Tajemnica dziesiątej wsi




Lato okazało się dla mnie pełne ciekawych tytułów. I chociaż niektóre zostały dawno przeczytane, tak dopiero teraz doczekały się opinii. O ile z czytaniem w ostatnich miesiącach nie miałam problemu, przestojów i tym podobnych, tak z pisaniem już było gorzej. Wynikiem czego, chciałam Wam kochani zaprezentować książkę przeczytaną jeszcze w czerwcu.
Tajemnica dziesiątej wsi bardzo mnie zaciekawiła, czy całość spełniła moje oczekiwania i będę chciała polecić ją Wam?

 
 
Zefiryn jest dzieckiem, mieszka wraz z wujem, któremu się nie przelewa. Pewnego dnia, za namową opiekuna, chłopiec zostaje na noc w kościele, by wykraść cudowny obraz. Noc, która odmieni życie nie tylko Zefiryna, ale wielu ludzi.

I mimo upływu wielu lat, w pamięci pozostaną obrazy ze zdarzenia, którego się dopuścili. W prawdzie nikt ich nie nakrył, sprawa nie ujrzała światła dziennego, to karę i tak otrzymali. Chyba gorszą od tej, którego obawiali się przez całe swoje życie.

Minęły lata, Zefiryn zmarł. Oprócz pamięci o nim. Niestety nie takiej, o której większość ludzi marzy. We wspomnieniach mieszkańców On, jak i jego posiadłość jawiła się złem i czymś, co wzbudzało strach i przerażenie. Co takiego kryły ściany domu? Dlaczego nikt nie mógł przekroczyć progu sieni?

Wiele lat później, wnuk złego i przez niektórych nazwanych przeklętego, przybywa do wioski. Nie kieruje nim chęć poznania korzeni. Trafia w to miejsce karę. Skąd każdy uciekał. On musi zostać i zmierzyć ze sobą, własnym życiem i w dodatku tajemnicą dziadka, a odkrycie jej wzbudzi w młodym przerażenie...

 
 
 
Nie wiem, jak to się stało, ale przygodę z Dziesiątą wsią, zaczęłam od końca. Ja, która zawsze pilnuje, by nie zaczynać serii od końca, czy środka, no cóż. Jakoś tak wyszło. Niemniej jednak, zanim dowiedziałam się, że mam drugą część, ta była przeczytana.

I jestem zadowolona, że zaczęłam nie w tej kolejności. Z przeczytanych opinii, wynika, że poprzednia była słaba. I gdybym wcześniej o tym wiedziała, z pewnością nie sięgnęłabym po Tajemnicę dziesiątej wsi, co byłoby błędem, ponieważ opowiedziana historia, wciągnęła mnie tak bardzo, że nie potrafiłam się oderwać od stron.

Pani Agnieszka Olszanowska pisze bardzo ciekawie, stopniując napięcie. Byłam pod ogromnym wrażeniem, jak można jeszcze pisać tak, by zdaniem po zdaniu, wzbudzić aż takie emocje. Dodatkowo klimat tajemniczości i tego zewsząd otaczającego zła, był niemalże namacalny. Dom Zefiryna wzbudzał niepokój i ten można było poczuć, czytając. Za co ogromne brawo.

Postacie wyraziste, nie płaskie, aby po prostu były. Nawet duchy przeszłości "przemawiały" i wzbudzały odpowiednie emocje. Tutaj do niczego nie mogę się przyczepić. Chociaż aż tak kolorowo nie jest.

Autorka wzbudziła aż tak ogromną ciekawość, której zaspokojenie oczekiwałam przy zakończeniu, przekonana, że wprawi mnie w osłupienie. No i niestety się przeliczyłam. Sam koniec po prostu się stał. I nie bardzo wiedziałam, czy taki był zamiar, czy nagle Pani Olszanowskiej urwała się koncepcja, tak świetnie zbudowanej fabuły. Szkoda ogromna.

Co nie oznacza, że książka nie jest godna uwagi, wręcz przeciwnie. Mnie pochłonęła, nawet gdy musiałam odłożyć, zastanawiałam się nad tajemnicą Zefiryna. A chyba nie ma lepszej rekomendacji, niż taka, że zostaje w pamięci na dłużej. Polecam.
Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.
Czytaj dalej...

Telefony do przyjaciela

źródło


Od dłuższego już czasu, mam problem z czytaniem literatury bardziej wymagającej. Możliwe, że mam jakieś przeciążenie lub za dużo problemów na głowie. W każdym razie moje lektury w ostatnim czasie albo są skierowane do młodzieży, albo lekkie obyczajówki. Bez większych emocji, które mogłyby przysporzyć mi dodatkowych negatywnych emocji.

Dlatego też, gdy ukazały się Telefony, od razu chciałam przeczytać. Nie przypominam sobie, bym miała styczność z twórczością Pani Łaciny i oto nadarzyła się okazja. Jakież więc są moje wrażenia? O tym już za chwilę.



Jechała do domu dziadków w fatalnym nastroju, ba! Jaki nastrój? Czuła się okropnie i miała wrażenie, że to uczucie szybko nie przeminie. Takie upokorzenie i na co jej to było? Mogła szybciej zareagować, ale w końcu serce nie sługa. Zakochała się i popełnia błędy, tylko ten był wyjątkowo przykry. Musi przestać myśleć. Za chwilę spotka babcię i siostrę. Może ktoś nawet po nią wyjdzie?

Będzie udawała, że wszystko jest w porządku. Cóż, pech najwidoczniej jest jej cieniem i nic nie może na to poradzić.

Gdyby jeszcze była taka jak Marzena, ona to ma charakter i niczego się nie boi. W dodatku potrafi pływać. A ona? Ma problemy z pisaniem, robi błędy. Uwielbia matematykę i szachy, ale co z tego? Ania wiedziała, że matematyka raczej nie pomoże w podrywaniu chłopaków...

Co innego myślała ta druga, gdyby ludzie patrzyli na nią przez pryzmat tego, jaka jest. Gdyby mogła przez jakąś chwilę poczuć się normalnie. Tak jak to sobie nie raz w głowie wyobrażała. Już nie wspominając o wyjściu z chłopakiem, przecież od razu wyjdzie, jaka jest. Nie ma lekko.

Krzysiek widział syrenę. Była piękna i płynęła w jego stronę. Kiedy zaczął czuć ból, ona nagle wyciągnęła rękę i go złapała. Później nie było już nic. Tylko dziwna biel. Chciał otworzyć oczy, usłyszeć, o czym jest rozmowa, która gdzieś tam w tle była prowadzona.

Później nie wiedział, czy piękna dziewczyna z mieniącym ogonem, była wytworem jego fantazji, czy pojawiła się naprawdę. Do czasu.

Dwie siostry, jeden chłopak. No i pomyłka. Oczywiście z tajemnicą w tle. Jak daleko sięga siostrzane przywiązanie. I gdy w grę w chodzą uczucia do pewnego chłopaka, można mówić o lojalności wobec siebie?



Byłam bardzo ciekawa stylu autorki, ale jakoś miałam przeczucie, że wpasuje się w mój gust. I tak też się okazało. Pani Anna Łacina pisze lekko, ale nie głupio. W Telefonach ukazała nie tylko młodzieńczą miłość, ale zawarła wiele innych ciekawych i ważnych wątków. Poza siostrzanymi relacjami, możemy przyglądać się, jak sprawy uczuciowe wyglądają ze strony chłopców. Co wspólnego z życiem mają szachy i czy rzeczywiście będąc zdrowym można mieć wszystko.

Nakreślone postaci są niezwykle wyraziste i nawet te mniej znaczące nie wydawały się mdłe czy bezpłciowe. Każdy miał do spełnienia swoją funkcję i chyba, nie miałam poczucia, by coś było potraktowane po macoszemu.

Polubiłam tych młodych, ale i również starszych bohaterów. Oczywiście znalazły się tak zwane, czarne charakterki, które wywoływały niechęć. Dzięki czemu całość nie była zbyt mdła.

Jedyne moje może nie tyle zastrzeżenie, ale bardziej zaskoczenie, to zakończenie. Odniosłam wrażenie, że było zbyt urwane. Może otwarta forma jest ciekawa, jednak mnie czegoś zabrakło i na sam koniec poczułam niedosyt. Co nie znaczy, że całość jest zła, absolutnie. Czytałam z ogromnym zainteresowaniem.

Myślę, że ten tytuł, śmiało można polecić starszym i młodszym. Ponieważ nie jest to typowa młodzieżówka, tkliwa i naiwna. Co uważam za bardzo ogromny atut. Natomiast autorkę wpisuję na listę ulubieńców.


Czytaj dalej...

Heaven. Miasto elfów



Miasto jest nieodłącznym elementem życia każdego człowieka. Od zawsze towarzyszy mu hałas, zgiełk, kurz, sadza i dym. Bardzo łatwo się w nim zatracić, zgubić i przejść niezauważonym. Czasem ciężko znaleźć moment wytchnienia albo miejsce, gdzie można dać odpocząć myślom. Dla Davida taką ucieczką są dachy brytyjskiej stolicy. To właśnie tam czuje się wolny, może zapomnieć o kłopotach i wydarzeniach z przeszłości. Wszystko się zmienia, gdy pewnej nocy spotyka tajemniczą dziewczynę o imieniu Heaven. Towarzyszka przedstawia się i informuje chłopaka, że nie ma serca, ponieważ właśnie jej je wycięto. Chłopak - nie do końca przekonany o słuszności słów młodej kobiety - ostatecznie postanawia jej pomóc. David nie wie, że właśnie tą decyzją sprowadza na siebie kłopoty, a niebezpieczna przygoda dopiero się zaczyna. Jak wygląda życie Heaven i jaka jest jej tajemnica? Kto stoi za wszystkimi morderstwami i kto próbuje dorwać dziewczynę? Czy rola Davida w tej historii będzie znacząca?


Nigdy wcześniej nie spotkałam się z książką, która pochodzi z gatunku urban fantasy. Nie wiedziałam to końca, czy to będzie coś, co na pewno przypadnie mi do gustu. Od początku historia Heaven wydawała mi się jednocześnie ciekawa i smutna - na mojej twarzy malowały się na zmianę uśmiech i łzy. Poruszyła mnie również historia Davida, chłopak wiele się nacierpiał, jego przeszłość też pozostawia wiele do życzenia, budzi wątpliwości i jednocześnie litość. Prawda jest taka, że tych dwoje ludzi, mimo młodego wieku, widziało już dużo zła w życiu i są bardzo odporni na wszystkie ciosy - psychiczne i fizyczne. Wadą pozycji jest przede wszystkim to, że opisy ciągną się momentami za długo, czytelnik czeka na rozwój fabuły, a jedyne, co się może dowiedzieć to tego, jak wyglądają m.in. pomieszczenia albo krajobraz. Owszem, to ważny element świata przedstawionego, ale moim zdaniem nie w chwili, gdy akcja nabiera tempa. Przyznam szczerze, że choć język autora mi przypasował, nie potrafię znieść niesmaku i niedosytu, który mi pozostał po przeczytanej lekturze. Mam wrażenie, że tej książce czegoś brakowało - i tak, jak pomysł na treść był dobry, tak wydaje mi się, że niezrealizowany w stu procentach. Nie zauważyłam dynamiki, a ciąg przyczynowo-skutkowy niekiedy pozostawiał wiele do życzenia. 

Jeśli chodzi o bohaterów, podział również jest widoczny, bowiem są ci, wykreowani prawidłowo i ukazani w całokształcie, ale pojawiają się również postacie tajemnicze, których osobowość i historia nie jest dokładnie opisana. Sprawia to różne wrażenie na czytelniku, ponieważ nie byłam w stanie w pełni wyobrazić sobie bohaterów stworzonych przez Marzi.

Czy przeczytałabym kolejne pozycje tego autora? Myślę, że tak, bo nie można odmówić Christophowi kunsztu i lekkości w pisaniu. Odczuwa się te cechy momentalnie, dlatego też pozycję przeczytałam bardzo szybko. I choć pozostał niesmak połączony z goryczą, mam nadzieję, że wynika to przede wszystkim z tego, że jestem laikiem jeśli chodzi o urban fantasy. Nie zmienia to jednak faktu, że styl autora do mnie przemawia, a jego pozycje umilają mi wolny czas.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi Papierowy Pies
Recenzje na ich stronie można znaleźć TUTAJ
Czytaj dalej...

Zerwij z nią!



Chyba nie potrafię rozstać się z twórczością Ewy Nowak, chociaż po każdej kolejne książce mówię sobie „to już pora”, nadchodzi nowość i nie potrafię się powstrzymać. I chociaż jestem w wieku dawno nienastoletnim, lubię poczytać o sprawach tych, którzy stoją u progu dorosłości. Ich problemach, rozterkach. W końcu w każdym z nas pozostaje cząstka tego niedojrzałego człowieka. Ewa Nowak pisze tak zgrabnie, że nauki mogą pobierać nie tylko młodsi czytelnicy, do których kierowane są książki...



Poznajemy Jacka, nastolatka z rozbitej rodziny. To znaczy, rodzice chłopca rozeszli się, On pozostał z matką, która po pewnym czasie związała się z innym mężczyzną. Jego ojciec zamieszkał z babcią. I do pewnego momentu wszystkim pasował ten układ. Jacek polubił nowego członka rodziny, niestety później ich wspólny język zaczął się rozmywać. Partner matki rościł sobie coraz więcej praw, rządził i próbował wychowywać młodzieńca. Co oczywiście napotkało się z buntem i ignorancją.

Atmosfera w domu była daleka od rodzinnej, to znaczy On czuł się wyobcowany, a mamusia z nowym synkiem i ukochanym tworzyli idyllę. Tylko jakby zabrakło miejsca dla pierwszego dziecka.

Tak odbierał obecną sytuację Jacek, coraz częściej przebywający poza własnymi czterema kątami. Schronienie znajdywał u przyjaciółki z klasy — Wandy. No i babci. Nie takiej, jaką sobie każdy wyobraża. Jego była pełna pozytywnej energii. Emanowała spokojem i mądrością. No i uwielbiała medytować, do czego namawiała wnuka.


Nastolatek od czasu do czasu pomagał ojcu i babci w wypożyczalni nart. Kiedyś całkiem dobrze prosperującej, teraz nieco z tyłu. Sprzęt stary, brak nowoczesności. Na szczęście znajdywali się chętni wypożyczania. Pewnie Ci, dla których brakło albo odechciało się czekać w konkurencyjnych zakładach.

Miniony tydzień nie należał do ulubionych, to też pozostanie w domu z „rodzicami” nie wchodziło w rachubę, Jacek z radością zajął się pracą przy ulubionym sprzęcie. I w miejscu chyba najbardziej bliskim poznał ją, nieco zabawną, ale mającą w sobie coś, co przykuło jego uwagę.

Jacek z rozbitej i nieco pokancerowanej rodziny. No i Emilka. Z pozoru mająca wszystko. Bogatych rodziców. Piękny dom, kieszonkowe, o które nie musiała się nigdy martwić. I plany na przyszłość. Niekoniecznie jej, ale chyba można sprawić rodzicom radość? Spełnić ich marzenia. I wszystko szło bardzo dobrze, dopóki tego zimowego dnia nie poszły po narty. Wiedziała, że nie może pozwolić sobie na chłopaka. Jak większość wie, sercu trudno porozumieć się z rozumem. Zwłaszcza gdy jest się młodym.

Znajomość z góry spisana na straty. Przynajmniej większość tak uważała. Ukrywanie przed rodzicami dziewczyny. Coraz większe problemy z ojczymem. I nie tylko z nim.

Jak zakończy się związek dwojga młodych ludzi, którym wydaje się, że mogą wszystko?




Byłam niezmiernie ciekawa powyższego tytułu, bo czy można jeszcze czymś zaskoczyć czytelnika? Wydaje się, że wszystko zostało napisane, każdy temat poruszony, a jednak. Autorka postawiła na trudne sytuacje w domach rodzinnych nastolatków, które kładą cień na ich funkcjonowanie. Wybory, jakie muszą podjąć niby własne, niestety nie do końca.

Bo chociaż Emilka  była bardzo mądra i świetnie przygotowana do medycyny,  gdzieś nurtowało pytanie — czy na pewno właśnie taką widziała dla siebie przyszłość? Kariera zawodowa jako lekarz? Poważna i odpowiedzialna sprawa. Ojciec już zacierał ręce, uzgadniał praktyki, dokształcanie i całą resztę. Brakowało tylko w tym całym przedsięwzięciu, głównej zainteresowanej. Dziewczyna robiła wszystko, co musiała, niestety nie mając radości na myśl o własnej przyszłości. Spotykając Jacka, poczuła, że oto nadeszła zmiana. Zakazana i bardzo niebezpieczna, ale jednak. Musiała tylko ukryć tę relację przed rodzicami niby nic trudnego.

U Jacka jest nieco inny problem, chłopak od dłuższego czasu miał problemy w szkole, matematyka nijak nie wchodziła do głowy, zapału do nauki brak. Ojczym ciągle wbijał mu szpilki, nic tylko na złość olać sprawę na całego. W końcu nauczycielka i tak się uwzięła, nie miał szans, żeby zmienić rokowania. Po pewnym czasie już nie tylko matematyka zagraża...

Gdy poznał Emilkę, szkoła przestała mieć znaczenie, nie zdawał sobie sprawy, że przyszłość nie będzie jawiła się zbyt kolorowo, zwłaszcza dla chłopaka o marnej reputacji.

Kolejny raz Ewa Nowak pokazała, jak świetnie potrafi wczuć się w problemy młodzieży, ale nie tylko ich. Również dorosłych, rodziców oraz otoczenie. Tych, którzy wydawać się może, powinni świecić przykładem, doświadczeniem i ogólną mądrością. A bardzo często zdarzało się, że to właśnie oni potrzebowali wsparcia i pomocy. By ktoś zwrócił uwagę na ich bezradność. Często pogubieni bardziej niż własne dzieci.

Bardzo polubiłam postać babci, osoby pozytywnej i mającej w sobie coś, co wzbudzało zaufanie. Nie była typową starowinką, pełna energii i chęci do zdobywania życia. Mobilizowała siebie i każdego, kto znalazł się w jej pobliżu. Nie pozwoliła na poddanie. Myślę, że takiej babci, potrzebuje każdy z nas. Osoby, która w najgorszej godzinie życia udowodni, że może być jeszcze gorzej i nie można siedzieć użalać się nad sobą.

Przeczytałam książkę jednym tchem i było mi szkoda, że muszę już kończyć. Przywiązałam się do bohaterów i trudno było z nimi rozstawać. Polecam każdemu, nie tylko młodzieży. Ciekawa i pouczająca.




Za możliwość przeczytania książki, dziękuję wydawnictwu Egmont.
Czytaj dalej...

Dziewczyna, którą kochałeś





Jeden obraz. Na nim ona - ukochana malarza, kobieta z historią, okropnie trudnym, ale jednocześnie ciekawym życiem. Los pokierował wszystkim kompletnie inaczej niż sobie wyobrażała będąc młodą, pełną wigoru damą. Wędrowała przez wiele lat, szukając swojego miejsca, wielokrotnie wyszydzana i potępiana. I to za co? Za czyny, których nie popełniła, ale gdy przyszło co do czego, nikt nie potrafił postawić się na jej miejscu. W końcu trafia do domu Liv - osoby, która jako jedyna walczy o jej dobre imię i szacunek. Obraz to jej ulubiona rzecz w całym pomieszczeniu, a gdy pojawia się w jej życiu tajemniczy facet, który pragnie zabrać jej Dziewczynę, którą kochałeś, Liv zaczyna walczyć, bo jeśli się kocha, to można naginać i łamać wszystkie zasady. 

Kobietą z obrazu jest Sophie, która była kiedyś olśniewająco piękna, utalentowana i kochana. Wszystko się zmieniło w momencie, gdy na terenie Francji pojawili się Niemcy, a świat objęła pierwsza wojna. Wydarzenia kolejnych dni zabrały z bohaterki całą energię, a ona musiała mieszkać wraz z siostrą i z dziećmi w okupowanym miasteczku, w którym prowadziła restaurację. Każdego dnia kobieta tęskni za mężem - artystą, twórcą obrazu, martwi się o jego życie i nie potrafi normalnie funkcjonować. Coraz częściej płacze w kącie, jednocześnie walcząc o życie swoje i najbliższych, którzy jeszcze trwają przy jej boku. Historię dziewczyny poznajemy z jej własnej perspektywy, niestety w pewnym momencie "pamiętnik" się urywa, a losy Sophie pozostają nieodgadnione do pewnego momentu...

Gdy opowieść o Sophie zanika, czytelnik przenosi się do współczesności, by poznać kolejną główną bohaterkę - Liv. Jak się potem okazuje, kobieta jest aktualną właścicielką obrazu, który był prezentem od jej zmarłego męża. Liv nie jest kimś, kto łatwo się poddaje i tak się dzieje również tym razem, bowiem do końca walczy o coś, co jest dla niej najważniejsze, potrafi pokonać swoje słabości i zdaje sobie sprawę, co tak naprawdę powinno liczyć się na świecie. Jak potoczy się jej życie? Czy obydwie kobiety odnajdą wreszcie spokój i szczęście? Jaką rolę w całej historii odegra Paul?

Z powieściami Jojo Moyes miałam już do czynienia wielokrotnie. Za każdym razem autorka poruszała mnie do głębi i jednocześnie czułam podziw dla tej kobiety za to, jak barwne, piękne i realistyczne postacie potrafi wykreować. Tak samo było w przypadku Sophie i Liv z Dziewczyny, którą kochałeś. Nienaganny styl i język autorki to również coś, co przypadło mi do gustu i sprawiło, że wprost nie mogłam się oderwać od tej książki. I choć bywały momenty, że Liv i jej uparte podejście do świata bardzo mnie denerwowało, wiedziałam doskonale, że to wszystko zostało stworzone po coś. Samej autorce nie można odmówić jeszcze jednego - potrafi wzruszyć czytelnika i dokładnie tak było w moim przypadku. Śmiałam się i płakałam na zmianę. Gorąco polecam każdemu, kto nie boi się zarwać nocy przy lekturze i chce odciąć się od aktualnego świata, by poznać niesamowitą Dziewczynę, którą kochałeś. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi Papierowy Pies 
Recenzję na ich stronie można znaleźć TUTAJ

Czytaj dalej...

Apteka marzeń

źródło


Gdy dowiedziałam się, że mogę przedpremierowo przeczytać najnowszą książkę Pani Nataszy Sochy, nie zastanawiałam się, o czym będzie, po prostu zdecydowałam się w ciemno. Bo i nad czym? W końcu jest jedną z moich ulubionych autorek. I wszystko było super, dopóki nie rozpoczęłam czytania...

Pierwsze strony i nagle... nagle zrozumiałam, o czym będzie, jaki temat poruszyła autorka. I pierwszy raz w życiu przerwałam czytanie po dwudziestu stronach. Nie dlatego, że coś było źle, że treść beznadziejna. Po prostu odżyły moje wspomnienia i w chwili czytania poczułam ten sam lęk, który towarzyszył mi jeszcze kilka miesięcy temu. Nie chciałam o tym czytać, nie chciałam od nowa przeżywać tego strachu i zastanawiać „co by było, gdyby”, gdybym nie miała tyle szczęścia w swoim nieszczęściu. Gdyby moje wyniki nie okazały się na tyle łaskawe. Bo są takie sytuacje, kiedy jest większe i mniejsze zło. W moim przypadku skończyło się „tylko” na wycięciu. Jednak do dziś zmagam się ze strachem, jaki towarzyszył przez kilkanaście koszmarnych dni. Dni, w których strach, rozpacz, złość mieszały ze sobą. I nic ani nikt nie potrafił nad tym zapanować. I ja tych dni nigdy nie zapomnę. Teraz miałam przeczytać książkę o ludziach, którym aż tak się nie poszczęściło...

Idziemy, biegniemy do przodu. Wstajemy do pracy, szkoły czy na wyprawę do parku zabaw dla dzieci. Zdarza się nam poczuć źle, w końcu to nic takiego. Nawet dzieci miewają swoje gorsze dni. I Ola też takie miała. Rozbolały nóżki, plecki, brzuszek. Kogo nie bolał brzuszek? Przecież nie można z każdym bólem biec do lekarza. Nie trzeba prawda? Dzieci nie chorują, a tym bardziej nie na straszne choroby.

Magdzie wydawało się, że słowa lekarza nie docierają do jej mózgu. Nie są kierowane w jej stronę, nie o jej malutkiej córeczce, którą tylko pobolewał brzuszek. Natłok informacji zlał się w jedną całość. I uwierzcie mi, ja doskonale wiem, jakie to uczucie zablokowania. Niedopuszczania tego, co właśnie padło z ust lekarza. I w chwili, gdy człowiek wyobraża sobie, że nic już gorszego nie padnie, nagle pojawia się On, ten, który nigdy nie czeka — czas. Mający w zwyczaju ignorowanie błagań tych, którym zostało go bardzo mało.

Bycie nastolatką nie jest łatwe, a jeśli dojdzie do tego nagła i niespodziewana informacja o posiadaniu nowego członka rodziny, znacznie utrudnia ten etap. Burzy hormonów, huśtawki nastrojów i całej reszty.

Karolina nie chciała być dziewczyną, zawsze interesowało ją to, co męskie. No ale los zadecydował inaczej. Teraz wprawdzie, nagle poczuła budzącą się w niej kobietę. Nadeszła pora na pierwsze zmiany, również w garderobie.

Życie lubi płatać figle, nie pytając o wiek, marzenia i plany na następny rok. Nawet na jutro. Nagle spada decyzja, że od teraz będzie zupełnie inaczej. I można się z tym zgadzać albo i nie.

Szpitale łączą ludzi i tych im towarzyszącym. Co najdziwniejsze, oni, ci, którym świat nagle się zawalił, są twardzi. Walczą dzielnie, pocieszając zdrowych. Nie bojących się mówić o ewentualnym niepowodzeniu w wyścigu po to, co najcenniejsze.

Karolina i Ola z pewnością nigdy by się nie spotkały. W normalnym życiu — tak większość może to nazwać. Gdzieś wśród ludzi, panuje niepisany podział. My normalni zdrowi, Oni — chorzy. Od których często się ucieka. Dlaczego? Bo strach blokuje normalne instynkty? Czy raczej nieświadomość, że większość z nas, może się tam „u nich,” spotkać?

Dwie dziewczynki, sporo lat różnicy, a jednak łapiące nic porozumienia. Każda toczy własną walkę, czy tam na mecie, spotkają się razem? I czym tak naprawdę jest zwycięstwo?





"Do wszystkich kobiet mających dylemat, czy lepasza jest na piance kawy rozetka, czy może serduszko. Do wszystkich ludzi, których denerwuje padający deszcz, zbyt głośno szeleszcząca gazeta czy też spóźniający się tramwaj. Do tych, którzy kłócą się o nic. Lub o włosy kota na poduszce. O smak rosołu. 
Raz jeden w życiu przejdźcie się korytarzem szpitala onkologicznego. Oddział dziecięcy.
Raz jeden..."



 Apteka marzeń była najtrudniejszą lekturą w moim czytelniczym dorobku. Potrzebowałam sporo czasu, by powrócić do czytania. Zmierzyć z ukazanymi historiami. I ja zdaję sobie sprawę, że podobnych tytułów, na rynku wydawniczym już jest kilka. Jednak jestem przekonana, że nie takich jak ta.

Tę książkę czyta się, uśmiechając przez łzy. U mnie ciągle coś siedziało w gardle i za nic nie chciało odpuścić, nawet podczas zabawnych sytuacji.

Bo tutaj nasi dzielni bohaterowie nie uderzają w rozpacz. Upadają, ale podnoszą się i walczą. Zdają sobie sprawę, z siły ich przeciwnika, mimo wszystko nie dając za wygraną.

Jest to również opowieść o tych, którzy stoją obok. Bezradnie przyglądają się zmaganiom tych dzielnych wojowników. Matki albo jak się nazywają onkomatki. Te, które nie płaczą, zawsze mają uśmiech na twarzy. Chodzące w niewidzialnych zbrojach. Funkcjonujące na dwa domy. Ten w szpitalu i ten, z rodziną, czekającą na powrót. Koniec koszmaru. W końcu każdy koszmar kiedyś się kończy...

Trudno jest oceniać książkę, poruszającą tak poważną tematykę. Niemniej uważam, że Pani Natasza Socha, zrobiła kawał świetnej roboty. I chociaż sama odebrałam ukazane opowieści bardzo osobiście, przeżywając bardziej, niż bym sobie tego życzyła. To jestem przekonana, że każdy, ale to każdy sięgający po Aptekę, zmieni swoje nastawienie, może zdecyduje się pomóc potrzebującym. Rejestrując do oddania szpiku, bo to naprawdę nie boli, a może uratować komuś życie. Pamiętajmy, że dziś to może być tylko historia na kartkach papieru, ale nie mamy pewności tego, co szykuje dla nas jutro. Nie bądźmy głusi i nieczuli na wołanie o pomoc. My widzimy „kolejną prośbę o pomoc”, „Oni” zastanawiają się, czy ta brutalna loteria okaże się łaskawa.

Cóż mogę jeszcze napisać, polecam Aptekę marzeń z całego mojego czarnego serduszka.



Data premiery -  13 września 2017




 Za możliwosć przeczytania ksiażki, dziękuję autorce.




Czytaj dalej...

Ali i Nino


O książce, którą dzisiaj opiszę, krążą same peany pochwalne. Jakaż to przepiękna historia miłosna, osadzona w klimacie orientu, dwoje zakochanych wywodzących się z zupełnie odległych kultur i wyznań religijnych. Dzieli ich praktycznie wszystko. Łączy jedno — miłość. Czy to jedno uczucie jest w stanie pokonać wszelkie przeszkody młodych i niedoświadczonych ludzi?

Jak głoszą blurby — jest to druga Love story, czy też Romeo i Julia. Szczerze? Nie działają na mnie tego typu chwyty marketingowe. O wiele bardziej podziałoby na korzyść coś innego. Niestety wydawcy, jak i księgarnie idą na łatwiznę. Cóż poradzić, trzeba mieć nadzieje, że książka jest rzeczywiście dobra i nie potrzebuje posiłkować się na sławie innych historii.

Pozostaje pytanie, czy opowieść o Ali i Nino rzeczywiście jest tak piękna, jak głoszą zachwyty, czy faktycznie porusza serca, pochłania czytelnika i pozostaje w pamięci na dłużej niż do zakończenia ostatniego zdania? Postaram się opisać moje wrażenia jak najdokładniej.

Poznajemy Alego Szyrwanszyra jeszcze na etapie edukacji w szkole, młodzieniec zamieszkuje wraz z rodziną i przyjaciółmi w Baku, miasteczku osadzonym na pograniczu Azji i Europy. Stąd rozterki miejscowych związanych z przynależnością. Cześć chce pozostać Azjatami, innych ciągnie do Europy - tego, jak twierdzą, bardziej rozwiniętego miejsca. Gdzie nie ma zacofania. W szkole uczą się dzieci różnych narodowości, kultur i religii, natomiast nad wszystkim pieczę sprawują... Rosjanie.

Ali jest już u progu dorosłości, jeszcze kilka egzaminów i oto będzie mógł na zawsze opuścić szkolne mury. Zdejmie mundurek i więcej go nie ubierze. Ma jedno marzenie, te najważniejsze. Poślubić Nino Kipiani, Gruzińską piękność, z którą znają się z czasów dzieciństwa. Dla Alego dziewczyna jest ucieleśnieniem ideału. I chociaż ich religie są zupełnie różne, młodzieniec ma dzieje na udaną wspólną przyszłość. W końcu liczy się tylko miłość.

Oboje wyczekują momentu, gdy będą mogli się połączyć, już na zawsze. Niestety los ma inne plany, wojna, która wybucha gdzieś tam daleko i na pierwszy rzut, niemająca wpływu na ich życie, zaczyna komplikować sytuację nawet w Baku.

Trzeba będzie wybrać między lojalnością do religii, państwa, władzy i własnego sumienia. Ali — młodzieniec, który nie chce walczyć w interesie kraju, którego nie uznaje za swój. Jaką decyzje podejmie w tak ważnej sprawie, czy miłość potrafi łączyć mimo tylu przeszkód na drodze?


" Naturalnie, że kobieta nie ma ani duszy, ani rozumu. Po co by je zresztą miała mieć? Wystarczy, że jest cnotliwa i urodzi wiele dzieci. Prawo mówi: świadectwo mężczyzny ma większą moc niż świadectwo kobiety. Nie zapominaj o tym Ali"


Sięgając po lekturę Ali i Nino, spodziewałam się wciągającej oraz naszpikowanej orientem powieści, która pochłonie mnie już od pierwszych stron. Jak się jednak okazało, opowieść snuta przez Kurbana Saida dosyć opornie się zaczęła. I niby nie była pisana trudnym językiem, bo w końcu kultura muzułmanów od jakiegoś czasu nie jest mi zupełnie obca, podobnie z ich nazewnictwem, to jednak było coś, co sprawiało, że nie mogłam poczuć fabuły.

Robiłam kilka podejść, z dosyć marnym skutkiem, w końcu siadłam i dosłownie na siłę zaczęłam czytać, mając nadzieje, że po pewnym czasie przekroczę magiczną granicę i pójdzie lżej.

Książkę muszę podzielić na dwie części, pierwsza, która niemiłosiernie się wlokła. I szczerze mówiąc, obawiałam się, że tak już będzie do samego końca. Odnosiłam wrażenie, że Said Kurban stworzył w pewnym sensie chaos, chcąc zawrzeć jak najwięcej informacji dotyczących miejsca oraz styku wielu kultur, co też uzyskało mierny skutek. Ponieważ nadmiar informacji przytłaczał, a nawet nużył.

Z kolei, gdy już zdaniem autora, czytelnik dowiedział się wszystkiego, co było najistotniejsze, akcja wychodzi jakby na prostą, jest porządek zdarzeń. Bez zbędnego zamieszana. Opisy są bardziej przejrzyste i nie sprawiają wrażenia zlepionych notatek w jedną całość.

Dlatego też mam mieszane uczucia. Nie potrafię powiedzieć, że książka jest zła i szkoda marnować na nią czasu. Ponieważ bardzo ciekawym doświadczeniem jest, sam fakt połączenia się par z zupełnie odległych światów kulturowych. Niemożliwe staje się możliwe. I chociaż same rodziny nie do końca są przekonane do słuszności wyboru swoich dzieci, to jednak młodzi uparcie dążą do realizacji swoich marzeń.

Oczywiście książka ukazuje o wiele więcej, niż samo uczucie tytułowych postaci, mamy tutaj wojnę, rozdarcie między przynależnością. Komu okazać lojalność, komu się sprzeciwić. Myślę jednak, że nie ma sensu zdradzać zbyt wiele. O wiele ciekawiej jest samemu odkrywać poszczególne wątki.

Historia Ali i Nino jest skomplikowana. Nie umiem napisać, by była piękna, ale też nie jest do samego końca tragiczna. Tchnie pewną nadzieją, nadzieją na to, że prawdziwa miłość przetrwa wszystko. I nic, ale to absolutnie nic, nie jest w stanie jej zniszczyć.

Niemniej, to nie jest lekka książka, którą się czyta „do kawy”, potrzebna jest uwaga i przegryzanie każdej informacji, bo podobnych fragmentów, jak widać w cytacie wyżej, znajdziemy sporo. Wywołują różne reakcje, ale taka jest ta religia. Tak oni żyją od lat. Czy każdy stosuje się do narzuconych reguł? Odpowiedzi na te i inne pytania, znajdziecie w książce.
 
                                                                                                                                                                                                                                                                          


Czytaj dalej...

Blisko Ciebie

źródło



Kolejne spotkanie z twórczością Kasie West, autorki kierującej swoje książki w stronę młodzieży. Jakoś tak się stało, że mimo swojego wieku, polubiłam tytuły, z którymi do tej pory miałam okazję się zapoznać. Nic więc dziwnego, że gdy tylko dostałam informacje o najnowszej, zapragnęłam przeczytać. I gdy tylko zjawiła się pod moim dachem, zasiadłam do czytania.

 
 
 
Jest zima, Autumn wraz ze swoimi najlepszymi kolegami wybiera się na wspólny weekend. Obiecała rodzicom, że będzie w stałym kontakcie, ponieważ niezbyt często zostaje na noc poza domem. Jednak tym razem miało być inaczej, miało pójść wszystko, jak należy. W końcu będzie mogła pobyć więcej ze swoim ukochanym Jeffem, który prawdopodobnie poprosi ją, by oficjalnie została jego dziewczyną. Dziewczyna musi tylko skorzystać ze szkolnej toalety. Specjalnie zostali dłużej, żeby zrobić zadania domowe przed wyjazdem. By później nie mieć żadnych zmartwień.

Wszyscy już opuścili budynek, auta czekały na ostatnich pasażerów. Autumn pobiegła tylko do tej nieszczęsnej toalety. I... została zamknięta w szkole. Jej wszystkie rzeczy były w samochodzie. Nie miała ze sobą nawet telefonu.

Chwila konsternacji, panika, po prostu natłok przeróżnych myśli i wizji. Została zamknięta w szkole, gdzie nikogo poza nią nie ma, jeszcze zabłysła myśl — że w końcu znajomi zauważą jej nieobecność. Ktoś się domyśli, zawrócą. Nie zostanie długo, maksymalnie kilka godzin. Można wytrzymać. Można prawda?

Dziewczyna nagle słyszy dźwięk, ktoś przemierza korytarz, nie jest sama. Strach paraliżuje, kto i czego chce? Czy może ją skrzywdzić?
Kiedy jej oczom ukazuje się znajoma twarz — znajoma z widzenia. Czuje coś w rodzaju ulgi, ale tylko na chwilę. W końcu dalej są zamknięci w szkole. Ona przez przypadek, a co z towarzyszem? Jakim cudem został w budynku? Też ktoś o nim zapomniał?

 
 
Gdy zapoznałam się z przedpremierowym opisem książki, troszkę się obawiałam, że historia, którą zaserwuje autorka, będzie naciągana. Z drugiej jednak strony, nie potrafiłam zignorować najnowszą pozycję West, jakby nie było, zaskarbiła sobie moje względy.
I muszę przyznać, że autorka wykonała kawał dobrej roboty. Przede wszystkim tematyka, którą poruszyła w fabule. Oczywiście wszystko dzieje się w klimacie szkolnym, nastolatki i ich pierwsze doświadczenia z uczuciami. Jednak tutaj mam coś jeszcze, coś, z czym coraz częściej zmaga się wielu ludzi. Chodzi o stany lękowe.

Nasza główna bohaterka od wielu lat próbuje sobie z nimi poradzić, w gronie rodzinnym wiedzą o jej problemie, niestety dziewczyna nie podzieliła się tym „sekretem” ze swoimi przyjaciółmi. Żadne z nich, nie miało pojęcia, dlaczego ich koleżanka nagle opuszcza imprezy, dlaczego często odmawia wspólnych noclegów.

Tym razem miało być inaczej, w końcu odważyła się na weekendowy wypad, czuła się na siłach, że sobie poradzi i wszystko będzie dobrze. Nie przewidziała, że spędzi go zupełnie inaczej. Nie miała przy sobie leków, zero kontaktów z kimś, kto wiedział co robić w razie ataku...

Ostatnio coraz więcej jest na temat stanów lękowych. I dobrze, ponieważ większość cierpiących na tę przypadłość, nie przyznaje się do tego. Może z podobnych powodów jak nasza bohaterka, nie chciała być traktowana inaczej, jakoś specjalnie. Inni po prostu się wstydzą „słabości”, jeszcze inni czegoś gorszego — wykluczenia. Tak, nasze społeczeństwo bardzo szybko bawi się w osądy. Jeśli masz problem z emocjami, ze swoją psychiką, która przecież również może zachorować i wymagać leczenia, taka osoba zostaje uznawana za wariata, czy kogoś niebezpiecznego. A tak naprawdę, wystarczy po prostu zachować się po ludzku. Stany lękowe są okropne. I nie powinny być tematem tabu.

Cieszę się, że Kasie West postanowiła o tym napisać, mam nadzieje, że każdy, kto przeczyta, chociaż w maleńkim stopniu zrozumie, że tacy ludzie potrzebują wsparcia, uspokojenia.

Spodobała mi się książka, chociaż samą Autumn średnio polubiłam, ponieważ pomijając jej lęki, była dosyć męcząca, nie potrafiła jasno określić swoich uczuć. Bez własnego zdania, zupełnie nie umiała postawić na swoim, próbując na siłę uszczęśliwić otoczenie, co często miało odwrotny skutek.

Tutaj myślę, ważną rolę odgrywa przemiana, jaka następuje, nie tylko u postaci przewodnich, ale wszystkich osób, które w jakiś sposób odgrywały rolę w ich życiu. Chyba najbardziej polubiłam Daxa, za jego bezpośredniość, nie odgrywał roli super faceta, nie był też jakąś sierotą, na którą zwróciła uwagę szkolna piękność.

Podsumowując, książkę czytało się ciekawie, tym razem mamy nieco poważniejszą tematykę, jakby nasza pisarka ewoluowała, widać jej twórczość wchodzi na wyższy poziom. Do tej pory w lekkich fabułach były tylko przemycane ważne wartości. Tu mamy konkretny, ale i zarazem delikatny problem, o którym jak się okazuje, wielu nie ma pojęcia. Warto przeczytać.
 
 
Czytaj dalej...

Moja Lady Jane




Książki o tematyce historycznej lubię bardzo, chociaż jak wiadomo, nie zawsze ma się Ten moment, na lekturę zajmującą o odległej epoce. Tym razem jednak, w moje ręce trafił tytuł, który owszem nawiązywał do przeszłości, ale... Autorki sprawiły, że to, co wyszło w finalnie, okazało się bardzo interesującą lekturą.

Byłam niesamowicie ciekawa, jak trzy kobiety ukażą prawdziwe wydarzenia połączone z fikcją, którą jak się okazuje, wcale sobie i nam czytelnikom, nie pożałowały. Jakież więc są moje wrażenia po przeczytaniu ostatniej strony? O tym już za chwilę.

Znajdujemy się w posiadłości młodego króla Edwarda, który to już na samym początku swego władania, dowiaduje się, że oto jego młode życie zmierza ku niechybnemu końcowi. Choroba, którą podstępnie trawiła organizm, właśnie zaczęła okazywać się w całej i niestety brutalnej okazałości. Czasu jest więc mało, co za tym idzie, należy przemyśleć sprawy państwowe. Tak, niestety król nie mógł umierać sobie ot tak, w spokoju. Trzeba było zająć się przyszłością ludu.  To też i doradcy, rzekomo zaufani. Snują plany, jakie wyjście z tej smutnej sytuacji będzie najkorzystniejsze.

I tu pada propozycja ożenku kuzynki króla - Lady Jane z synem jednego z najwierniejszych doradców - Giffordem. Oboje nie mają pojęcia, jaki los się im szykuje.  Król związany ze swoją kuzynką, chce, by najbliższa mu osoba została oddana dobremu i prawemu mężczyźnie. Co się tyczy tatusia przyszłego oblubieńca... Ten ma nieco innego pobudki, ale o tym będzie później.
Młodziutka Jane, nieco nieogarnięty w sprawach z niewiastami Gifford. Mają się poznać w dniu własnego ślubu. Ich małżeństwo ma być dla dobra kraju, najlepszym wyjście. Żadne z nich - nawet sam król. Nie mają pojęcia, że padają paskudnej intrydze... Jak więc zakończy się ta opowieść?

Chyba większość wie, z historii, jak długo Jane Grey piastowała swoje stanowisko. Jeśli ktoś nie wie, proszę szybko nadrobić braki. Pytanie, jak zakończyły tę właśnie historię autorki?

Mój opis wydaje się niezbyt zachęcający. Otóż celo w ten sposób napisałam. Książka od samego początku jest pisana bardzo swobodnie, co za tym idzie, nasze dworskie klimaty nie przytłaczają. I wszystko kojarzące się z odległymi epokami, tutaj jest ukazane bardzo, ale to bardzo lekko. Rzekłabym, że można chwilowo się pogubić, o jakich latach jest mowa, co jest oczywiście plusem.

No i jeszcze jedno. Chyba najważniejsze, autorki poszły nie tylko w swobodniejszy wydźwięk tejże historii. Ba, one ją bardzo ciekawie ukazały, wplatając w wątki magiczne. Dlatego proszę się nie zdziwić, gdy nagle mysz zamieni się w człowieka. Tak, tutaj możemy spodziewa się wszystkiego.

Byłam ciekawa czy taki sposób przypadnie mi do gustu. Bo i forma nieco inna, niż te, do których przywykłam. W dodatku wiedza, że całość została napisana w nieco weselszym tonie. No i kiedy w końcu zasiadłam do czytania... Tak przepadłam. Książka czyta się sama. Jest humor, jest tło historyczne, na którym opiera się całość. A elementy fantastyki zostały tak zgrabnie wplecione, że po prostu byłam skłonna uwierzyć, że działy się naprawdę. Wielkie brawo, jestem pod wrażeniem. Zawsze istnieje ryzyko, że całość wyjdzie sztucznie, nie będzie wiarygodnie przemawiało, a tutaj po prostu nie czuło się, kiedy z prawdy wchodziło w świat wymyślony.

Mam maleńkie zastrzeżenia, jeśli chodzi o zakończenie. Chyba spodziewałam się czegoś innego. Po wszystkich rewolucjach miałam nadzieje, że będzie bum, a niestety tego nie otrzymałam.

Mimo wszystko, książkę naprawdę warto przeczytać, ponieważ jest genialną lekturą na letnie popołudnia, deszczowe wieczory, po prostu każdy moment dobry, by poznać tę opowieść. Szczerze i od serca polecam.
 
 
Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle
Czytaj dalej...

KONKURS - Pędzle w kieliszku




Kochani! Jako, że stałam się patronatem. O czym pisałam kilka postów wcześniej, mam dla Was z tej okazji dwa egzemplarze do zdobycia. Żeby nie było tak łatwo. Trzeba odpowiedzieć na jedno pytanie.  Mam nadzieje, że sobie z nim poradzicie:)



A oto i zadanie konkursowe...



Alkoholizm - jeden z poważniejszych nałogów, ale nie tylko ten może być trudny do ujarzmienia. Praktycznie większość jest od czegoś uzależniona. Napisz bez czego trudno jest Ci sobie poradzić i jak to wpływa na  Twoją codzienność? 


 Najciekawsze odpowiedzi zostaną nagrodzone egzemplarzem książki, to co? Do dzieła!:) 


Regulamin:
1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga "Niekończące się marzenia - kobiety o literaturze".
2. Konkurs trwa od 2017.07.28 r. do 2017.08.30 r. (do godziny 23.59).
3. Wyniki zostaną ogłoszone na blogu do dziesięciu dni roboczych od zakończenia konkursu.
4. Zwycięzca jest zobowiązany wysłać maila z danymi adresowymi na adres agaaa006@wp.pl w ciągu trzech dni od momentu ogłoszenia wyników. Po tym terminie nastąpi wybór nowego zwycięzcy.
5. Sponsorem nagrody jest: Wydawnictwo Novae Res.
6. Aby wziąć udział w konkursie należy odpowiedzieć na powyższe pytanie.
7. W konkursie mogą wziąć udział jedynie osoby posiadające adres korespondencyjny w Polsce.
8. Do zdobycia są dwie książki, których fundatorem jest wymienione wyżej wydawnictwo, a wartość nagrody jest równoznaczna z kwotą znajdującą się na jej okładce.
9. Zwycięzcą konkursu zostaną osoby, których odpowiedź najbardziej przypadnie do gustu autorce bloga "Niekończące się marzenia - kobiety o literaturze”.
10. Prawo do składania reklamacji w zakresie niezgodności przeprowadzenia konkursu z Regulaminem, służy każdemu uczestnikowi w ciągu trzech dni od daty wyłonienia jego laureatów. Należy je zgłaszać w formie e-maila na adres: agaaa006@wp.pl.

Miło mi będzie za każde polubienie strony:) nie jest to jednak warunek uczestnictwa.

POWODZENIA! :)

Czytaj dalej...

Detektyw Kris. W półmroku świtu


Jeden detektyw. Jedna sekretarka. Trudna i nietuzinkowa sprawa. Wszystko dzieje się nagle, niespodziewanie, wątki się ze sobą łączą, żeby za chwilę znowu się rozgałęzić w przeciwnych kierunkach. Czasu jest coraz mniej, adrenalina wzrasta, a chęć rozwikłania zagadki przewyższa wszystko. Tak było w fabule książki Detektyw Kris. W półmroku świtu, a jakie emocje towarzyszyły mi podczas lektury? 

Detektywa Krisa poznajemy w momencie kiedy siedzi u siebie w gabinecie, do którego przychodzi kobieta i prosi o pomoc.
Jej stara-nowa miłość życia zniknęła bez śladu zabierając ze sobą samochód już prawie byłego męża klientki. To jednak nie jest w tym wszystkim najlepsze. Z pozoru błaha sprawa z biegiem czasu przybiera takie obroty, jakie nikomu się nie śniły. W grę wchodzi troska o kraj, ochrona prezydenta, machlojki, gangsterskie porachunki i walka dwóch "gryzących" się ze sobą stron. Jaką rolę w tym wszystkim odgrywa tytułowa postać? Czy udaje mu się wyjść z twarzą i rozwikłać zagadkę? Czy komuś stanie się krzywda, czy może czeka na nas szczęśliwe zakończenie?

Było dużo pytań, nadszedł czas na szczere odpowiedzi. Troszkę zbierałam się do tej pozycji. Co prawda przekonywała mnie do siebie okładką, wydawała się bowiem intrygująca i tajemnicza. Nie miałam nigdy możliwości poznać innych dzieł pana Piotra, więc to tym bardziej działało na korzyść książki. Stwierdziłam, że będzie to ciekawa sensacyjna przygoda, a że mało u mnie na półce takich pozycji, to czemu nie. Jednak... tak bardzo się zawiodłam.

Nie mam w zwyczaju krytykować wszerz i wzdłuż egzemplarzy recenzenckich. Jestem bardziej takim typem, który stara się szukać pozytywnych aspektów, światełka w tunelu. Niestety tym razem chyba się nie uda. Nie pamiętam kiedy ostatnio byłam tak rozczarowana jakąkolwiek książką. Nie dość, że nie mogłam się skupić na fabule, to jeszcze ciężko było mi połączyć jeden wątek z drugim. Fakt, że prawie wszyscy bohaterowie mieli nazwiska rozpoczynające się na literę "K" wcale mi nie pomagał, ponieważ myliło mi się kto jest kim. Moim skromnym zdaniem sama zagadka, historia i jej przebieg pozostawia wiele do życzenia. 

I choć pozycja ta jest krótka, strasznie się namęczyłam zanim udało mi się przez nią przebrnąć. Nie takiego mojego początku z sensacyjnymi historiami oczekiwałam. Denerwowało mnie przeskakiwanie co rozdział z wątku na wątek i okrojone dialogi. Tytułowy bohater jest mdły i próbuje być wykreowany na superbohatera, ale moim zdaniem niekoniecznie to wyszło. Nie ma w nim dominujących, rzucających się w oczy cech, które porwą czytelnika na długie chwile. 

Tej książce mówię zdecydowanie NIE. Z całym szacunkiem dla pana Piotra, ale jestem rozczarowana i trochę zażenowana, ponieważ już wiem, że oczekiwałam od Detektywa Krisa... zbyt wiele. Może nie potrafiłam zinterpretować zamierzeń autora, ale podsumowując nie jest to pozycja, którą polecam i mówię, że warto. Jeśli ktoś jest fanem autora/wydawnictwa, może spróbować. Ja jednak pozostaje wierna swojemu pierwszemu odczuciu, które mówi mi, że nie warto. Zdecydowanie wolę poświęcić czas na inne książki z Novae Res. 

Czytaj dalej...

Ławeczka pod bzem

źródło


Czytelnicy mojego bloga wiedzą, jak bardzo polubiłam pióro Pani Agnieszki Olejnik, to też wyczekiwałam najnowszej zapowiedzi. Ławeczka jawiła się wspaniałą powieścią w sam raz na letnie popołudnia. Gdy tylko otrzymałam swój egzemplarz, zasiadłam do czytania. A o swoich wrażeniach napiszę poniżej.


Iga mieszka wraz ze swoją matką i jej partnerem w małym mieszkanku. Niby jest już dorosła i mogłaby żyć na własny rachunek, jednak po zdarzeniu, które wydarzyło się jakiś czas temu, a dokładniej mówiąc następstwach tego, co stało się w jego wyniku. Kobieta musiała porzucić studia i dorabiać w salonie fryzjerskim matki, którego prawdę powiedziawszy, szczerze nie znosiła. Co innego książki, te mogła czytać nałogowo. Marzyła się jej własna biblioteczka, a jeszcze lepiej własny dom. Ten niestety, nie miała szansy kupić. Chyba że los obdarowałby niespodziewanym przypływem gotówki.

Pod wpływem chwili Iga wraz z przyjaciółką Agatą postanawiają wypełnić kupon totolotka i sprawdzić, czy szczęście się do nich uśmiechnie, jednocześnie obiecując wzajemnie, że ta, dla której padnie szczęśliwy traf, podzieli się z drugą nagrodą.

Okazuje się, że szczęście uśmiecha do Igi, która nagle zostaje posiadaczką dwudziestu milionów złotych. Mówi się, że brak pieniędzy utrudnia życie, ale nadmiar również może sprawić kłopot. Zwłaszcza dla kogoś, kto od lat żyje w uzależnieniu od własnej matki. Nie wie, czego od życia oczekuje. Poza jednym — ławeczką pod bzem. Teraz to marzenie ma szansę się z iścić, ale droga do niego, okażę się dosyć przebojowa...

Iga, dziewczyna, która nie poczuła głębszego uczucia do żadnego mężczyzny. Nagła posiadaczka milionów. Przyjaciółka z ciągłymi zawirowaniami sercowymi. I niespodziewani adoratorzy... Jak zakończy się cała historia?
 
 


Kiedy zapoznałam się z fragmentem książki, który otrzymałam jeszcze na długo przed finalnym egzemplarzem, byłam bardzo pozytywnie nastawiona. Ponieważ zapowiadała się naprawdę ciekawie i dosyć inaczej do tych, z którymi do tej pory miałam styczność. Jeśli mowa o twórczości autorki.

Niestety, gdy zaczęłam zagłębiać się w kolejne strony, coraz częściej odnosiłam wrażenie, że fabuła zaczyna, brzydko mówiąc — zalatywać absurdami. Kojarzącymi się z inną rodzimą pisarką, bardzo lubiącą odlatywać w swoich fantazjach względem fikcji literackiej.

Co najgorzej, mijając połowę, doszłam do przykrego wniosku, że książka po prostu zaczyna mnie nudzić. Akcja nie miała ani tempa, ani porywów, które by podbijały emocje. Mało tego, było coraz bardziej przewidywalne. Szczerze mówiąc, właśnie po przekroczeniu połowy wiedziałam, jakie będzie zakończenie. I żałowałam, że tak uparcie czytałam. Ponieważ te wszystkie niby zabawne scenki, które serwowała główna bohaterka, były dla mnie troszkę żenujące.

Jestem w lekkim szoku. Poznałam i zachwyciłam się Panią Olejnik, jeszcze, kiedy napisała książkę skierowaną dla dzieci. Później było tylko lepiej. Byłam przekonana, że nie jest w stanie mnie rozczarować. Bo przecież ktoś piszący tak dobrze, nie może wymyślić nijakiej fabuły. A tak niestety było. Tytułowa ławeczka, no niestety, samo marzenie bohaterki to za słaby filar, by stworzyć całość.

Nic tam się nie trzymało ładu i składu. Panowie pojawiający się w tak absurdalnych okolicznościach, jeszcze głupsze były ich pobudki. Nie wiem. Chcę zapomnieć, że przeczytałam tę książkę, że napisała ją moja autorka. Wmawiam sobie, że był to spadek formy, do której każdy ma prawo.

Nie polubiłam bohaterów, nie potrafiłam wciągnąć się w wydarzenia, których zresztą nie było. Iga albo szukała czegoś w sklepach internetowych, albo wymyślała kolejne kłamstwa swojej matce. No i jeszcze snuła marzenia jak uwieść jednego z facetów, którego wmówiła sobie, że kocha.

Odnoszę wrażenie, że książka została napisana naprędce. Ot był jakiś zamysł z ławeczką. Wizja, która nie udźwignęła całości. Szkoda wielka.



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Czwarta Strona

Czytaj dalej...

Pędzle w kieliszku - recenzja





Moje nastawienie do debiutów jest dosyć mieszane. Z jednej strony lubię odkrywać nowych autorów, którzy właśnie rozpoczynają swoją przygodę z pisaniem, ale z drugiej. Czasem jest to ryzykowne. Bo reklama swoje robi, niestety nijak się mając do tego, co możemy znaleźć w książce. Dlatego też podchodzę z rezerwą i stawiam na pierwsze odczucia, które poczuję po zapoznaniu z wybranym fragmentem.

Gdy przeczytałam opis, dotyczący Pędzli w kieliszku, poczułam się bardzo zaintrygowana. Tematyka trudna, przemoc w domu, alkohol i w dodatku niespełniony artysta. Mieszanka wybuchowa. Chociaż mnie najbardziej zainteresował ten problem z alkoholem, jak też autor postanowił ukazać nałóg, z którym walczyć jest niekiedy bardzo trudno.

Jako że książka jest pod moim patronatem, wydaje się, że powinna być bardzo dobra. I tak jest, chociaż jak wiadomo, nie ma idealnych debiutów. Ja przynajmniej takich nie czytałam. Teraz przybliżę Wam ten, który mnie zainteresował.

 
Poznajemy Janka, mężczyznę od lat walczącego z nałogiem. Jego życie kręci się wokół picia. Wracając z pracy, jedynym i najważniejszym celem jest napicie się z przyjaciółmi od kieliszka". Pozorowane kulturalne spotkania przy połówce, często jednak kończące się tak zwanym — urwanym filmem. No a rano, trzeba wstać do pracy. Gorzej, kiedy się nie jest w stanie. Wtedy sprawa nie wygląda już tak wesoło. O czym przekonuje się nasz bohater. Traci pracę, ma przed oczami wizję wylądowania pod mostem. W końcu pieniądze na czynsz nie spadną z nieba.

Mężczyzna postanawia poszukać pracy, wraz z nią, chce rzucić picie i stać się normalnym człowiekiem. Wspiera go przyjaciel, właściciel baru, w którym niegdyś często sięgał po mocniejsze trunki. Tylko czy postanowienie wystarczy, gdy koledzy zaczną zapraszać, podśmiewać. Silna wola jedno, ale ciąg alkoholowy potrafi przejąć kontrolę...

Bywa, że są dni, gdy nic nie wychodzi, ale czasem trafiają się takie, kiedy spotyka się ludzi pomocnych, chcących wyciągnąć rękę, dodać otuchy dobrym słowem. Dla Janka w pewnym momencie zaświeciło słońce, ale czy potrafił docenić szansę od losu?


Pędzle w kieliszku to dobra książka. Ukazuje wzloty i upadki człowieka cierpiącego na uzależnienie alkoholowe. Gdy zdrowy rozsądek przestaje dostawać się do świadomości, a biorą górę te myśli, które nigdy nie powinny dojść do władzy.

Silne postanowienie poprawy i słabości, która bywała częściej niż mocna wiara w wygraną z nałogiem. Wpływ znajomych namawiających, takich, którzy tylko czekają na kompana do wspólnej imprezy. Zwłaszcza gdy będzie ochoczo opłacał rachunki. W końcu po kilku kolejach traci się kontrolę, szczególnie nad własnym budżetem.

Muszę troszkę napisać o stylu autora. Książkę czyta się bardzo szybko i chociaż dziwnie to zabrzmi, z ważywszy na tematykę — lekko. Chociaż mnie osobiście, brakowało rozbudowania niektórych wątków. Miałam wrażenie jakby wszystkie ważne informacje były w formie „pigułki". A szkoda, ponieważ tutaj było naprawdę szerokie pole do popisu. Niemniej jednak książka jako debiut, jest dobra i warta przeczytania.

Janek jest mężczyzną o smutnej przeszłości. Zakorzenionych lękach i złych wspomnieniach z czasów, które powinny się jawić beztroską. Wszystkie te wydarzenia, popchnęły go w "ramiona" alkoholu, dzięki niemu zapominał, nie czuł tego, przed czym uciekał. Tylko czy to było dobre wyjście z i tak trudnej sytuacji? I najważniejsze. Czy można podnieść się po życiowych porażkach i odbić od przysłowiowego dna?


Na te i wiele innych pytań, znajdziecie odpowiedzi w książce. Myślę, że powinno się na nią zwrócić uwagę. Ponieważ porusza ważne tematy, które zazwyczaj rozumieją ci, którzy mieli styczność z osobą dotkniętą nałogiem. Innym wydaje się, że to nic takiego, że osoba leżące z butelką to żul, którym trzeba pogardzać. Nie myśląc, dlaczego taka osoba, znalazła się w tym miejscu.
Czytaj dalej...

Pędzle w kieliszku - Czyli jestem patronatem ;)



Kochani, stało się! Postanowiłam objąć patronatem książkę. Gdy przeczytałam jaki temat został w niej poruszony, wiedziałam, że tak trzeba. Bo problem alkoholizmu jakoś zawsze uważałam za omijany i traktowany jako coś, co po prostu jest.   No i proszę, oto Pan Patryk postanowił ukazać go od tej strony, która niczego nie koloryzuje. Jak to wszystko wyszło? Czy warto przeczytać? Skoro już podjęłam się patronowania, to odpowiedź powinna być wiadoma:) Premiera już niebawem, poniżej zostawiam Was z fragmentem nawiązującym do książki. 



***

Janek nie może uwolnić się od traumy przeszłości i bolesnych relacji z ojcem, które kładą się cieniem na jego losach. Pije i pozwala, by życie przepływało obok. Znów traci pracę.
Gdy dostaje etat w magazynie, rozumie, że to szansa, być może ostatnia, na zmianę. Pełen nadziei obiecuje sobie solennie, że odstawi butelkę i zacznie przyzwoicie żyć. Udaje się! Z poznaną w pracy Wiktorią połączą go dobre i silne uczucia, młodzi stają się dla siebie całym światem i podporą. Po latach Janek wraca też do malowania – wreszcie czuje się wolny i wyzwolony z objęć demonów. Znów robi to, co kocha i co potrafi najlepiej, jest doskonałym artystą. Zostaje zauważony i dostaje propozycję wernisażu. Gdy przyszłość stoi przed nim otworem, w blasku i spokoju, nałóg i demony ponownie dają o sobie znać…



 ***
  


I jak? Jesteście zainteresowani? Mam nadzieję, że tak:)


 

Czytaj dalej...

W słońcu i we mgle

źródło


O twórczości Pani Doroty Schrammek usłyszałam jakiś czas temu, zbierałam się za zapoznanie z dotychczas wydanymi książkami, ale ciągle coś mi po drodze przeszkadzało. No i w końcu trafiła w moje ręce, chyba najnowsza pozycja w dorobku autorki. Nie czekałam dłużej, zasiadłam do czytania. Lubię odkrywać nowych autorów, zawsze mając nadzieje na dłuższą literacką znajomość, jak było tym razem? Czy pierwsze spotkanie było udane? O tym już za chwilę.

 


Bożena, Natalia, Alicja. Trzy przypadkowe kobiety. Jeden hotel. Nigdy się nie widziały, z pozoru nie mają nic ze sobą wspólnego. Poza miejscem tymczasowego pobytu. I pracy, jaką wykonują. To znaczy Bożena i Natalia. Przyjechały do Wałcza w delegację. Mają wykonać swoje zadania i wrócić do domów. Alicja otrzymała zlecenie zrobienia zdjęć miasta. No i jeszcze Majka, jest właścicielem hotelu, w którym się zatrzymały. Ona jedna mieszka w Wałczu.


Każda z kobiet znalazła się na życiowym zakręcie. I chociaż nie mają pojęcia o swoich wzajemnych problemach, a wszystkie nie chętnie dzielą się nimi z postronnymi ludźmi, to jednak coś sprawi, że skrzętnie skrywane tajemnice zaczną wypływać na wierzch.


Zorganizowana do niemalże granic absurdu Bożena, planująca każdą minutę czasu - nie tylko swojego. Męża również. Natalia, niby wesoła i wyglądająca na taką, która ma wszystko, a jednak trzymająca w sercu bolesne wspomnienia. Alicja, nieco dziwna i chyba najbardziej zagadkowa. Umiejąca wyczuć problemy innych ludzi. Nie tylko tych żyjących... I Majka, kobieta sukcesu. W końcu właścicielka hotelu. Jednak nikt nie wie, co skrywają ukryte drzwi.



Jeden hotel. Cztery kobiety potrzebujące pomocy. Nie umiejące znaleźć wyjścia z sytuacji, w jakiej znalazło się ich życie. Czy przypadkowo poznani ludzie, mogą odmienić los?

 


Przeczytałam książkę chyba w dwa wieczory. Prawdopodobnie zrobiłabym to w jeden dzień, gdyby nie fakt, że po prostu nie miałam możliwości czytać bez przerywania. Lektura tak bardzo mnie wciągnęła. Niby historia zwykła, zdawać się może nic ciekawego się nie wydarzy. A jednak, Pani Dorota tak sprawnie operowała fabułą, że każda kolejna strona wciągała jeszcze bardziej niż poprzednia. Mnóstwo ukrytych tajemnic, odkrywanych fragment po fragmencie. Zwykła opowieść o życiu, ukazana w niezwykły sposób.



Jestem mile zaskoczona, nie spodziewałam się aż tak dobrej książki. Myślałam, że to będzie dosyć lekka opowieść, a spotkałam się z problemami, które nie jeden raz wycisnęły mi łzy z oczu. Przeżywałam wydarzenia, z którymi musiały zmierzyć się bohaterki. Wczuwałam się w sytuację każdej z nich. I co najważniejsze. Polubiłam każdą kobietę. Każda inna, a jednak miały ze sobą wiele wspólnego.

 

Myślałam, że już mam swoje faworytki wśród rodzimych autorek, ale widzę, że doszła kolejna. Bo z innymi tytułami Pani Schrammek, będę chciała się zapoznać. Mam sporo do nadrobienia i bardzo z tego powodu się cieszę. Bo już wiem, że to będą wciągające lektury.
Wam kochani, z całego serca polecam ten tytuł, powinien zostać zapamiętany, jest naprawdę godny uwagi.



Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKA.
Czytaj dalej...

Rozstania i powroty

Dzień dobry, cześć i czołem! Witam serdecznie po baaardzo długiej przerwie (niestety). Trochę nie wiem, jak zacząć ten post, jest mi strasznie głupio, że zostawiłam moją kochaną Agę i Was, czytelników, na tak długo. Wiele się ostatnio działo w moim życiu, a matura i cały "kosmos" z tym związany nie należy do czynników, które pozytywnie wpływają na recenzowanie innych książek niż Lalka Prusa czy Pan Tadeusz Mickiewicza...
Ale! Doszłam do momentu, gdzie to wszystko już za mną - wydarzenia majowe stały się historią. A co ze mną? WRACAM, kochani, już tak naprawdę, na poważnie i na długo. Skończyłam z odkładaniem niesamowitych książek na później, nie mam żadnych zobowiązań na głowie (poza pracą, ale z tym daję radę) i MARZĘ o tym, żeby znów dla Was pisać. Przyjmiecie mnie jeszcze? 
Dodaję ten post, żeby już nawet Agnieszka wiedziała, że tym razem nie ma przebacz i znowu musi dzielić ze mną swoje/nasze Niekończące się marzenia :) 
Mam nadzieję, że nie jesteście źli, obrażeni i że czasem zerkniecie na posty i recenzje, które będę dla Was przygotowywała?
Ściskam mocno wszystkich, życzę miłej niedzieli, spokojnego odpoczynku i świetnie spędzonego czasu!

Wiktoria 
Czytaj dalej...

Potrzebna pomoc!



źródło



Kochani, ja dzisiaj przychodzę z prośbą. Potrzebna jest pomoc. Młoda kobieta. W wyniku wypadku złamała kręgosłup. I tu już nie chodzi o jakieś cud operacje, które postawią na nogi, czy chociaż przywrócą jako taką władzę ruchową. Dziewczynie wysiadł pęcherz. Praktycznie przestaje istnieć. Potrzebne są pieniążki na operacje, która pozwoli naprawić, to, co się zepsuło. I przychodzę do Was. Bo wiem jak siła internetu potrafi zdziałać cuda. Wpłaćmy chociaż po 10zł a nawet 5. Dajmy szansę, by chociaż w tym swoim siedzącym życiu, nie musiała odczuwać bólu. Bo wyobraźcie sobie żyć, a raczej egzystować z ciągłym zapaleniem pęcherza. To musi być straszne. I jest.  W dodatku zagraża życiu. Dlatego bardzo, ale to bardzo proszę. Często symboliczna złotówka, może uratować komuś życie. 

 Podsyłam link  tam możecie przeczytać więcej na temat Agaty i jej historii, ale tutaj ważny jest czas, by zielona kreska dotarła do końca swojej drogi. By można było zacząć leczenie. 

Mam nadzieje, że kolejny raz siła internetu okaże się niezawodna, że pomożemy :) Do dzieła!



 
Czytaj dalej...

Trylogia. Henryka Sienkiewicza

źródło


Chyba większość słyszała o sławnej Trylogii, Henryka Sienkiewicza. Bo kto nie poznał się choćby z filmową wersją, Ogniem i mieczem, Potopem czy Panem Wołodyjowskim. I chociaż na jej temat krąży wiele sprzecznych opinii. Przyznać trzeba jedno. Sienkiewicz stworzył coś ponadczasowego. I nawet jeśli historia nas niezbyt interesuje, to większość wie, kim był Skrzetuski, Bohun, Azja, Zagłoba i wielu, wielu innych wspaniałych postaci.

Na rynku wydawniczym pojawiło się wiele wydań trylogii. Zazwyczaj są podzielone na trzy osobne egzemplarze. Tym razem wyszło tomiszcze. Trzy w jednym. Chciałam się mu przyjrzeć. Jak to wygląda, jak się czyta. I czy po latach od zapoznania z bohaterami, dalej będą wywoływali te same emocje?

Oczywiście, jak większość wie (albo i nie) Trylogię rozpoczyna Ogniem i mieczem. I to właśnie wstęp zawsze, ale to zawsze wywołuje we mnie dziwne emocje. Jest w nim coś takiego, co sprawia, że chce się zatrzymać i zastanowić. Czy rzeczywiście tak było, czy było czuć nadciągające niebezpieczeństwo? Natura naprawdę dawała znaki?


" Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastował jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia."*


Pierwotnie Ogniem i mieczem, miało być historią typowo miłosną. Opowiadającą o dwóch zakochanych mężczyznach w jednej kobiecie. Czyli Bohun i Skrzetuski w pięknej Helenie. Później jednak Sienkiewicz postanowił nieco rozbudować tło historyczne. Naciągnął fakty. Wszystko miało swoje wytłumaczenie. Polska znajdowała się pod zaborami. Panowała depresja i jakaś niemoc. Dlatego z miłosnej historyjki, powstało dzieło „ku pokrzepieniu serc". Mające na celu, dodanie wiary i otuchy w beznadziejnych czasach.

I tak oto mamy piękną historię miłosną, zbudowaną w okresie wojny. Między przelewającą się krwią, między jednym odetchnieniem a drugim. Dwóch mężczyzn pała miłością do kobiety, która wydaje się ucieleśnieniem wszystkiego, co najlepsze. Niestety, tylko jeden może zaznać szczęścia odwzajemnienia miłości.

I ja chyba nie byłabym sobą, gdybym napisała, że rozumiałam Helenę i razem z nią miłowałam Skrzetuskiego. Bo tak nie było. Od początku kibicowałam Bohunowi. I chociaż wiedziałam, że biedny kozak jest na straconej pozycji, nie mogłam pojąć dlaczego. Skrzetuski również zabijał. Ba! On nawet nie kochał Heleny w połowie, tak mocno, jak jego rywal. Owszem. Coś tam czuł do niewiasty. Jednak czy jego miłość była ponad wszystko?


Chyba najmniej lubianą częścią trylogii jest Potop, sama pamiętam, że w czasach liceum, jakoś nie podchodziło mi czytanie. Jednak z biegiem czasu, przekonałam  się i teraz, mogłabym czytać i czytać.  Tutaj mamy obronę Jasnej Góry, paskudne zagrywki i  ofiarę w postaci Kmicica.  Myślę, że tutaj warto zapoznać z tym fragmentem historii. Chociażby w postaci ekranizacji. Oczywiście, nie wszystko zostało w niej ukazane. Myślę jednak, że i tak warto.  


W Potopie miałam swoich ulubieńców, chociaż na pierwszy plan wchodzą inne emocje. Tutaj nie mogłam znieść obłudy Księcia. Było wiele momentów, gdy myślałam sobie, jakby to dziada utłuc. Wiadomym jest, musi być i wątek miłosny. Oleńka i Kmicic. Nie jest to łatwe uczucie, zwłaszcza przez sytuację, w jakiej znalazł ów wybrany pięknej oblubienicy. Jak się zakończyła? Ten, kto przeczytał, z pewnością wie, ale nie bardzo możliwe, że są tacy, którzy bronią się przed Potopem, ale w końcu przyjdzie ta chwila i zechcę się zapoznać. Niechaj nie wiedzą...


Na sam koniec pozostaje Pan Wołodyjowski, najbardziej lubiana i nawet rzekłabym ukochana postać. Sławny mały rycerz, którego walka szablą jest znana, nawet jeżeli nie znają książki czy nawet filmu. Michał Wołodyjowski, wspaniały patriota, postać niesamowicie pozytywna i trzeba przyznać niedająca się nie polubić. Oczywiście nie zapomniałam o Bohunie, ale ten niestety nie był bohaterem, lecz postacią negatywną, to tylko moja słabość do czarnych charakterów jak zwykle się ujawniła.


Mogłabym napisać wiele, ale kiedy tak teraz siedzę. Myślę sobie, że o Wołodyjowskim po prostu trzeba przeczytać. Ewentualnie obejrzeć film. Nie wiem dlaczego. Gdy nadchodzi koniec. I za każdym razem, mimo jakie świadomości będzie zakończenie. I tak mam nadzieję, że Oni zmieni.a zdanie, że jednak nie zrobią tego, co zrobili. I w tej jednej chwili mam ochotę powiedzieć — gdzieś z taką przysięgą.
 
I Tak jak w Ogniem i mieczem wstęp wywołuje we mnie pewne emocje, tak tutaj słowa kierowane przy końcu. Zawsze, ale to zawsze mam ciarki i to coś, co trudno opisać, co po prostu. Trzeba poczuć. 


— Panie pułkowniku Wołodyjowski!

— Dla Boga, panie  Wołodyjowski! Larum grają! wojna! nieprzyjaciel w granicach! a Ty się nie zrywasz? Na koń nie siadasz? Co się stało z tobą, żołnierzu? Zaliś swej dawnej przepomniał cnoty, że nas samych w żalu jeno i trwodze zostawisz?"**



Mam słabość do tych książek. Mogłabym czytać, oglądać filmy i nigdy się nie znudzą. Mało tego, ja za każdym razem przeżywam od nowa. Nerwy na Helenę, która nie wiem co, zobaczyła w nijakim Skrzetuskim. Współczucie dla nieszczęśliwie zakochanego Bohuna. Rozpacz, gdy nadchodzi śmierć Podbipięty, niby wiedząc, że ona i tak nastąpi, ale jednak i tak boli.

Nie polubiłam też Oleńki, jakaś ona była taka, sama nie wiem. Dziwna to była kobieta, ale widać wtedy one takie były. Chociaż Baśka, ta to miała charakterek. Nie co te dwie mimozy — Oleńka i Krzysia. Nie wiem, która bardziej mnie drażniła.


Wypadałoby napisać coś na temat wydania książki, o której dzisiaj Wam piszę. Z jednej strony doceniam fakt, że wszystko jest w jednym tomie. Z drugiej jednak strony — nie wiedziałam, że tekst będzie w dwóch kolumnach, coś jak w Biblii. Nie dość, że maleńki druk, to jeszcze te kolumny. Strasznie nie lubię czegoś takiego. Druga sprawa. Książka jest nieporęczna. Chcąc sobie przeczytać, no stanowi wyzwanie. Bo jeśli ktoś potrafi siedząc przy biurku, czy stole, to dobrze. Ewentualnie leżeć na brzuchu, a książka na łóżku. W rękach albo na kolanach kiepska sprawa.

Powierzchownie prezentuje się pięknie. Naprawdę. Świetnie mieć w swojej biblioteczce taki okaz. Jednak tylko do zaglądania do wybranych fragmentów. Do poczytania  polecam osobne tomy. Jest wygodniej i poręczniej. 

Podczas czytania zwróciłam uwagę, że jest sporo literówek. Być może trafił się mi taki druk, ale jeśli w każdej są błędy... troszkę szkoda. To nie jest byle jaka powiastka. Szkoda kalać błędami, których ktoś nie dopatrzył.

Cóż mogę więcej napisać. Samą Trylogię polecam szczerze i od serca. Czy ten konkretny egzemplarz? Pozostawiam do Waszej decyzji. 




Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.





* cytat pochodzi z Ogniem i mieczem, Henryka Sienkiewicza.
** cytat pochodzi z Pana Wołodyjowskiego, Henryka Sienkiewicza.

Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka