Cuda i cudeńka



Ostatnio coraz więcej u mnie pozycji nawiązujących do zbliżających się świąt, tak się stało, że postanowiłam zacząć od Cuda i cudeńka. Jako że bardzo polubiłam twórczość Pani Agnieszki Olejnik, nie było wątpliwości, że i ten tytuł będę chciała przeczytać. Byłam niezmiernie ciekawa stworzonej historii, nowych bohaterów i tego, czy porwie mnie fabuła. Jak było? Zacznę od początku.



Poznajemy Helenę, która każe nazywać się Leną — ponieważ jej imię jest staromodne. Kobieta, bo, mimo że uparcie przypomina jak, młodo wygląda, metryka nie kłamie. Jest kobietą i nie ma co czarować, przyjeżdża do babki. Rodzinne więzy w tym wykonaniu nie bardzo są silne, ale staruszka doznała udaru i potrzebuje opieki całodobowej. Praktycznie cały czas leży, porusza się tylko przy asekuracji drugiej osoby. Jako że Helena nie miała aktualnie innego zajęcia, przyjechała do Lubska ze swojej wsi, o czym nad wyraz często będzie przypominała.

Trudne zajęcie sobie wybrała, ale jako życiowa optymistka, wierzy, że wszystko ułoży się jak najlepiej. Babcia wróci do formy i może, kto wie? Znajdą wspólny język, którego do tej pory nie udało się nawiązać.

W ogóle okazuje się, że najstarsza z rodu jest odludkiem, nie żyje w zgodzie z sąsiadami. Nawet można powiedzieć, utrudnia niektórym życie.

Przed nową mieszkanką niełatwe zadanie. Helena jest totalnie różna od swojej babki. Potrzebuje towarzystwa innych ludzi. Samotność jest dopustem Bożym. Dlatego niewiele myśląc postanawia „zbratać” z lokatorami.



Oczywiście pomysł okazuje się sukcesem. Zyskuje znajomą w sąsiadce z naprzeciwka, piętra wyżej i jeszcze wyżej. Ogólnie jedna wielka sielanka. Nawet poznaje rehabilitanta babuni. Przystojnego mężczyznę. Reszty pisać nie muszę. Jednak jest coś jeszcze. Na samej górze, czyli strychu, znajduje się mieszkanie tajemniczego pisarza. Aktualnie przebywającego gdzieś daleko. Helena przypadkiem dowiaduje się, że babcia zajmowała się roślinami tegoż pana.

Rozpoczyna się korespondencja mailowa — w sprawie roślin rzecz jasna. No dobrze, nie tylko roślin. Helena zwierza się nieznajomemu ze wszystkiego. Od razu rzuca mi się skojarzenie z pewną bohaterką trylogii kwiatowej...

Helena, nowo poznani sąsiedzi, chłopak, który niby sprawia radość, ale jest pewne „ale". No i tajemniczy mężczyzna od maili. Aha i dwa anioły. Co z tego wszystkiego wyniknie?


Mam ogromny problem z oceną książki. Bo z jednej strony do pewnego momentu książkę czytało się genialnie. Czytałam, nie mogąc się oderwać. I nagle. Rozpoczyna się znajomość z rehabilitantem, maile z Borysem, pomaganie każdemu dokoła i ogólnie. Jeden wielki miszmasz.

Zacznijmy od postaci Heleny. Nie będę pisała Lena, bo mnie okrutnie denerwują skróty starych imion, które są piękne same w sobie. Unowocześnianie jest po prostu głupie. Taka moja opinia.

Kobieta pochodzi ze wsi. I ja naprawdę chciałabym wiedzieć, gdzie Pani Olejnik znalazła Taką wieś? Z takimi wspaniałymi ludźmi. Bo ja to chyba jednak nie wiem, gdzie mieszkam. No ale ok. Można powiedzieć, że moja wieś i moi sąsiedzi są antypatyczni i jedno wielkie zło. Bo tutaj naprawdę nikt nikim się nie interesuje. Nie biegamy po domach z ciastami, z plotkami „komu się świnia oprosiła". Mało kto jeszcze ma świnki — niestety. Helena cały czas powtarza jak to "u niej na wsi ludzie są otwarci, każdy wręcz przejawia rodzinne skłonności względem sąsiada". Taaaak, a świstak naprawdę siedzi i zawija czekoladę w te sreberka.

W mojej okolicy jest więcej wiosek niż miast. Naprawdę, musicie uwierzyć mi na słowo. Nikogo nie obchodzą sąsiedzi. Ciasto prędzej schowają, kiedy usłyszą, że ktoś się zbliża do drzwi. Ja sama, nie bardzo interesuje się „Kowalskimi".

Obraz wsi wykreowany przez autorkę to taki z lat dzieciństwa mojego ojca albo nawet i jego rodziców. Nie teraz. Ja bardzo proszę autorki nasze polskie. Przestańcie tak koloryzować. Naprawdę, na wsi ludzie nie są mili. Mało tego, są wręcz niemili, zwłaszcza dla nowych. Moja mama wprowadziła się ponad trzydzieści lat temu. Cały czas jest „tą z miasta". Wymawianym z pogardą, bo jak śmiała się poczuć swojsko. I to nie dotyczy tylko mojej wioski. Nie, takie są po prostu realia. A opisy, w których sąsiedzi biegną na pomoc samotnej kobiecinie, czy też przynoszą drwa. Między bajki można włożyć. Owszem, przybiegną popatrzyć. Oczywiście, są wyjątki, nie powiem, że nie. Nie ma jednak ogólnej miłości i atmosfery jednej wielkiej rodziny.

I nie mówię, że jest tu jedna wielka zawiść. Po prostu teraz na wsi ludzie chcą żyć swoim życiem. Nie ma rolników, którzy potrzebują pomocy sąsiada. Jak niegdyś przy sianie, wykopkach czy cieleniu się krowy.

Każdy siedzi w swoim ogródku. I nie ma ochoty by inni, zaglądali przez płot. Taka jest brutalna prawda.

Ja wiem, mogą paść zarzuty, że w moich stronach tak jest. Nie, nie tylko u mnie. Zrobiłam rozeznanie, zanim postanowiłam napisać. Mnie po prostu nużą te farmazony.

 
Kolejna sprawa. Odniosłam wrażenie, że książka na siłę byłą przegadana, by dotrzeć do takiej objętości. Według mnie zbyt wiele wątków bez znaczenia, które przyćmiły te naprawdę ciekawe. Bo nie jest tak, że Cuda i cudeńka uważam za beznadziejne. Nie, tylko ciągłe powtarzanie cudowności wsi, czy na siłę uszczęśliwianie sąsiadów, było zbędne. Swoją drogą, jestem ciekawa. Na jakiej wsi, sąsiadki tak pomagają w rodzinnych problemach. Ach, widzę wyobraźnia, potrafi ponieść.

 Ogólnie książka mogła być bardzo dobra. Jest atmosfera, ciekawe opisy miasteczka. Wyzwanie jakim jest opieka nad babcią, tajemnica z nią związana. W końcu staruszka nie utrzymuje kontaktu z rodziną, nikt nie wie z jakiego powodu. Pojawiają się nieznane osoby, które wnoszą bardzo wiele. I ten wątek razem z postacią właściciela strychu, powinny grać tak zwane pierwsze skrzypce. Jestem ogromnie ciekawa tajemnicy babci. I wiadome, sprawy z Borysem. Troszkę za mało mi było głównego wątku, a za dużo przegadania. Szkoda.

Ciekawi mnie kolejny tom, niestety mam obawy, że głównego wątku będzie niewiele, za to znowu spotkam się z nic niewnoszącymi opisami. Czasem więcej, nie znaczy lepiej. Mimo wszystko będę czekała. Zagadki za bardzo mnie interesują.





Czytaj dalej...

Kobiety ciężkich obyczajów



Długo przyszło mi poczekać, na możliwość przeczytania ostatniej części z serii „Matki, czyli córki” Nataszy Sochy. Wszędzie widziałam i słyszałam, że jest najmocniejsza książka z trylogii. Już nie taka zabawna, chwilami wręcz brutalna w szczerości opisów.

Niecierpliwiłam się ogromnie, ale cóż było poradzić, musiałam czekać i oto w końcu, nadeszła chwila, gdy zasiadła do czytania. I czytałam do tej pory, aż skończyłam, a stało się to w środku nocy, cóż poradzić, są książki, których nie można odłożyć na jutro".




Kwiryna przyjeżdża do Warszawy jako nastolatka. Matka wysyła ją do wielkiego miasta, twierdząc, że tam ma szansę na lepsze życie niż we wsi. Dziewczyna miała udać się pod podany adres, by na początku móc się gdzieś „zaczepić”, ale zbieg okoliczności sprawia, że poznaje Lucynę, doświadczoną życiowo, nieco starszą od niej kobietę. Obie są samotne i potrzebują pomocy. Być może siła wyższa zdecydowała, że miały się poznać i razem stawić czoła trudnej codzienności.

Kira nie lubi mężczyzn. To znaczy, nie lubi być od nich zależna, nie chce się za żadnym uganiać. To oni mają płakać, kiedy ich zostawia, oni mają cierpieć. Nie Kira. I nie czuje potrzeby wiązania się z tym jedynym. Zabawa trwa dopóki nie padają poważne deklaracje. Wtedy dziewczyna zakańcza relację, szybko i w miarę bezboleśnie. Dla siebie oczywiście. Tego, co czują porzuceni, nie bardzo ją obchodzi.

Przestała wierzyć w prawdziwą miłość. Jej serce tylko raz zostało zranione, od tamtej pory postanowiła mieć wszystko pod kontrolą.

Dwie kobiety, które łączy pokrewieństwo, a dzieli wiele lat. Niby odległe, a jednak bliskie. I chociaż Kwiryna została wprowadzona w świat prostytucji niezupełnie w pełni radośnie, to zrozumiała, że takie życie jest lepsze, niż zamartwianie się o kolejny dzień, co włożyć do garnka i przede wszystkim za co?

Kira nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo jest podobna do prababki, o której nigdy nie słyszała. Nikt też nie wiedział, co takiego uczyniła ta pierwsza, że została znienawidzona przez własną córkę. A gdy sprawa ujrzała światło dzienne, coś jeszcze nie dawało spokoju.






Chciałabym zacząć od słów — Ach! Cóż to była za książka! Ileż emocji, napięcia i tej charakterystycznej atmosfery przedwojennej Warszawy. Jakże ciekawie czytało się te opisy miasta, ludzi i wszystkiego, co działo się właśnie wtedy.

Wątki z Kwiryną i jej losami były naprawdę bardzo wciągające. I nie tylko ze względu na profesję, którą się zajmowała. Bo zanim do tego doszło, należało się odpowiednio przygotować. Właśnie droga do tej, można by powiedzieć lekkiej pracy, były pasjonujące i szczerze mówiąc, robiły na mnie ogromne wrażenie. Bo Kwiryna — Luiza, nie była jakąś tam podrzędną ulicznicą, to była dama do towarzystwa z wyższej półki.

Również bardzo interesujące były podboje Kiry, która z niewiarygodną wprawą i bezwzględnością zdobywała swoje ofiary i przyglądała się, jak wygląda kolejny upadek instytucji małżeństwa, czy też wierności w związku. Co nie powiem, chwilami przerażało, na myśl, że mężczyźni tak łatwo dają się zmanipulować. No cóż, należy mieć nadzieje, że będąc w związku, nasz partner nie spotka tego typu kobiety.

Oczywiście mamy podgląd na życie Kaliny oraz jej nowej rodziny. Utrzymującej się trudnej sytuacji z Konstancją, która uparcie nie potrafi zaakceptować nowego zięcia, tego, że w jej życiu znowu pojawił się wiarołomny mąż. Zbyt wiele spraw wymknęło się spod kontroli starszej kobiety. Latami uporządkowana codzienność legła w gruzach, a wszystko przez... szalejące hormony córki.

Chwaliłam poprzednie książki, bo i Hormonia i Dziecko last minute bardzo wpasowały się mój gust, tak teraz po prostu nie wiem co napisać. Kobiety po prostu są genialnie napisane. Zarwałam nockę, musiałam zakończyć. Nie zasnęłabym w nieświadomości. I gdy już dotarłam do końca, poczułam smutek. Bo koniec i co teraz?



Podsumowując, Kobiety ciężkich obyczajów po prostu trzeba przeczytać. Trzeba i koniec.






Czytaj dalej...

Tam gdzie czekał anioł

źródło


Moje kolejne spotkanie z twórczością Pani Doroty Schrammek. Byłam niezmiernie ciekawa najnowszej książki autorki. Dlatego też, gdy tylko dotarła, zabrałam się za czytanie. Wiele sobie obiecywałam po tym tytule. Liczyłam na wciągającą i ciekawą lekturę, a jak było w rzeczywistości?

 
 
Poznajemy Beatę, żonę i matkę. Kobietę, na tak zwanym zakręcie życiowym. Właśnie straciła pracę, poszukuje nowego zajęcia. Sprawę nie ułatwia upierdliwa teściowa oraz zgnuśniały mąż. Te i jeszcze inne powody, sprawiły, że postanowiła podjąć pracę w Niemczech, jako opiekunka. Poinformowała rodzinę, później rozpoczęła przygotowania do nowego etapu w swoim życiu. Tłumaczyła sobie, że wyjazd będzie w swego rodzaju, sprawdzianem jej małżeństwa, które w ostatnich latach jakby ostygło.

Podróż z Warszawy do Szczecina, upływa Beacie na rozważaniach i analizie własnego życia, czy dobrze postąpiła?

No ale nadchodzi pora, by wysiąść i stawić czoła nieznanemu. Na dworcu ma czekać pracodawca — Jakże miło z jego strony. Znam wiele kobiet pracujących w Niemczech jako opiekunki. Po ŻADNĄ nigdy nie wyjechał pracodawca.

Wraz z kobietą towarzyszymy podczas zajmowania się starszym małżeństwem. Problemami w domu-mąż ma ciągłe fochy o wyjazd małżonki. Teściowa jeszcze podjudza porzuconego syneczka. I tak cały czas.

Jest jeszcze pamiętnik, byłej więźniarki obozu, który znajdował się przy granicy. I to chyba jest najciekawsza część książki.

Napisałam już, że wiele obiecywałam sobie po książce. Niestety, niestety muszę napisać, że bardziej czułam rozdrażnienie niż ciekawość.

 
 
 
Pani Dorota Schrammek ma dziwną tendencje, ciągle i uparcie porównywania Polski i Polaków do Niemców. Oczywiście tych pierwszych, stawiając w złym świetle. Bo przecież u nas jest tak źle, a Niemcy to kraina mlekiem i miodem płynąca.

Sama fabuła była nijaka. Nie wiem, gdzie autorka posiłkowała się wiedzą, skąd zaczerpnęła informacji na temat pracy opiekunek. Bo każda, którą znam, nie miała tak komfortowych warunków. Bardzo przerysowane. Naprawdę, jeśli już tak bardzo chce się pokazać temat z pięknej strony, należy się dowiedzieć w kilku źródłach.

Bo tutaj akurat mam bardzo dobrą znajomość. I wiem, jak wygląda to zajęcie. U nich, jak i u nas są lepsi i gorsi ludzie. Dlatego nie pojmuje, skąd u Pani Doroty tak ogromna niechęć do jakby nie było swoich rodaków. Widać prawdą jest, że Polacy mieszkający w Niemczech, zachowują się dosyć osobliwie, drwiąc z własnego kraju. Smutne i jakoś pozostawia niesmak. Zwłaszcza że autorka, jakby nie było — wydaje w tej złej Polsce, a nie „cudownych Niemczech". Gdzie wszystko można od ręki załatwić. Gdzie każdy stoi z otwartymi ramionami.

I jedyne co mnie ciekawiło, i tylko dlatego dokończyłam książkę, był pamiętnik. Tylko na sam koniec nie bardzo wiedziałam, po co było tyle upchnięte w jednej maleńkiej książeczce?

Brak dynamiki, brak przewodniego wątku. Odnosiłam wrażenie, że książka była napisana, tylko po to, by kolejny raz, pokazać jak to u naszych zachodnich sąsiadów jest wspaniale — Eden wręcz. A tutaj, jedno wielkie dziadostwo i w ogóle wstyd się przyznać do pochodzenia. Nie wiem, chyba powinnam się przeprowadzić. Wszak do granicy mam tak zwane — dwa kroki.

Jest mi smutno, jestem zła. Ponieważ nie interesuje mnie, jakie ma poglądy Pani Dorota, i tego typu przytyki, powinna zostawić dla grona własnych znajomych. A nie „raczyć” nimi czytelników. Nawet pogoda u nas jest gorsza. No ja nie wiem. Powinniśmy wszyscy emigrować.
Czytaj dalej...

Zegarmistrz światła



Nie czytywałam biografii, nie ciągnęło mnie do zagłębiania się w życie znanych ludzi. Nie wiem, mam wrażenie, że są tematy, o których nie powinno się wiedzieć. I pewnych granic po prostu nie przekraczać. Co więcej, jak można ocenić zwierzenia drugiej osoby? Bo uważam, że w pewnym sensie, opowieść, jaką odkrywa dana osoba, jest w pewnym stopniu zwierzeniem dla czytelników. Jak dalece prawdziwe? Tutaj pozostaje mieć zaufanie do autora.

Jakiś czas temu zainteresowała mnie rozmowa Tadeusza Woźniaka z Witoldem Górką i nie dlatego, że jestem jakąś specjalnie wielką fanką muzyka. Po prostu coś sprawiło, że poczułam chęć przeczytania. A jakie są moje wrażenia po zakończonej lekturze?

Tadeusza Woźniaka zna większość, oczywiście dla większości znakiem rozpoznawczym jest słynny "Zegarmistrz światła", myślę, że tutaj nie powinno być wątpliwości. Jednak zanim powstał ten niepowtarzalny utwór, Tadeusz Woźniak przebył długą drogę, by znaleźć się w tym miejscu, w którym jest.

Swoją opowieść zaczyna od początku. Czyli dzieciństwa w powojennej Polsce, wspomnienia te są bardzo intymne, muzyk opowiada o biedzie, z którą zmagała się rodzina, co nie znaczy, że w ich domu czuli się nieszczęśliwie. Wtedy były ważniejsze sprawy. Warszawa powstawała na nowo z gruzów. Jako dziecko biegał pomiędzy gruzowiskami i widział, że oto na jego oczach dzieje się coś ważnego.

Później nastąpiła zmiana ustroju, wielu kojarzącym ze złem i uciskiem. Jednak dla kogoś, kto wychowywał się w naprawdę trudnych warunkach, trudno jest stanąć przeciwko temu, co sprawiło, że mógł pobierać nauki w dobrych szkołach, odbić się od przysłowiowego zera społecznego. Nie oszukujmy się, po wojnie było trudno się dorobić.

Woźniak w swoim wywiadzie jest niesamowicie szczery, co sprawia, że czyta się go niespodziewanie lekko, nie ukrywa popełnionych błędów, które w taki czy inny sposób zmieniły bieg przyszłości. Opowiada o znajomościach, mniej lub bardziej ważniejszych. Swoim odkrywaniu muzyki. Pierwszych wyjazdach w trasy koncertowe, nagranych płytach. Procesu powstawania.

Czytałam z ogromnym zainteresowaniem. Z początku obawiałam się, że może popełniłam błąd, sięgając po tę książkę. Na szczęście moje obawy bardzo szybko się rozwiały. Dodatkowo książka została wzbogacona fotografiami z różnych etapów życia artysty, możemy podejrzeć, jak wyglądała okładka pierwszej płyty, poznać z historią powstania, jak wyglądały produkcje muzyczne w czasach PRL-u. Mnóstwo ciekawostek, które sprawiły, że ujrzałam Tadeusza Woźniaka, nie tylko jako znanego muzyka, ale człowieka latami dążącego w określonym kierunku. Ta droga była różna, zdarzały się wyboje, zakręty, ale jednak cel zostawał ten sam.

Jestem mile zaskoczona książką, tego, jak dobrze się ją czytało. I przyjemnie wracało do przerwanych rozdziałów. Myślę, że każdy, kto jest ciekawy tego tytułu, nie powinien zwlekać. Warto nabyć i podczytywać. Po prostu pozwolić sobie, wczuć się w rozmowę dwóch mężczyzn, wyobrazić, o czym opowiada Tadeusz Woźniak. Naprawdę warto.
 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKA.
Czytaj dalej...

Dzisiaj kosmetycznie

Jakiś czas temu pisałam Wam, no dobrze dłuższy czas temu pisałam, że chciałabym wprowadzić na  bloga pewne urozmaicenie. Bo wiadome, nie samymi książkami żyjemy i poza czytaniem, zwłaszcza kobiety - chociaż i mężczyźni też. Dbamy o siebie. Skórę twarzy i reszty ciała. 
Dlatego postanowiłam, od czasu do czasu, podzielić się moimi spostrzeżeniami na temat kosmetyków, które polubiłam albo stanowczo odradzam. Posty nie są sponsorowane, nie mam z tego żadnych profitów. Wszystko zakupiłam z własnych pieniędzy, mogę pisać co chcę. Zresztą, nawet gdyby ktoś zaproponował współpracę, moje podejście nie ulegałoby zmianie. W końcu już mnie troszkę poznaliście. 

Na początek skromnie. Zacznę od tak zwanej "tańszej półki". Nie wiem dlaczego, ale utarło się, że za ceną idzie jakość. Oczywiście sporo w tym racji, ale czy rzeczywiście, należy inwestować w najdroższe produkty, omijając te mniej znane i tańsze? 


Na początek produkty, które poznałam w tym roku.







1. Płyn micelarny 3 w 1 rumianek - GREEN PHARMACY

Zanim napisze o płynie, muszę nadmienić, że moja twarz jest straszna. To znaczy skóra. Jestem alergikiem. I bardzo agresywnie reaguje na środki z nadmiarem chemikalów - to moja potoczna nazwa. W zasadzie odkryłam, że im płyn tańszy, tym jego skład jest mniej rozbudowany i nie uczula mnie.Przypadkiem byłam w HEBE i ten oto płyn miał promocję, lubię rumianek, więc pomyślałam, że fajnie bo duża butla. Kupię i będzie na dłużej. 

No i tak.
Zapach - nie wiem, nie czuje, ale mój węch jest z lekka upośledzony, więc prawdopodobnie coś czuć, ale ja tego nie wyłapuje. 
Skuteczność - Zmywanie jest w porządku, twarz nie jest ściągnięta. Po niektórych płynach miałam takie odczucia. W tym nie, ale.. No jakoś bez szału.  
Oczy - troszkę podrażnia, ale tutaj też. Ja mam bardzo wrażliwe oczy, rzekłabym, że nawet bardziej niż bardzo. Praktycznie muszę uważać co pcham w oko, co tam w leci. Ostatnio miałam paskudny przypadek alergii spojówki, która mi spuchła. Widok haniebny, uczucie jeszcze gorsze. Nie polecam. 

Podsumowując - płyn był bardzo tani, na promocji dałam za niego jakieś 4złz hakiem.  Bez promo chyba 7zł. Cena naprawdę malutka. A butla ma 500ml, czyli albo skład podejrzany, albo firma się jeszcze nie rozbrykała. Mam nadzieje, że to drugie. 
Czy polecam? Tak, jeśli nie nosicie ciężkiego makijażu - nie wiem jak przy takim sobie radzi. To brudki z całego dnia fajnie zmywa.







2. Przeciwzmarszczkowy krem do twarzy RÓŻA - GREEN PHARMACY 


Firmowa siostra kremu, jak już się pewnie domyślacie, również zgarnęłam na promocji. No ale tutaj już nie będzie tak wesoło. Buuu
Zapach - Mój Boże, ten zapach w niczym nie przypomina róży, po otwarciu miałam wrażenie, że uderzyła mi w paszczę cała tablica Mendelejewa. TRAGEDIA. Nawet teraz, gdy chciałam Wam zrobić zdjęcia, i otworzyłam opakowanie, zapach mnie sponiewierał. Musze umyć ręce i gdzieś to wynieść. Róża a raczej paskudna podróbka zapachu róży zabija. Ja z moim słabym węchem mam dosyć, co dopiero normalni ludzie?

Konsystencja - Dziwna, no dziwna, Nie jest kremowa. Taka jakaś dziwna. Nie podoba mi się, jest za białe, za tłuste. Nie kupuje tłustych kremów, tylko nawilżające, a ten zalatuje smalcem chemicznym. Położyłam go na jedną chwilę na swojej facjacie. Uwierzcie i nie próbujcie, okropne wrażenie. Szybko zmywałam. 

Nie podrażnił mi skóry, nie miałam wysypki, ale jakoś ta chemia uderzała zbyt mocno, nie wchłaniał jak powinien, ogólnie odnosiłam wrażenie jakbym posmarowała się olejem wymieszanym ze smalcem... Bez komentarza ;D 

Tutaj cena (około 5zł na promo)  niestety odzwierciedliła jakość. Tani krem, tani skład, marna jakość. Smutne. 







3. Krem do rąk i paznokci ( filtrat ze śluzu ślimaka) - Vis Plantis 


To jest moje odkrycie roku, a nawet życia! Kremów do rąk miałam.. ohoho. Nie zliczę, na równi z tymi do twarzy - chociaż patrząc wyżej można odnieść wrażenie, że raczkuje w tej dziedzinie. Nic bardziej mylnego.
Wracając do ślimaka - tak nazwałam ten krem, kupiłam go przypadkiem. Miałam na maksa suche dłonie, skóra aż pękała, potrzebowałam na już coś, co mi odratuje. Złapałam ten ze ślimakiem i od razu posmarowałam. 

Zapach - jest bardzo delikatny, podobnie jak płyn , dla mnie niewyczuwalny.  

Konsystencja - ten krem jest wspaniały, daje natychmiastowe cudowne uczucie na skórze. Jakby kładł jedwabistą powłokę.  Efekt jest zdumiewający, miałam naprawdę mega przesuszone dłonie, w dodatku mam skłonne do podrażnień, przez co wychodzi mi uczulenie. W tych miejscach jest katastrofa, ponieważ skóra jest napięta i po prostu mi pęka.  Ten krem zdziałał cuda. Odkąd go używam. Nie mam żadnych problemów. Łapki delikatne przyjemne w dotyku. 

No i najważniejsze, cena kremiku jest naprawdę piękna. Poniżej na zdjęciu sami zobaczycie. Jakoś nie pozbyłam się nalepki. 






Tak prezentują się nowości kosmetyczne. I chociaż od lat staram się nie zmieniać kosmetyków, z racji mojej skłonności do alergii, to jednak czasem się skuszę. Niekiedy świeżynki nie okazują się strzałem w dziesiątkę, ale jak w przypadku ślimaka, można się miło zaskoczyć. 

Jeśli spodobał się Wam post, który jest testowy. Nie wiem czy chcecie więcej, przedstawię Wam produkty dla takich uczuleniowców jak ja.  Niestety ceny już nie będą takie piękne. Ponieważ naturalne składniki mają swoją wartość. Czy i co polecam, w następnym poście:)


Czytaj dalej...

Najtwardsza stal



Dante chciał pokazać, że miłość pochodząca od Boga jest czysta, ale gdy trafia w nasze ręce, potrafimy to spieprzyć. My, zwykli śmiertelnicy, często nadużywamy miłości. Miłość zbyt silna może być tylko żądzą, a miłość nadużywająca może doprowadzić do gniewu.

Przeszłość może być trudną lekcją, powodować wyrzuty sumienia, strach, smutek, niekiedy lęk połączony z niechęcią do walki o lepsze jutro. Nie zawsze jest to co prawda zależne tylko i wyłącznie od nas, ale nie wolno wmawiać sobie, że po traumatycznych przeżyciach i zadrach w sercu nie ma się już prawa na bycie szczęśliwym, tym bardziej, że owo uczucie może przyjść do nas nieproszone i możemy być kompletnie zaskoczeni jego nagłą obecnością. Co się wtedy dzieje? Obawa, ucieczka, blokada, panika? Być może. Warto się chyba jednak zastanowić, czy nie lepiej jest przyjąć nowe radości, cieszyć się chwilą i dać im szansę? Może są właśnie po coś, przyszły w charakterze plastra na stare rany, a ich zadaniem jest zrośnięcie blizn? 

Harper Connelly zaczęła nowe życie - teoretycznie. W praktyce jednak wygląda to tak, że kobieta ukrywa się pod nowym nazwiskiem przed byłym partnerem - Nathanem - narkomanem i psychopatą - który, jak łatwo można się domyślić, zrobił jej z życia piekło. Bohaterka każdego dnia wstaje z przerażeniem w oczach, drży o zdrowie swoje i bliskich, nie umie znaleźć nic, co dałoby jej radość i ukojenie. O dawnych wydarzeniach nie może też zapomnieć przez blizny na plecach, które powstały na skutek uprowadzenia. 

Trent Andrews po różnych, trudnych życiowych sytuacjach, po latach trenowania u mistrza w salonie tatuażu, otwiera własne studio, dzięki któremu staje się dość popularnym twórcą. Wydawałoby się, że ma już wszystko, na czym w życiu mu zależało, spełnia się zawodowo i nie brakuje mu pieniędzy, jednak wewnątrz czuje, że nie wszystko jest tak, jak powinno być... Pewnego dnia spotyka na ulicy śliczną dziewczynę, nie potrafi uwierzyć, że szczęście się do niego uśmiechnęło. Jest w jeszcze większym szoku, gdy parę godzin później, w środku nocy, ta sama dziewczyna przychodzi do niego do pracy, żeby poprosić o zrobienie tatuażu na bliznach. 

Jak łatwo się domyślić, pięknością tą jest Harper, która wreszcie postanawia raz na zawsze odkreślić przeszłość grubą kreską i dzięki pomocy Trenta zerwać z traumą. Co dzieje się dalej? Rozpoczyna się nowy okres życia dla tej dwójki. Nie wszystko, co prawda, zaplanowali, ale tak to już jest, że najlepsze przychodzi samo, bez zapowiedzenia. Gdy życie zaczyna płynąć zgodnie z planem, pojawiają się komplikacje, które zaczynają burzyć idealnie stworzony świat. Trent dostaje propozycję udziału w telewizyjnym show, dzięki czemu jego kariera zawodowa dostanie rozpędu, natomiast Harper dostaje niepokojące esemesy i czuje się obserwowana. Domyśla się, że były partner trafił na jej trop i "zabawa" zaczyna się od nowa... 

Czy to wszystko będzie można jakoś pogodzić? Czy Nathan odnajdzie swoją byłą dziewczynę i ponownie zrobi z jej życia piekło? Czy Trent stanie się sławnym tatuażystą, woda sodowa uderzy mu do głowy i zatraci swoje priorytety? Jaką rolę w tym całym zamieszaniu odegra policja i nauczyciel samoobrony? Dowiecie się, jeśli sięgniecie po Najtwardszą stal z cyklu Tatuaże. 

Naprawdę wiele można powiedzieć o tej pozycji. Na pewno nie jest to historia jakich wiele, która irytuje swoją przewidywalnością. Jestem jednocześnie pozytywnie zaskoczona, jak i zażenowana, jeśli chodzi o pewne aspekty, ale po kolei...

Przyjrzyjmy się bliżej kreacjom głównych bohaterów. To, na co warto zwrócić uwagę to przede wszystkim psychika Harper. Choć dziewczyna jest pogubiona i zastraszona, podziwiam fakt, że mimo traumatycznych przeżyć była gotowa się podnieść i zacząć walczyć od nowa. Oczywiście wymagało to odwagi i samozaparcia, ale są to cechy, które nie towarzyszą każdemu człowiekowi. Harper jest doskonałym przykładem na to, że czasem warto przeszłość przekreślić grubą kreską i pójść dalej, bez względu na wszystko, co próbujemy nazwać "przeciwnościami". Nie byłabym jednak sobą, gdybym się do czegoś nie doczepiła. Tak jak bohaterka wywarła na mnie dosyć pozytywne wrażenie, tak momentami jej podejście do osób, na których jej zależało strasznie mnie denerwowało. Niekiedy zachowywała się strasznie egoistyczne, nie myślała o uczuciach innych, skupiała się tylko na swoim JA. Wiadomo, że wszystko było dla niej trudne i nowe, ale nie zmienia to faktu, że nie powaliła mnie tym na kolana.

A teraz niech nasza uwaga zostanie poświęcona Trentowi. Warto docenić jego pasję i to, że doszedł do wszystkiego sam, jest człowiekiem spełnionym pod względem zawodowym i czuje się dobrze w swojej skórze. Pojawia się w życiu Harper nie tylko wtedy, kiedy ona potrzebuje jego. Chłopak zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę on też potrzebował kogoś, z kim będzie mógł porozmawiać o tym, czym się zajmuje na co dzień, kto stanie się dla niego odskocznią i wsparciem. Poczuł to wszystko dopiero wtedy, gdy do jego życia wtargnęła Harper i zaczął z nią rozmawiać. Moim zdaniem bohater został dobrze wykreowany, ale zastanawiam się, czy nie ma w nim zbyt dużo pozytywnych, momentami wręcz idealnych cech. Rzadko w dzisiejszym świecie spotyka się ludzi, którzy nie mają żadnych wad, a ich czyny są od początku do końca altruistyczne. Oczywiście nie neguję takiej postawy, zwracam tylko uwagę na fakt, iż aktualnie jest to rzadko widoczne w społeczeństwie.

Gdy myślę o fabule Najtwardszej stali w głowie pojawia mi się wątek typowy dla New Adult, jednakże sama postać Nathana i historia z jego aresztowaniem, warunkowym zwolnieniem i nękaniami głównej bohaterki powoduje, że do końca nie wiadomo, co wydarzy się dalej. Można przypuszczać, że wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie, ale tajemnicze esemesy i wieczna obawa Harper, że coś jest nie tak, buduje w czytelniku pewnego rodzaju napięcie. W związku z tym siedziałam i czytałam, mijały minuty, godziny, pół nocy, a ja nie mogłam się oderwać. I nie dlatego, że miałam wypieki na twarzy związane z moją osobistą fascynacją nad tą historią, ale dlatego, że zaciekawiło mnie, czy ten psychopata wróci i namiesza w życiu głównych bohaterów. Przyznam szczerze, że reszta wątków interesowała mnie najmniej, chociaż styl pisania Scarlett Cole nie jest banalny - wręcz przeciwnie - przyjazny dla odbiorcy. Wnioski nasuwają się same: nie warto przekreślać życia i przyjemności, które chce nam ofiarować, tylko dlatego, że przeszłość nas zmiażdżyła i zepsuła światopogląd. Co więcej, czasem trzeba otworzyć się na nowe, dać się ponieść i po prostu - zaryzykować.

Podsumowując, książkę generalnie polecam. Uprzedzam jednak, że nie jest to unikatowa historia w kategorii New Adult, ale po lekturze myślę, że warto się z nią zapoznać. Jedno jest pewne - nie zmęczycie się podczas czytania, ponieważ autorka i jej pióro wam na to nie pozwoli. Czy się spodoba? Czy zwrócicie uwagę na wątek kryminalny i będziecie ciekawi jaką krzywdę może jeszcze wyrządzić Nathan? Myślę, że to już indywidualna kwestia, w końcu każdy z nas jest tak bardzo odmienny. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Akurat.

Czytaj dalej...

Eliza i jej potwory




Nasze życie w większości toczy się w internecie. I chyba niczym dziwnym już nie są, znajomości zawierane wirtualnie. Mało tego, często okazuje się, że tych realnych przyjaciół jest mniej, niż znalezionych na różnych portalach.

Rzekomo to nieśmiali ludzie, spędzają większość wolnego czasu w sieci. Czy faktycznie tak jest? Sama nie należę do odludków, a z przykrością muszę stwierdzić, że zbyt wiele swojego życia marnuje na internet. Jestem uzależniona od wielu stron. Od sięgania po telefon i przeglądania. I chociaż dorastałam bez tego całego „dobrodziejstwa”, zostałam przez niego pochłonięta. Nie ma co się dziwić, że ówczesne dzieci lepiej odnajdują się w wirtualu. Jak Eliza. Bohaterka książki.



Eliza funkcjonuje dzięki stworzonemu przez siebie komiksie, który zamieszcza w internecie. Tam jest kimś cenionym, tam też, ma swoich fanów. Uwielbia tworzyć plansze, na specjalnym tablecie. Wymyślać losy bohaterów, których stworzyła. Czuje się bardzo dobrze, dopóki jej świat ogranicza się do siedzenia przy komputerze. Nie lubi rozmawiać, nawet z własną rodziną. Ma dwóch braci bliźniaków. Niewiele interesuje się ich sprawami. Ważne by oni, nie ingerowali w jej prywatność.

Dziewczyna jest zamknięta w sobie. Właściwie odgradza się od wszystkiego, co nie jest komputerem. Szkoła kojarzy się z czymś, co po prostu musi przetrwać. Nie ma przyjaciół. Nie ma nawet koleżanki z tak zwanej ławki. Milczy. Zawsze milczy. I kiedy tylko może, rysuje w swoim szkicowniku.

Do czasu, aż poznaje Wallace, nowego ucznia. Na początku nie wiele ją obchodzi. Ludzie w szkole po prostu są, poza nią samą. Okazuje się jednak, że nowy, jest fanem jej komiksu. Eliza do tej pory, nigdy nie spotkała w świecie realnym, fana Morza Potwornego. Jest to dla niej nowe doświadczenie. Prowadzenie konwersacji poza klawiaturą komputera. Przebywanie z kimś rzeczywistym.





Zaciekawiła mnie propozycja tej książki, już po opisie wiedziałam, że to będzie coś innego, niż dotychczas czytane historie. Bo nasza bohaterka, nie jest jakimś tam zwykłym odludkiem.Dzięki Elizie mogłam zaobserwować, jak niektórzy ludzie są uzależnieni od świata wirtualnego. To jest coś niepojętego, że tam w sieci wydają się pewni siebie, mają wiele spostrzeżeń na ogólne tematy. A gdy odchodzą od biurka, przemieniają się w cienie samych siebie.

Jakby ich umysł został na siłę zamieszczony w ciele i musieli się przemieszczać do z góry wytyczonych miejsc. Troszkę przerażające to było. I jeszcze rozumiałam, że dziewczyna nie chciała rozmawiać z rówieśnikami. W szkole trudno jest się odnaleźć wśród tych wszystkich grupek, gdzie trzeba sobie zasłużyć na uznanie.

Co innego jednak było w domu. Eliza nie rozmawiała z własną rodziną. Odburkiwała albo ignorowała. Istniała tylko w swoim komiksie. Rozmawiała z nickami, jakiś tam ludzi. Bo przecież żadnego z nich nigdy nie spotkała.

I w końcu spotyka Wallace, chłopak nie należy do typu łamacza serduszek, ale miał w sobie coś, no i przede wszystkim, był fanem jej komiksu. Muszę przyznać się, że mnie fragmenty tego komiksu nie bardzo zaciekawiły. Fakt, rysunki są naprawdę świetne. I cieszę się, że książka została wzbogacona o ilustracje. Świetny daje efekt, no i nadaje realności historii.

Ogólnie całość napisana jest bardzo dobrze. Fabuła wciąga już od początku. I tylko chwilami przeraża myśl, że tacy ludzie istnieją naprawdę. I nie wiadomo dlaczego, nie potrafią wyjść do ludzi i z nim rozmawiać. Snują się ulicami, a gdy przekraczają magiczny wirtualny próg, zmieniają się w zupełnie inne osoby.

Chyba nie chciałabym, by moje dziecko było kimś takim, znaczy, żebym nie miała z nim kontaktu, jak rodzice Elizy. Odgrodziła się od nich, od braci i kolegów. I tak naprawdę nie było ku temu specjalnego powodu. Po prostu świat komiksu był ciekawszy...

Aha, jeszcze jedno. Wallace, nie ma pojęcia, że Eliza to LadyKonstelacja. Dziewczyna nie chce nikomu zdradzić swojej tożsamości, chroniąc prywatność za wszelką cenę. Tylko, czy jest coś takiego możliwe, gdy ma się tysiące fanów?

Książka jest naprawdę ciekawa. Porusza tematy na czasie. I uważam, że warto przeczytać.
Za możliwość przeczytania książki, dziękuję wydawnictwu Feeria.

Czytaj dalej...

Wczoraj, dzisiaj, jutro



Większość rodziców wie albo niebawem się dowie. Jakie trudności mogą przysporzyć dzieciom niektóre nazwy. Zwłaszcza te dotyczące czasu. Bo dlaczego wczoraj to przeszłość, a jutro przyszłość? I co te stwierdzenia w ogóle oznaczają? Jakie mają odniesienie w życiu? Niby proste pytania, odpowiedzi powinny być jeszcze łatwiejsze. Nic bardziej mylnego. Dzieci mają troszkę inne postrzeganie świata.

Należy umiejętnie wprowadzić w tajniki, które pomogą w rozróżnianiu „jutra” od „dzisiaj”, i naprzeciw dzieciom oraz rodzicom, wyszedł Pan Grzegorz Kasdepke ze swoją książeczką Wczoraj, Dzisiaj, Jutro.

Bohaterką jest dziewczynka, która musi, wykonać polecenie mamy. Sprawy jednak nieco się komplikują, bo gdy kończy się dzisiaj, a zaczyna jutro, trudno jest pogodzić swoje obowiązki. Bo w końcu Wczoraj już minęło, odeszło i nie wróci. Dzisiaj trzeba posprzątać po Wczoraj, mama prosi, by nie odkładać na Jutro...



Jak pomóc maluchowi w zrozumieniu, tak skomplikowanych spraw? Myślę, że ta książeczka będzie bardzo przydatna. I nawet jeśli od razu nie będzie efektów, to przynajmniej maluch zrozumie, że nie jest sam w odgadywaniu zagadek świata, w którym się znajduje.

Mam nieco mieszane uczucia co do ilustracji. Podczas czytania i przeglądania, odnosiłam wrażenie chaosu. Według mnie zbyt wiele się dzieje, nie wiem, może to tylko moje odczucia. Inni rodzice wraz z dziećmi będą zadowoleni. Niestety mnie przytłacza klimat, w jakim całość została osadzona.

Pan Kasdepke postarał się o ciekawe objaśnianie, a agresywne ilustracje jakby biorą górę nad treścią.

I o ile bardzo spodobał mi się tekst, tak obrazki są po prostu ciężkie i niepasujące. Widać ilustratorka chciała bardzo zwrócić uwagę małego czytelnika, jednak nie na darmo jest powiedzenie — Od nadmiaru...






Patrząc na strony, tekst gubi się na tle rysunków. Co nie bardzo mnie przekonuje, ponieważ uważam, że ilustrację mają pomagać podczas czytania, a nie zagłuszać. No, ale to tylko takie uwagi. Bardzo możliwe, że będę w nich odosobniona.

Niemniej, uważam, że warto zwrócić uwagę na tę pozycję. Ciekawie tłumaczy i na pewno może pomóc dorosłym, jak i dzieciom.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.
Czytaj dalej...

Magiczna Dżungla



Pamiętacie jak nastała moda na kolorowanki? Nagle dosłownie wszędzie, można było natknąć się na cudowne książki, w których za sprawą kolorowych kredek mogliśmy stworzyć przepiękne dzieła. I tak naprawdę, nie mam zielonego pojęcia, kto i dlaczego stwierdził, że to zajęcie ma odstresować. No ale, nastała moda i spora część ludzi poddała się temu. Nawet Ja. W sumie nie do końca dlatego, że moda. Otóż zdradzę pewną tajemnicę. Nie umiem malować. Oprócz serduszek. Jednak ileż można dziabać tych serc? Dlatego, gdy moda wyszła naprzeciw mojemu antytalentowi, poczułam, że oto już mogę całkiem legalnie, zaprzestać podbierać malowanki moim bratankom i nabyć coś dla dużych dzieci.

W taki oto sposób trafiła do mnie Magiczna Dżungla, wydawnictwa jedne przez drugie, wypuszczały coraz to lepsze egzemplarze. Ja tylko mogłam zacierać łapki, zaopatrzyć w kredki i kiedy odebrałam swoją kolorowankę....

.... Własna, rodzona MATKA mi ją odebrała.... 





Tak, taka jest brutalna prawda. Malowanka tylko przez chwilę cieszyła moje oczęta. Już, już widziałam, jak zasiadam, jak wypełniam kolorami białe pola. Jak w czarnych konturach tworzę przepiękne dzieła sztuki. Kredki przygotowane. Ja też!

Niestety, nie przewidziałam jednego. Pazerności własnej, w dodatku rodzonej matki. Nie wiem, nie mam pojęcia, gdzie popełniłam błąd, ale jednak. Zostałam brutalnie pozbawiona malowanki. Dlaczego?

„ Bo Ty i tak nie umiesz kolorować, JA zrobię to lepiej".

Nie wiem, czy zrobiła lepiej. Czasem, gdy nie widziała. Sięgałam po nią, kartkowałam i wyobrażałam, jakich ja użyłabym kolorów....





Sami popatrzcie, czego zostałam pozbawiona. A tak bardzo chciałam poddać się kolorowaniu. Nie, nie mogłam. Bo przecież jeszcze bym wybrała nie ten kolor, co trzeba, I małpa byłaby czerwona zamiast brązowa.

Niestety przyznać muszę, efekt jest całkiem całkiem. Magiczna Dżungla ożyła. Dzięki kilku kolorom przestała być tylko białym papierem z czarnymi konturami.

Czy spełniła swoje zadanie odstresowania? Chyba tak. Sama tego nie doświadczyłam, ale mama siedziała przy niej godzinami.





Jedyne czego obie nie przewidziałyśmy, to tego, jak marne teraz produkują kredki. Dokładniej, jakie mają beznadziejne barwniki. Nie wiem, jakiej firmy kupować, by efekt był bardziej soczysty. Może macie swoich ulubieńców? My zakupiłyśmy już najróżniejsze i naprawdę nie z tej niższej półki. Niestety, to nie jest to, czym malowałam w czasach dzieciństwa. Jeśli macie sprawdzone i możecie mi coś polecić, bardzo proszę.

A Magiczną Dżunglę polecam każdemu, jak widać, wiek nie ma znaczenia. Miała być dla mnie, a obeszłam się tylko widokiem z daleka.



Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowy Pies.
Czytaj dalej...

Cztery pory roku



Dzisiaj, w ten jakże ponury i niezbyt nastrojowy dzień, przychodzę z opinią bajeczki. Zjawiła się u mnie jakiś czas temu, troszkę o niej zapomniałam, zupełnie nie wiem dlaczego. W każdym razie kilka dni temu wpadła mi w ręce i okazało się, że zachwyciłam się wydaniem. Zajrzałam do środka i było tylko lepiej.

Nie muszę chyba pisać, o czym jest, bo już tytuł mówi sam za siebie. Dodam od siebie, że całość jawi się naprawdę genialnie. Każda pora roku jest zachowana w odpowiedniej tonacji kolorystycznej, charakteryzującej dane zjawiska pogodowe i tego jak zmienia się przyroda. Co sprawia, że jeszcze bardziej przykuwa naszą uwagę. Dodatkowe rymowanki, wierszyki są uzupełnieniem całości.





Ilustracje są naprawdę śliczne, takie typowe dla bajek z mojego dzieciństwa, po prostu nie mogłam oderwać się od tej książeczki. Krótkie teksty, w sam raz skierowane do dzieci na początkowym etapie czytania.  Czcionka, kolor kartek jest  bardzo w moim guście. Ponieważ lubię te żółte karty, pachnące tuszem.   Jestem naprawdę zachwycona tym wydaniem.  Każdy rozdział  to inna pora roku. Razem z nim informacje, które warto wiedzieć. Co dzieje się z liśćmi, jakie ptaki, kiedy i gdzie odlatują na zimę. I wiele innych przydatnych wiadomości. 





Książeczka jest naprawdę bardzo ciekawa i śliczna. Pobiła moje serducho. Myślę, że każda mama powinna zakupić swojemu dziecku. I nawet jeśli jeszcze nie potrafi czytać, zachwyci się przepięknymi ilustracjami. W końcu wspólne spędzanie czasu na czytaniu może być podzielone na role. Dziecko ogląda, a rodzic czyta. Tutaj nie ma szans, by maluch znudziło oglądanie.

Muszę się przyznać, że często otwieram i przeglądam sobie Cztery pory roku, niby taka mała, zwykła książeczka, ale jednak przykuwa uwagę, nawet dorosłego. Mnie kojarzy się z odległymi latami, do których z chęcią bym wróciła. I w sumie dzięki niej, mam okazję, chociaż na chwilkę cofnąć w czasie.

Naprawdę szczerze polecam, warto zasilić domową biblioteczkę malucha w Cztery Pory Roku.



 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.
Czytaj dalej...

Przebudzona




Misja Miriam się dopełniła. Praca, którą się zajmowała była tylko przykrywką, tak naprawdę chodziło o jeden cel, reszta wynikła jakoś z siebie. I gdy przyszła odpowiednia chwila, kobieta wiedziała, co musi nastąpić, ale czy przewidziała właśnie taki obrót sprawy?

 

 " - Pewnie to pytanie już Cię męczy, ale i tak nie potrafię się powstrzymać. Jakim cudem żyjesz?

Również się nachyliłam i zbliżyłam usta do jego ucha, jakbym chciała zdradzić mu tajemnicę.

- Masz rację - wyszeptałam. -  Męczy mnie to pytanie. "*


 

Trzy miesiące, tyle minęło od tragicznych wydarzeń. Od tamtej pory Iwan nie przespał ani jednej nocy. Wyrzuty sumienia, rozpacz i sam nie wiedział co jeszcze, gnębiły go nieustannie. Nawet alkohol nie potrafił stłumić targających nim uczuć. Co dalej? Gdzie jest ciało Miriam? Dlaczego nie zdołał jej pomóc?

Nieoczekiwany telefon, szybka decyzja i już po kilku godzinach widzi ją, żywą, chociaż powiedzieć całkiem w dobrej formie byłoby na wyrost. Jednak żyje. Dlaczego? Jak? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań, nie zna nawet główna zainteresowana. Wróciła. Szczęście mężczyzny jest ogromne, trochę mniejszym optymizmem pała przywrócona do żywych.

Jest coś, co niepokoi Miriam, ale odsuwa od siebie te myśli. Dla niej wszystko zostało zakończone w noc, gdy umarła.

W dodatku miastu zagraża bestia. Nikt nie wie, czym jest, gdzie jej szukać i dlaczego atakuje. Wszystkie gatunki czują się zagrożone. W noc pełni spada zasłona strachu i przerażenia.

David musi interweniować, jego obowiązkiem jest ochrona swojego gatunku. Niestety  sprawa przedstawia się gorzej, niż mógł spodziewać. Zmuszony prosi o pomoc tę, która już raz umierała mu na rękach.

Miriam nie chce nikomu pomagać, nie chce już w nic interweniować. Nie wie jednak, że decyzja nie należy do niej samej. Zostaje zmuszona do wytropienia strasznej bestii, ale tak naprawdę, to nie ona jest celem jej poszukiwań. Kto zleca zadania, kto decyduje o jej życiu i śmierci?

 " Dostrzegłem rozbawienie w jej szarych oczach. 

- Wybierasz się na piknik? - niezupełnie. -

Wskazałem ręką do tyłu, gdzie leżał worek ze zwłokami. - Jadę zwrócić ciało.

- Odwiedziny u wielkiego złego wilkołaka! Nie mogę tego przegapić!"*


 


Byłam bardzo ciekawa, co przyszykowała Iga Wiśniewska, w kolejnej części. Bo niby sprawa została zakończona, a jednak Miriam wróciła. Dlaczego? Kim tak naprawdę jest ta dziwna kobieta?

Muszę zacząć od poziomu książki, wydaje mi się, że tutaj o wiele bardziej zawiewało grozą, było brutalniej i jakoś mroczniej. Szczerze mówiąc, niektóre opisy zmasakrowanych ciał, były dla mnie zbyt dokładne. Co oczywiście większość uzna za plus, ja jestem po prostu za bardzo wyczulona.

Można niepokoić się, że druga część będzie słabsza, bo jakoś się utarło, że po genialnym początku przychodzi spadek. Tutaj nie musicie się tego obawiać. Każda z postaci była jeszcze bardziej wyrazista, narracja prowadzona z perspektywy bohaterów jest ogromnym plusem. Mamy wgląd na ich myśli, spostrzeżenia danego wydarzenia.

I jeśli myślałam, że teraz sprawy szybko odnajdą swoje rozwiązanie, byłam w błędzie. Ponieważ każda strona nasuwała jeszcze więcej zagadek, nic nie zapowiadało odpowiedzi, która gdzieś tam się czaiła, ale co chwile zgrabnie umykała.

Nie chcę za bardzo opisywać fabułę, myślę, że po prostu trzeba sięgnąć po Przebudzoną, bo zakończenie szykuje coś naprawdę mocnego. I chyba nikt z czytających, akurat tego się nie spodziewa czy nie spodziewał.

Możecie jednak być pewni, nie będzie nudno. Wydarzenia nabierają rozpędu już od pierwszej strony i trzymają równy poziom do samego końca.

Oczywiście szczerze polecam, na pewno się nie zawiedziecie. Warto było tak długo czekać na Przebudzoną.
 
 
 
* Przebudzona
 
Czytaj dalej...

Król Kier



Od dawna powtarzam sobie, że nie będę zaczynała kolejnych serii. I do póki nie pojawiają się zapowiedzi nowości, moje postanowienie jest twarde. Niestety, do czasu. Bo gdy tylko rzucę okiem na nowinki wydawnicze, wiem co będzie dalej. 
Przegrywam z postanowieniem, znowu dałam się wciągnąć rozpoczęcie przygody z nowymi bohaterami. Czy jednak spotkanie z nimi, było na tyle fascynujące bym chciała kontynuować wspólną podróż ku nieznanemu?




Alicja uczy się w ostatniej klasie liceum. Ostatnio jej głowę zaprzątają przygotowania do studniówki. Uważa, że będzie to najważniejszy wieczór w jej życiu. Jeszcze tylko troszkę czasu.

I wydaje się, że nic nie powinno zakłócić zimowych dni, kręcących się wokół szkoły i domu. Związek dziewczyny też był idealny, znaczy się w jej mniemaniu. Maks, zawsze był, kiedy go potrzebowała, wspólnie spędzali wolny czas no i mieli iść razem na studniówkę.

Studniówka miała być najpiękniejszym wieczorem, a stała się przełomowym. I chyba od tamtej pory, świat Alicji jakby przybrał innego obrotu.

Po namowie przyjaciółki poszła na pokaz cyrkowych eksponatów. Wyjście pociągnęło za sobą wydarzenia, które odmieniły jej przyszłość.

W miejscu kojarzonym ze sztuczkami poznaje Hadriana, członka cyrkowców. Oczywiście chłopak jest nieziemsko przystojny i w ogóle. Jednak to, co przykuwa uwagę nastolatki, to maska. Niby zwykła, ale kiedy Alicja dłużej się jej przygląda, zauważa coś dziwnego...

Dziwne zjawiska, zdarzenie z maską będzie dopiero początkiem tego, co nagle zacznie się dziać w otoczeniu Hadriana. Chłopaka zajmującego nie do końca tym, o czym większość jest przekonana.



 


Ach Królu Kier, co ja mam o Tobie napisać? Byłam ciekawa nowości, wiadomo. No i w końcu zaszczycił mnie, Ten, o którym zaczyna robić się głośno, a myślę, że dopiero początek.

Zacznijmy od początku. Alicja jest zwykłą nastolatką, nie drażni, nie jest jakaś specjalnie ciapowata. Nie robi z siebie ofiary. Jest normalną uczennicą. Ma chłopaka i przyjaciółkę. Wiedzie sobie zwykłe życie, dopóki nie dochodzi do feralnej studniówki.

I tutaj ze zwykłej i nawet sympatycznej opowieści nastolatki, przechodzimy do kolejnej części książki. W momencie, gdy na pierwszy plan, wjeżdża Hadrian — mnie ciągle mylący się z Hardinem, nie pytajcie dlaczego. Sama chcę wymazać z pamięci to imię.

Wróćmy do Hadriana, magika albo dokładniej iluzjonistę, chyba. Mam nadzieje, że nie pomyliłam ich zdolności. Chłopak nie mieszka z rodziną, tylko grupą znajomych. Ma opiekuna, który grupie rozbitków stworzył dom. Raczej coś „domo podobne”, brzmi chyba znajomo? Jeszcze nie? To nic, nie martwcie się, w jednej z książek mieliśmy doktora o szczerym serduszku, tutaj mamy wspaniałego cyrkowca.

Idziemy dalej, zaczynają się dziać pewne rzeczy i nagle, okazuje się, że Hadrian nie jest jakimś tam magikiem, jego rodzinka również. Gdy Alicja znajduje sztylety w pokoju chłopaka, zaczyna się zastanawiać. Czy wspomniałam, że Hadrian jest przystojnym blondynem ze sztyletami? I walczy z demonami? A dokładniej — cieniami.

Z tytułem w ogóle jest ciekawostka, do tej pory się zastanawiam czy początkowy zamysł nie był inny. Ponieważ do pewnego momentu odnosiłam wrażenie, że fabuła zmierza w innym kierunku. Nagle puff i chyba autorka zmieniła zdanie. Być może jestem w błędzie. Tylko końcowe rozdziały są zupełnie różne pod każdym względem do pierwszej połowy, a nawet dalej.

Ni stąd, ni zowąd spotykamy Edwarda i Jace'a w jednym. Znaczy tak. Zachowanie Edzia, pod postacią blondasa z Darów Anioła. Mało tego, żeby nie było. Nie czepiam się samego wyglądu, pewne zdarzenia, nawet dialogi były łudząco podobne do tych, które spotkałam w innych książkach. Niestety zabrakło mi Julka (poza imieniem) z Caravalu. Smutno jakoś, ale może w drugiej części jest nadzieja?

No i mam problem. Bo z jednej strony, coś według mnie poszło nie tak. Z drugiej, trzeba dać szansę. Książka nie jest zła. Mamy taki miks innych znanych postaci, no ale ok. Możliwe, że to ja się czepiam — jak zwykle. Niemniej, można poczytać, całość jest przyjemna, jestem pełna nadziei, że następna część będzie lepsza i nie będę musiała się czepiać.

Król Kier ma poważny atut, czyta się naprawdę szybko, autorka lekko prowadzi czytelnika,
wiadomo, jeszcze nie ma ideału, ale nic od razu. Będę czekała na drugą część, zakończenie może nie zaskakuje, ale zostawia nas z pytaniami.


PREMIERA KSIĄŻKI - 25 października 2017

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle
Czytaj dalej...

Szczęście w miłości



Chyba większość moich czytelników wie, jak bardzo polubiłam książki Kasie West, to też, gdy tylko w zapowiedziach pojawia się nowy tytuł, wyczekują go ze zniecierpliwieniem. Jakiś czas temu premierę miało Szczęście w miłości, jakaż była moja radość, że oto kolejny raz mogę poznać nową i z pewnością ciekawą historię — bo musicie wiedzieć, West zawsze pisze ciekawie i wciągające. Czy i tym razem tak było? I pochłonęłam książkę jak jej poprzedniczki?



Poznajemy Maddie, ot zwykłą nastolatkę, stojącą u progu końca szkoły średniej. Przygotowania do studiów idą pełną parą, nastolatka ma rozplanowaną każdą minutę życia. Nie ma mowy o głupstwach. Jeśli chce dostać stypendium na opłaty szkoły, potrzebna dobra organizacja i systematyczność.

Nie ma mowy by rodzice pomogli, sami nie bardzo sobie radzą z utrzymaniem rodziny i tak naprawdę to Maddie pomaga im, dorabiając w Zoo. Ojciec bezrobotny próbuje szukać pracy, matka jako jedyna ma etat, brat od jakiegoś czasu ma problemy w szkole. I jakoś nie bardzo próbuje rozwiązać swoje problemy.

No ale od czego jest ukochana córka i siostra. Wprawdzie ma swoje życie, ale co szkodzi do swojej listy idealności, dodać zbawienie wszystkich? No właśnie.

Zbliżają się osiemnaste urodziny, nastolatka umawia się wraz z dwiema przyjaciółkami, na wypasioną imprezę. To był żart z mojej strony, owszem dziewczyny umówiły się, na siedzenie i o dziwo, nie zakuwanie, tylko plotki. No ale, sorry, kujonki nie chodzą na imprezy, planują swoje życie. A jeśli trafia się okazja, spędzają czas na jedzeniu przekąsek.

Aha. Maddie ma dziwne skłonności do zapamiętywania statystyk, ot takie skrzywienie, a może i nie? No w każdym razie, gdy kasjerka proponuje, by dziewczyna wysłała kupon, ta zarzuca jakimiś liczbami, które mają dowodzić, że nie ma szansy na wygraną. I w myśl tej idei, po kilku godzinach, wraca, by wysłać los. Nie dlatego, że chce sprzeciwić się statystykom, ot takie szaleństwo w urodzinowy wieczór.
Jak zapewne domyślacie się, wygrywa. I to całkiem ładną sumkę. Na rączkę wychodzi trzydzieści kilka milionów. Nie pamiętam ile, bo w przeciwieństwie do Maddie, jestem straszną ignorantką liczbową.  
Ważne, że pada wygrana i od tej pory życie naszej poukładanej panny zmienia się ogromnie. No w sumie każdemu wygranemu zmienia się życie. Wielkie mi halo.  Jak zachowa się nasza milionerka? 




Bardzo lubię Kasie West, to znaczy, w jaki sposób pisze o młodych, dla młodych. I naprawdę wiele sobie obiecywałam po tej książce. Rzuciłam się na nią niczym sępy na padlinę. Jakież więc było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że jest nijak. Dosłownie. Zaczęło się bezpłciowo. Czekałam na rozwój wypadków, bo może marny wstęp miał być tylko taką ciszą przed Bum.

I tak sobie, czekałam, czekałam i czekałam..., aż dobrnęłam do końca i gdy dotarłam do ostatniej strony, prawie popłakałam się z radości, że to już KONIEC!

Zanim jednak dobrnęłam do mety, musiałam zmierzyć z fabułą tak nudną i rozwleczoną, nie mogłam uwierzyć, że to moja ulubiona autorka poczyniła tak straszną tragedię.

Niby pomysł był fajny, bo biedna nastolatka, która ciągle bije się z myślami, jak poradzi na studiach bez wsparcia finansowego. No i ok, to jest problem. Sama musiałam zarabiać na swoje studia, nie jest niemożliwe. Dałam radę. A jaka satysfakcja. Wydać tyle kasy i nie mieć pracy. No, ale ja nie o tym.


Maddie wygrywa. Nagle jej świat się odmienia. I ok, chce obdarować rodzinę. Super. Ja bym nie dała kasy swojemu rodzeństwu. Jestem podła. Mnie nie dają. Ja też nie muszę - ot taka dygresja. Rodzicom mogłabym pałac wybudować. Oni mi pomagali (nie chodzi o pieniądze, ogólne wsparcie), teraz pora na mnie i Maddie tak robi. Pomaga rodzicom, pięknie z jej strony.  

Zastanawia się komu powiedzieć i jak. No ale haalloo. Wygrała miliony, nie jakiś biedny milionik. Tylko kilkadziesiąt. Wiadome było, że ludzie zaczną się nią interesować. Niekoniecznie z czystej sympatii. Tylko chcąc, by podzieliła się tym, co dostała. I wiecie, co mnie zaczęło denerwować?

Nie, nie chęć kupowania mega drogich szmat, pewnie od razu po wpłynięciu kasy na konto pobiegłabym do wypasionych sklepów. I poważnie, rozumiałam to zachowanie. Rozumiałam również, kiedy kupiła sobie auto zupełnie nie w jej guście. Kto bogatemu zabroni?

Nie zrozumiałam jednego. Czy ona była aż tak głupia, czy nagle rozum jej odebrało, ale jakim trzeba być ograniczonym, żeby uwierzyć w sympatię ludzi, którzy do tej pory nawet nie wiedzieli o jej istnieniu, mijali obojętnie. Teraz witających i zapraszających na kawę? Oczywiście postawioną przez Maddie — bo ją stać bardziej.

Ona tak robi, cieszy się jak głupia gąseczka, gdy podlatują nieznajomi, robią foteczki, biega na zakupy z nieznajomi, bo nagle powiedzieli, że jest fajna. Serio? Słabe strasznie.

I gwoździk programu. Sytuacja z Sethem znaczy takim jej kolegą z Zoo, naprawdę bardziej głupio nie dało się tego rozegrać.




Ogólnie, całość jest strasznie płytko i bez wyrazu napisana. Postacie są papierowe, nie można się wczuć, bo panuje jakiś nudny chaos, bardziej nużący niż budzący emocje. Tego uczucia miłości, które rzekomo było, ja nie odczułam. Tylko durnowate zachowanie Maddie, jej pseudo koleżanek i super braciszka. Z nim kolejna dziwna sprawa. Miał problem, dwa słowa, problemu już nie będzie, Bo, uwaga — OBIECAŁ... ha ha ha. Nie mam siły tego nawet komentować.

No i jeszcze absurd z pismem ze szkoły, Mój Boże, a cóż to miało być? Gwoździ do trumny było wiele, ale ten był po prostu zardzewiały i zgrzytał tak okrutnie, że aż mnie zabolało.

Nie mam pojęcia, co się stało. Nie mam pojęcia, dlaczego tak źle się stało. Ta książka jest słaba. Pisana jakby na siłę. Pomysł nie był zły, ale tak strasznie niedopracowany, że aż boli. Wmawiam sobie, że na okładce nie widnieje nazwisko West. I tego będę się trzymała.

Nie będę odradzała, nie będę też polecała. Nie moja decyzja, nie moja sprawa. Mnie książka brutalnie rozczarowała i chcę o niej zapomnieć.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Feeria.


Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka