dumnie acz ostrożnie przemierza kolejne pomieszczenia, ale to drzwi do piwnicy największe budzą zainteresowanie, co się za nimi kryje?  Niby otwarcie puszki pandory spowodowało, że wszystkie nieszczęście spadły na ludzi, ale czasem wystarczy nie w tym momencie co trzeba zajrzeć przez zamknięte piwniczne okienko... 

Bardzo lubię lekkie kryminały z czarnym humorem. Jest zagadka, ale przede wszystkim spora dawka śmiechu. Zwłaszcza kiedy jedna z głównych ról należy do kota. Więcej do szczęścia już nie potrzeba. Byłam ciekawa jak też pani Kursa wykreuje fabułę i postaci, czy będzie czytało się lekko, zaś nakreślone sytuacje wywołają uśmiech. 

Muszę przyznać, że książkę czytało się bardzo lekko, polubiłam bohaterów. Zwłaszcza dwie siostry, które były dosyć ekscentryczne, a już w szczególności jedna - bojąca się ducha zmarłej trzeciej siostry. Bo jak twierdziła, była tak wredna, że nawet po śmierci z pewnością nie odpuści w dokuczaniu. Niby mówią, że zmarli już nie zagrażają, ale kto ich tam wie. 
Oczywiście moim numerem jeden był kocur,  dumny i wiedzący czego chce. Typowy samiec, nie dostał to czego chciał to ukarał. No bo jakże? Człowiek, jego poddany się buntuje? Tak być nie może i nie będzie.  Świetnie autorka ukazała kocią osobowość, rozmyślania i zachowania. Bardzo, ale to bardzo przypadło mi do gustu. Perspektywa kocura. I to nie byle jakiego, władczego i obronnego! Strach się bać, a jeszcze bardziej stanąć oko w oko z Belzebubem.  

Podsumowując, po książce nie należy oczekiwać nie wiadomo czego. Jest to przeze mnie roboczo nazywany poprawiacz humoru na smutne wieczory, albo jak ktoś nie lubi - deszczowe. Wtedy akurat spisze się bardzo dobrze. Bo można się nie jeden raz uśmiechnąć. Może nie miałam ataków śmiechu, przez które musiałabym przerywać na chwilę czytanie, ale jestem na tak do tego tytułu. Polecam. 


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.

Czytaj dalej...

Książka, której doczekać się nie mogę :)(:

Bardzo rzadko robię zapowiedzi. Może dlatego, że samo wyczekiwanie sprawia, że po prostu data premiery wydaje się odległa. Są jednak książki o których należy napisać, że będą i powinno się przeczytać. Nawet jeśli nie czuje się ktoś specjalnie przekonany. Sama nie jeden raz zdecydowałam się na tytuł, który przeleciał przed oczami, a jednak nie sprawił bym chciała bliżej zapoznać. I dzięki właśnie namowom "siły niższej" w postaci Sylwii, Bujaczka i jeszcze innych chochlików:) decyduje się i później jestem pełna niezrozumienia względem własnej niechęci. Poddajcie się czasem presji, dobrze robi!

Dzisiaj niosę Wam kochani zapowiedź książki, której pierwsza cześć podbiła mnie do tego stopnia, że zamarzyłam mieć własnego Krakersika, nawet skafanderek bym mu wydziergała. No dobra, złożyłabym u kogoś zdolnego zamówienie:) Tak. Są autorzy, którzy podbijają czytelników i zostawiają z rozpaczą po przeczytaniu ostatniego zdania, z pytaniem - Jak żyć? 

Oto i ona !!!!  :) (: Brawa, fanfary i tak dalej dla niej ;)

            

Także sami widzicie, okładka jest cudaśna, piękniasta, ochy achy i ogólnie szaleństwo! Zaczynamy odliczanie hip hip hurraaa.  Nawet mam kilka słów na temat fabuły - za wiele wam nie pomoże, ale chociaż sobie poczytajcie ;)

 
 
Światem rządzi prawo równowagi. To za jego sprawą wymiętolony pisarz oraz wiking z wyboru dzielą dom, w którym strych zamieszkują widma ze skłonnością do cielesności, w piwnicy leży ciało bez skłonności do czegokolwiek, a na piętrze urzęduje urocze Licho oraz anioł nie tyle stróż, co strażnik więzienny. Równowaga zadbała nawet o to, by siła wyższa znalazła przeciwwagę w fatum o nikczemniejszych gabarytach, za to z przerostem ambicji.
Jako posiadaczka patentu na efekt motyla i śnieżnej kuli siła niższa dokłada wszelkich starań, by Konrad Romańczuk ponownie stał się bohaterem dramatu w nowej obsadzie. Fabułę tym razem dyktuje proza życia, a codzienność występuje jedynie w dwóch wariantach: albo kolejna fucha, albo sterczenie przy garach.
Konrad na własnej skórze przekona się, że zaburzona równowaga grozi nie tylko urwaniem głowy i postradaniem zmysłów: gdy siła niższa pokonuje wyższą, zatracić można samego siebie…


Tyle słowa od wydawcy, ja tylko dodam od siebie, że to co tam wyżej z pewnością nie odzwierciedla tego wszystkiego co autorka serwuje. Przekonałam się, wiem co mówię! Krakersik!!!! My Love!! :) 


Proszę się teraz ze mną podzielić, kto czeka, kto się nie interesuje i dlaczego - wywrę odpowiednią presję! :) Aha! Zapomniałabym jakie fajne coś jest, dla tych którzy będą na Targach w Krakowie. Mnie nie będzie, smutkuje, ale życie takie jest. Trudno. Paulinko! Jeszcze się spotkamy, obiecuję!:) 


Promocja czy nie, ale taka forma mnie się bardzo, wręcz niesamowicie podobuje:) No także ten, zazdraszczam tym co na targach szarpną piękny egzemplarz! :)

 I jeszcze coś będzie związanego z książką i samą autorką, ale o tym... w swoim czasie:)


Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka