Zostałam nominowana - moje pozytywne wspomnienia



Jakiś czas temu, Agatka z mojego ulubionego bloga - nie tylko o książkach klik,  nominowała mnie do pewnej zabawy. Mam opisać kilka(?) Nie było sprecyzowane ile, w każdym razie mam opisać swoje miłe wspomnienia. Niby prosta sprawa, ale miałam pewien problem. Oczywiście mam wiele dobrych wspomnień, ale jakoś tak od etapu czasów nastoletnich, co było wcześniej? Hmmm 


Lato 1998 roku - kiedy to było....

Otóż mając te dziesięć lat, pojechałam na swoja  pierwszą w życiu kolonie, nie tęskniąc za mamą, bawiłam się świetnie pełne dwa tygodnie. Kolonia była w górach, nie pamiętam już jakich. W każdym razie, będąc tam, panowała zasada - dzieci nie mogły bezpośrednio rozmawiać z rodzicami, tylko nasi wychowawcy. Żeby dzieci nagle słysząc głos mamusi, albo tatusia nie rozżaliły się, bo na co komu cyrk potrzebny. Mieli rację. Ja byłam bardzo wyniuniana przez mamusię, ale jeśli myślicie, że chociaż przez chwilę tęskniłam i chciałam rozmawiać z mamą, jesteście w błędzie. To była moja najlepsza podróż życia. Byłam z siebie taka dumna! 
Mając chyba dwanaście lat odstawiałam dramata do słuchawki telefonu, będąc na zielonej szkole. Morze było dla mnie straszne, sztormy doprowadzały do zawrotów głowy, kubki wypadały mi z rąk, każdy z przerażeniem patrzył jak morski klimat źle na mnie działa. Zraziłam się do morza na jakieś 15 lat. 


01.05.2002 rok - najpiękniejszy dzień w moim życiu. 

Tego pięknego, słonecznego majowego dnia, gdy było już ślicznie zielono i cieplutko. Na świat przyszła najwspanialsza osoba, jaką mogłabym sobie wymarzyć. Moja bratanica - Madzia.  Madzię traktuję bardziej jak siostrę, jest cudowną osobą i zawsze była/jest przy mnie, nawet gdy miałam swoje gorsze dni, trwała i obdarzała pięknym, najpierw dziecięcym uczuciem. Teraz jako nastolatka, jest młodą kobietką, moim oczkiem w głowie. Nie wiem jakie ma wady, bo jeśli ma, to mnie nie przeszkadzają. Mimo kilkunastu lat różnicy, jest najbliższą mi osobą. Świat bez Madzi nie miałby sensu, ja nie miałabym sensu być na nim. To dzięki Madzi, zrozumiałam co znaczy kochać całym sobą. Uwielbiam wspomnienie Madzi w jej cudownych rajstopkach w serduszka. Czerwone i żółte. W obu wyglądała obłędnie. Pobudki, kiedy przychodziła roześmiana mimo szóstej rano, radości gdy robiłam sobie "wolne" od szkoły. Cichutkiego sprawdzania, czy jestem w domu. Żalu kiedy wstałam wcześniej i zostawiłam samą w łóżku. I tego jak siedziała w moim pokoju, gdy mnie nie było w domu. Mojego wprowadzania w świat książek, jej oporu przed czytaniem. Moją walką, podrzucaniem coraz to nowszych tytułów. W końcu udało się!:) 
Uwielbiam nasze wspólne wspomnienia, tego zrozumienia bez słów. Jak potrafi dokończyć zaczęte przeze mnie zdanie. Jeden człowiek, a ile szczęścia.

Maj   2012-2016 rok- zupełnie niezaplanowane szczęście. 

Gdy  założyłam  blog, nie miałam pojęcia ile wprowadzi zmian w moim życiu. We mnie samej. 
Dzięki blogowi poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi. Najpierw wirtualnie. Kilometry dzielące mnie od znajomych nie były przyjazne, jednak chcieć, to móc. I oto zupełnie nieplanowanie, postanowiłam pojechać, a raczej polecieć do Warszawy. Może nie chodziło o same targi, ale o ludzi, których tak bardzo chciałam zobaczyć. 
Te trzy dni, były jednymi z najwspanialszych. Niby obcy ludzie, a jednak jak bardzo bliscy, jakim niesamowitym doświadczeniem było, zobaczyć z kobietkami, które znało się tylko dzięki portalom społecznościowym. Czułyśmy się, jakby te spotkanie nie było pierwsze. Cudowne doświadczenie. Wiele osób dziwiło się, że poleciałam, że nie bałam się czy nie zostanę wystawiona, bo przecież to "tylko" internetowa znajomość. Dla mnie, aż! 
I kiedy ktoś mnie zapyta - dlaczego czytasz? Mam ochotę odpowiedzieć, że książki łączą ludzi, że w cudowny i niepojęty sposób sprawiają, że kilometry nie mają znaczenia. Bo nadajemy na tych samych falach, rozumiemy, często wspieramy. Czasem mamy odmienne poglądy, ale jesteśmy sobie bliscy. Założenie bloga, było najlepszym pomysłem w moim życiu.


Powinnam kogoś nominować, jestem ciekawa wspomnień - Sylwii (recenzentki książek), Agaty (Chyiome) oraz Kasi (Biblioteka pod marcepanem)

Miłej zabawy!:)

Czytaj dalej...

Portret Doriana Graya


O Portrecie Doriana Graya, słyszałam same pochlebstwa, zachwytów nie było końca. Jakież to dzieło i klasyk nad klasykiem. Każdy, ale to każdy powinien, zapoznać się z tym dziełem. Pomyślałam, że skoro trzeba, to i ja muszę. Bo jakże tak? Klasyki kocham miłością trwałą i nieustającą, tutaj nie może być wyjątku. W dodatku wszędzie zachwyty. Nic tylko zasiadać i delektować się wspaniałością lektury. Zasiadłam więc i zaczęłam czytać, natomiast lektura wywarła na mnie, następujące wrażenia.

Książka ukazuje historię młodzieńca — Doriana Graya, jego przemianę na przestrzeni lat. Zapoznajemy jeszcze niepełnoletniego, nieco naiwnego i nieśmiałego chłopca, u progu dorosłości. Bardzo urodziwego, jednak nie do końca zdającego sobie sprawy z własnych atutów, albo... dobrze się maskującego.

Pewien malarz, zachwycony zniewalającym urokiem młodziana, postanawia uwiecznić go na swym płótnie, jak twierdzi w mężczyźnie, jest coś, co przyciąga i wydaje się, jakby miał w sobie magnetyzm. Podczas jednego ze spotkań do pozowania, Doriana Graya poznaje przyjaciel artysty — lord Henryk. Spotkanie to sprawia, że młodzieniec czuje się jakby wybudzony z letargu, spostrzeżenia oraz uwagi, które serwuje Henry, są bardzo śmiałe i niekiedy kontrowersyjne. Niedoświadczonego Graya krępują słowa starszego mężczyzny, ale i również fascynują.

Dotąd był żył w innym wymiarze, teraz jego zainteresowania nabrały innej perspektywy, a ciekawość tego, co wkoło, nabrało intensywności....

Powieść ukazuje przemianę młodzieńca, który z początku wydawał się zupełnie inny, niż przyszłość go ukształtowała. Był jak trucizna, zniewalał urokiem, a jednak potrafił zniszczyć każdego, kto znalazł się w jego pobliżu, zachciał nawiązać głębszą relację. Jakby ciążyło na nim przekleństwo. Próżność zaczęła zwyciężać nad morałami.

Chciał zawsze być piękny i młody, ale czy spodziewał się jakie konsekwencje poniesie, jaka zapłata będzie za tak zuchwałe życzenie? Czy było warto?

Jak wspomniałam na wstępie, książka jest okrzyknięta fenomenem. Klasyką, która zostanie nieśmiertelne. Być może tak będzie. Niestety nie w moim odczuciu. Dla mnie lektura Doriana Graya była czymś okrutnym. Uwielbiam klasykę, im więcej zawiłości psychologicznych, tym lepiej. Tutaj drażniło mnie wszystko. Styl autora, problematyka, główny motyw.

Tyle rozważań, złotych i jakże wciąż na czasie myśli. Cóż z tego? Żadne mnie nie przekonało. Czytałam zirytowana. Postać Graya drażni, przemyślenia lorda i malarza były jeszcze gorsze. Ich zachwyty nad powierzchownością młodziana — pozostawię bez komentarza. Nieszczególnie mam siłę robić dogłębną analizę przekazu, nad którym każdy pieje z radości i oszołomienia. Mnie nie podbił. Przeczytałam, wiem co Wilde chciał ukazać czytelnikowi, tylko forma nie urzekła mnie. Nie zostałam wciągnięta. Był może jeden maleńki wątek, który wywołał chwilowe zainteresowanie. Na bardzo krótko.

Z tego, co już zauważyła, jako jedyna nie dołączyłam do grona uwiedzionych tą historią, przykro mi bardzo. Liczyłam na większą dawkę emocji, przeżyć wewnętrznych. Zakończenie jest jedyną i najmocniejszą stroną historii. Całość niestety jawi się bez wyrazu. Nie po taką klasykę lubię sięgać.

Decyzje o przeczytaniu, pozostawiam do indywidualnej oceny, nie będę zniechęcała, ani namawiała wbrew mojej opinii. Niech każdy sięga lub nie, na własną odpowiedzialność.

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa
Czytaj dalej...

Rozwiązanie konkursu - Caraval

I oto nadeszła wyczekiwana chwila - taką mam nadzieje. Ogłoszenie zwycięzcy konkursu, który jak widzę zebrał kilku chętnych zapoznania tej jakże ciekawej książki. Mówiłam, że nie lubię konkursów? Wiecie dlaczego prawda? Zawsze gdy wybiorę zwycięzcę, mam wrażenie, że mogłam zrobić inaczej, że każda odpowiedź była przekonywująca, a ja mogłam tylko jednego. I wybrałam. 

Po długim zastanowieniu, przeanalizowaniu - wybór był naprawdę trudny, moja decyzja o przyznaniu nagrody padła na .... 



Gratulacje! Już niebawem otrzymasz wiadomość z instrukcjami co dalej. Mam nadzieje, że książka przypadnie Ci do gustu.  Wszystkim uczestnikom, chciałam podziękować za wzięcie udziału;) 


 
Czytaj dalej...

Tak się kręciło



Kiedy tylko zobaczyłam tę książkę, a dokładniej mówiąc opinie do niej, byłam zachwycona pomysłem oraz ubolewałam, że nie posiadam. Tak bardzo lubię czasy PRL-u, a już tym bardziej filmy powstałe właśnie w tamtym okresie. Dlatego, gdy okazało się, że książka do mnie trafi i będę mogła zagłębić się w jej lekturze, by zaspokoić swoją ciekawość. Byłam szczęśliwa. Nawet bardziej niż szczęśliwa. Czy książka sprostała moim oczekiwaniom i czego ciekawego się z niej dowiedziałam? O tym już za chwilę.

Andrzej Klim, dziennikarz i redaktor, który postanowił wziąć pod lupę dziesięć najważniejszych filmów, które są ikoną minionego ustroju. Może nie każdy z nich trafił moje gusta, ale jedno jest pewne. Tytuły są znane, nawet jeśli nie widziałam samej produkcji, a to o czymś świadczy.

Książka zawiera informacje dotyczące samego zamysłu do danego filmu, tego, jak wychodziła koncepcja, jakie były początkowe plany produkcji, a później w ostatecznym rozrachunku ile ewentualnie się zmieniło. Jak sam tytuł nam wskazuje, Tak się kręciło, w tamtych czasach było zupełnie inaczej, brak tych wszystkich udogodnień, cudownych dzieł techniki i komputerów, które mogły zrobić niemalże wszystko. Tutaj trzeba było działać z wyczuciem, by makieta była odpowiednio ustawiona, aktorzy wczuli się jak należy do swojej roli, mimo że czasem odgrywana scena, miała się nijak do panującego w danym momencie, nastroju, albo też warunków pogodowych.

Mnie ciekawiło kilka ulubionych tytułów, które mogę oglądać naprawdę często i nie czuć się znużona widząc, kolejny raz ulubioną produkcję.

I tak w grupie tych naj, znalazły się „Noce i dnie”, „Sami swoi” czy też słynna „Seksmijsa”, chociaż wielkim zaskoczeniem była dla mnie niechęć, z jaką spotkały się „Noce i dnie”, rzekomo jawiące się jako nudne i bez żywiołowości. Świetna gra aktorów oraz słynna scena z Nenufarami — przy których jak się okazuje, było wiele ciekawostek, bo widać nie każdy wie, że są to po prostu lilie wodne. Gdy przyszło do obsady, jak się okazuje z początku dobrodusznego i kochającego ziemię Bogumiła, miał zagrać inny aktor, teraz gdy już wiem kto, często zastanawiam się, jakby to było. Czy film zyskałby jeszcze więcej? A może właściwie dobrze się stało? Mimo tak przykrej sytuacji związanej z obsadzaniem...

Również ogromnym zaskoczeniem był fakt, że w pierwotnej wersji, nie brano pod uwagę Wacława Kowalskiego, do roli Pawlaka, nie potrafię pojąć, jak można było czuć niepewność. Wspaniały i jakże długo niedoceniany aktor. Gdyby twórcy wiedzieli jaki sukces odniesie ten sławny duet, szybko pożałowaliby swoich myśli. A co dopiero rozważań na temat pewności wyboru.

Książka zawiera wiele smaczków, które z pewnością zainteresują fana starych dobrych produkcji, które często musiały przejść ciężką drogę do sukcesu. Mnie osobiście nie każdy film aż tak zainteresował. Na przykład fenomen „Misia”, oglądałam go wiele razy, próbując zrozumieć. Niestety, nie jest mi po drodze z nim. Wybacz Misiu.

Myślę, że tę książkę należy polecić pasjonatom i fanom produkcji PRL-u, one jak wszystko inne, mają w sobie to coś, co przyciąga.


 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa
Czytaj dalej...

Siedem minut po północy




Dawno, nawet bardzo dawno temu usłyszałam o tym tytule. Nie wiem dlaczego, ale od razu spisałam go na straty, twierdząc, że jest pewnie okropnym horrorem, po którym będę miała koszmary senne. Czas mijał, zapomniałam o książce, ale ona widać należy do tych, obok których nie można przejść obojętnie. Ja zapomniałam, lecz nie książka, wróciła niespodziewanie, jakby chciała przypomnieć mi — nie chciałaś, ale może jednak przeczytasz?

W końcu zrozumiałam, że muszę. I dzięki mojej kochanej Madziulce, zasiadłam do czytania Siedmiu minut po północy, a jaka to była lektura, o tym za chwilę..

Conor nie jest już dzieckiem, ale jeszcze nie bardzo pasuje do świata dorosłych. Przez co ma swoje problemy. W szkole nikt go nie zauważa, a jeżeli już, to nie w taki sposób jakby tego oczekiwał. Koledzy nie traktują jak „swojego”, przez co chłopiec czuje się odtrącony, często nawet niewidzialny.

W domu jest mama, kochana i najcudowniejsza. Niestety mama choruje, kolejne terapie nie przynoszą oczekiwanych rezultatów. I chociaż Conor nauczył się samodzielności, opiekowania chorą, to jednak coś jest nie tak. No i jeszcze babcia, która nie jest taką babcią idealną, kojarzącą się z sympatycznymi sędziwymi staruszkami, otaczającymi ciepłymi ramionami. Nie. Babcia jest chłodna i zawsze idealna. Zwraca się do chłopca sztywno, bez okazywania uczuć.

Conor nie lubi odwiedzać tej zimnej kobiety, mimo że jest mamą jego ukochanej mamy. Niestety czasem zostaje do tego zmuszony, ale i nawet to, nie jest jego najgorszym problemem.

O dwunastej siedem, czyli siedem minut po północy — coś usłyszał za oknem. Może nie było niczym dziwnym, na zewnątrz czasem coś hałasuje. Jednak chłopiec czuł, że musi podejść do okna. Nie spodziewał się tego, co za chwilę miał zobaczyć.

Może normalnym odruchem powinna być ucieczka, może powinien zawołać pomoc? Conor się nie bał, patrzył w oczy potworowi, ciekawy co ten z nim zrobi. Przyszedł po niego, ale co dalej?

Przeczytałam książkę i nie wiedziałam co powiedzieć. Odłożyłam na półkę, ale dalej przeżywałam emocje towarzyszące podczas czytania. Wszystko było we mnie wciąż żywe i intensywne. Nie miałam pojęcia, że autor tak mocno pociągnie za sobą odbiorcę w wykreowany świat. W losy małego chłopca, jego dramaty i samotność.

Conor jest przeraźliwie samotny, nie może powiedzieć mamie o swoich problemach. Nie może zwierzyć się ojcu, ponieważ jest gdzieś daleko, ze swoją nową rodziną. Nie ma przyjaciół. Jest sam ze swoimi koszmarami i myślami.

I gdy pewnej nocy odwiedza go potwór, chłopiec nie do końca rozumie tego, co chce mu przekazać. Nie wie, w jaki sposób mógł go wezwać, przecież nigdy nic takiego nie powiedział. Często śnił mu się koszmar, tam również był potwór, ale zupełnie inny. Ten, który go odwiedził, był ogromny, ale nie straszny. Chłopiec się nie bał. Twierdząc, że widział już gorsze rzeczy — zatem co straszniejszego mógł widzieć zaledwie trzynastoletni Conor?

Książka jest niepozorna objętościowo, ale kiedy rozpocznie się czytanie, z każdego zdania i każdej strony wyziera smutek, tak ogromny, że zaczynamy odczuwać jego ciężar. Przytłacza wszystko, a dodatkowe ilustracje — które są niesamowite i przerażająco wymowne. Dopełniają całości. Przepiękna i naprawdę genialna robota.

Jest to książka, której się nie czyta. Tę historię przeżywamy od pierwszej strony i nie kończymy z chwilą przeczytania ostatniego zdania. Ona już w nas zostaje. I nawet gdy upłynie czas, będzie tkwiła gdzieś, tam w środku. Niesamowita i poruszająca wszystkie struny. Już dawno nie miałam przyjemności, czytania tak cudownej książki. Muszę nabyć swój własny egzemplarz. Tylko nie ten badziewny filmowy. A oryginalny z ilustracjami, bez których książka nie ma już tego uroku.

Szczerze i z całego mojego czarnego serduszka polecam, wartościowa i przepełniona emocjami książka.

Jeszcze podrzucę Wam kochani, piękną ścieżkę dźwiękową do filmu, którą się zachwycam. Ktoś oglądał? Warto się wybrać? 







Czytaj dalej...

Promyczek





Przyszła pora, abym i ja opisała swoje wrażenia po przeczytaniu tejże książki, ale zanim do tego dojdzie. Chciałam napisać kilka słów do potencjalnych czytających ten tekst. 


BĘDĄ SPOILERY!!!! CZYTASZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ.  BĘDĘ BARDZO BRUTALNA. DLATEGO JEŻELI KOCHASZ TĘ KSIĄŻKĘ, LEPIEJ TEGO NIE CZYTAJ. 

Na temat Promyczka słyszałam same zachwyty, w pewnym momencie sieć oszalała i wszędzie docierały mnie opinie, jaki to Promyczek jest cudowny, jak potrafi wyrwać duszę, a nawet serce z zawiasów i pozostawić pustkę, rozpacz i Bóg wie co jeszcze. W końcu stwierdziłam, że i ja chcę przeczytać, poczuć te wszystkie emocje, nawet może i popłakać - czasem lubię o ile historia jest naprawdę poruszająca.  Zasiadłam więc do czytania no i ...

Poznajemy sobie Katie i Gusa. Dwoje przyjaciół, którzy zawsze się wspierają i bez względu na sytuacje mogą na siebie wzajemnie liczyć. Dziewczyna ma jakieś tragedie na koncie, ale nie myślcie, że siedzi i rozpacza. Co to, to nie. Katie jest chodzącą radością. Ona każdego lubi, do każdego jest pozytywnie nastawiona - nawet jeżeli ten ktoś, mają gdzieś. To nic. W końcu nie na darmo jest nazwana Promyczek. 

Nasza nastolatka wyjeżdża na studia, bo chce i ma zamiar spełnić swoje marzenie. Ma jakieś oszczędności. Te Amerykańskie nastolatki niesamowicie zaradne są, większość o których czytam ma oszczędności zanim pójdzie na studia. 
Mimo wszystko, Katie bardzo chce pracować, żeby oszczędności się nie skończyły. No i ona tam po jakimś czasie ( nie będę streszczała wstępu, który jest nudny i nic ciekawego nie wnosi do fabuły) poznaje w jakiejś kafejce młodzieńca - rzecz jasna przystojnego. Na brzydkich nie ma co się nawet patrzeć.  Poznają się oboje. On myśli o niej, Ona o nim. Wymieniają się drętwymi zdania, po których miałam po prostu ochotę zrezygnować z dalszego czytania, ale nie. Dzielna masochistka czytałam dalej. 

Promyczek sobie studiuje, ale przede wszystkim poznaje nowych znajomych. Ona ogólnie jest bardzo lubiana, bo jest taka cudowna, no ja bym ją wręcz pokochała. Chodząca tolerancja, naplujesz w twarz, a dziewczę Ci odpowie, że to pewnie przypadek. Też byście chcieli mieć taką koleżankę prawda?:)))Ale, ale.... ja chyba wiem dlaczego Promyczek była taka cudowna. Otóż.... Ona miała raka. Tak, nie zaskoczyłam was prawda? Aha, mówiłam, że  będę spoilerować. Katie ma sobie raka, dlatego jest taka cudowna i radosna, bo i tak umiera i chce pokazać jaka jest dzielna i ma w dupie, że źle się czuje, bo przecież co mi tam, flaki zaraz zwymiotuje, nie będę się leczyła - brawo za postawę. Bierzmy przykład z promyczka. Nie leczmy się, za to kochajmy cały świat.  Aha...... 

I Wiecie co? Mnie w tej książce aż tak, nie przeszkadzał fakt, że ona była zbawicielką świata. Tylko sposób w jaki została stworzona jej postać. Mój Boże i nawet Wszyscy Święci! Przecież to było koszmarne. Te teksty drętwe i niby wyluzowane, a tak bardzo płasko, że cholewka nie dało się przebrnąć. Najgorsze jest to, że ja nigdy nie miałam skłonności do robienia fiszek, ani tym bardziej zdjęć. Jednak tym razem poczyniłam wyjątek. Zrobiłam kilka.  Tekst, który doprowadzał mnie do białej gorączki, przez który miałam wrażenie, że umrę przed bohaterką(!!!!) 




Widzicie?? Ale widzicie? to???  Przecież, no tego nie da się opisać. Że to miało być śmieszne?? Ha ha ha ha - no popłakałam się.


Niech mnie ktoś oświeci. Kto, no KTO nazywa każdą osobę "Młodym". Ja nie mam siły, jakby mi taki Promyczek młodował, to bym jej szybciej skończyła męki tej ziemi.... Serio.







Tak, ten tekst jest do kilku różnych osób.  Promyczek nie potrafiła inaczej zwracać się do ludzi. Jakaż ona  była zajefajna. Pragnę takiej kumpelki. No marzę wręcz.






Bardzo długo próbowałam zrozumieć przesłanie autorki, ponieważ no jest dziewczyna. Na siłę zrobiona jako super wyluzowana, otwarta na każdego człowieka. Ja rozumiem, że są ludzie mega tolerancyjni, tylko jakoś dla mnie za słabe było kiedy Katie nawet gdy, ktoś jej konkretnie nie życzył sobie jej towarzystwa czy ciekawości - ona nie przyjmowała do wiadomości, na siłę musiała uszczęśliwić. Bo ONA WIEDZIAŁA, że trzeba. Miała jakąś śmieszną zasadę, że nie chce związku, bo przecież i tak umiera, więc żadnej miłości. Gorzej wymyślić już nie można było.  Oczywiście Promyczek się zakochuje, w facecie, który również ma tajemnice. Tak. Bardzo mnie to zaskoczyło.  

Nie poczułam tej słabej, irytującej historyjki. Naciągana, przegadana. Dialogi doprowadzające do szału. Autorce tak bardzo zależało by była młodzieżowa, że aż przedobrzyła. Kiedy nie powiem, który raz - przeczytałam MŁODY myślałam, że coś mnie trafi. Ileż można ja się pytam? 

Rozmowy Promyczka z Gusem. Płakać mi się chciało, bo śmiać dawno przestałam. Ona kochała jego po przyjacielsku, on ją też. I musieli sobie o tym powiedzieć, on jej ciągle powtarzał jaką jest cudowną istotą, Ona jemu to samo. I jaka przed nim kariera muzyczna.  << poleciała tęcza>> 

Dawno, naprawdę dawno nie przeczytałam tak tandetnej książeczki, która miała być dramacikiem, ale jednak wyszła komedyjką. Tyle stron badziewnych dialogów, na koniec śmierć cudownego Promyczka, rozpacz jej fanów i przepiękne listy z przesłaniem.  Bałam się, naprawdę lękałam się, że nie dotrwam, że wykończę się psychicznie zanim ona umrze. 

Czytałam do końca tylko dlatego, że jestem taka głupia, do końca mam nadzieje, że książka się wybroni w pewnym momencie. To coś się pogrążyło. Dzięki Bogu, że książka jest Irenki. Inaczej już zasiliłaby mój piec.  Żenująca historyjka, jakiej jeszcze moje oczy nie widziały. 
I niech nikt mi nie wyskakuje z tekstami, że nie mam serca. To już dawno ustaliliśmy. 




Czytaj dalej...

Dwór Cierni i Róż



Baśnie, chyba każdy z nas czytał, albo oglądał. Zapewne były i te ulubione, które wzbudzały zachwyt, czasem i może lekki strach. Jednego można być pewnym, każda zawsze kończyła się happy endem. A jak to jest z historiami, które zostały oparte na znanych nam w dzieciństwie opowieściach? Jakie skrywają tajemnice? I przede wszystkim, czy te mogą mieć również szczęśliwe zakończenie? Mogą zaskoczyć, wzbudzić emocje, dzięki którym nie oderwiemy się od stron? Odpowiedzi na te i inne pytania, szukałam w Dworze Cierni i Róż.

Bieda i głód doprowadzają do wielu skrajnych zachowań, Feyra bardzo szybko musiała nauczyć się polować, by zapewnić swoim siostrom oraz ojcu pożywienie. Dawniej, gdy żyli dostatnio, nie musiała uczyć przetrwania, niestety moneta obróciła się na niekorzyść, teraz byli skrajnie ubodzy. Dziewczyna nie mogła liczyć na pomoc ze strony sióstr, tym bardziej ojca. Wyruszała na polowania, mając nadzieję, że złapie choćby najmniejsze stworzenie, by było co włożyć do ust.

Zima nie miała litości, im chłodniej, tym gorszy wydawał się głód. Feyra wiedziała, że musi upolować zwierzynę, że musi wrócić do domu z jedzeniem. Inaczej zostaliby bez niczego. Przez lata prób i błędów, nauczyła się czekania godzinami. Chociaż wiedziała, że często trwała i nic się nie pojawiło, a do domu musiała wracać przed zmierzchem. W końcu ujrzała to, na co liczyła, jednak los nie mógł być przychylny, gdy już miała zapolować, jej oczom ukazał się wilk. Dziewczyna przez kilka minut analizowała jego pochodzenie, czy był magicznym Faerie? Wiedziała, czym grozi zabicie jednego z członków władczego rodu.
Głód zwycięża, pragnienie zapewnienie posiłków na wiele dni, sprawia, że zabija dwa stworzenia. Już niebawem dziewczyna dowie się, że popełniła błąd...

Jeszcze tego samego wieczoru, do chaty, w której mieszkała rodzina, przybywa bestia. Grożąc temu, kto dopuścił się zbrodni, łamiąc tym samym zawarty traktat. Musi ponieść karę. Oddać swoje życie, za zamordowanego Fae...  
Feyra nie ma złudzeń, w bezpośrednim starciu z tą magiczną istotą nie ma szans. Oddaje się bez walki, żegnając z rodziną. Wyrusza w podróż do krainy, o której słyszała tyle złego. Jak teraz będzie wyglądało jej życie? Czy nieporadny ojciec i siostry przetrwają bez jej pomocy?

Początkowo nie byłam przekonana do nowej serii, nie dość, że obiecałam sobie, by nie rozpoczynać kolejnych, to jeszcze nie miałam sposobności poznać twórczość autorki. Zawsze z nowymi istnieje ryzyko, że nie przypadnie do gustu styl albo coś innego. W końcu zdałam się na przeczucie, które w pewnym momencie mi mówiło, że chyba się nie zawiodę. I owszem, czytałam mnóstwo pochlebnych opinii, jednak wiele razy pod wpływem dobrych recenzji, sięgnęłam po zachwalany tytuł i później odkładałam  rozczarowana.

Dwór cierni i róż, przyciągał. Zawsze lubiłam baśnie, te najbardziej tajemnicze i niekiedy straszne budziły mój zachwyt. Im więcej było w nich magii, tym większe moje zainteresowanie. Dlatego, gdy sięgnęłam po książkę, oczekiwałam tej niepowtarzalnej magii, która ma w sobie siłę przyciągania i niewiadomej. Bo kto chociaż raz w życiu nie zadał sobie pytania — czy naprawdę istnieje albo istniała?

Świat wykreowany przez Maas jest bardzo urozmaicony, z początku oglądamy krainę ludzi, poznajemy otoczenie, w którym żyła Feyra, odczuwamy brzemię noszone, na jej młodych barkach. Próbując zrozumieć, dlaczego właśnie ona ratowała rodzinę przed głodem i skrajnym ubóstwem? Przecież miała starsze siostry, to chyba one powinny mieć obowiązek wspierania i zapewnienia bytu. Niestety żadna nie poczuwała się do choćby słowa wsparcia. Feyra była ze wszystkim sama. Czasem dzika i nieokrzesana, ale taka musiała się stać, by móc przetrwać i poradzić w sytuacji zagrożenia.

Gdy wraz z bestią i dziewczyną udajemy się za mur. Do krainy Prythian, naszym oczom ukazuje się zupełnie odmienny widok. Magia staje się wręcz namacalna. Jej nowy pan, wysoko urodzony Fae, okazuje się w być postawnym i chyba przystojnym mężczyzną. Chyba... ponieważ nie można zobaczyć jego twarzy. Jest ukryta.
Nowe otoczenie, które przeraża i fascynuje swoim pięknem oraz przepychem. Z początku dziewczyna czuje się niepewnie, nie rozumie, czego może od niej zażądać pan tego miejsca.
Autorka bardzo dokładnie, wręcz mogę napisać — plastycznie ukazuje opisywane detale, dzięki czemu automatycznie wczuwamy się w scenerie, mając wrażenie, że jesteśmy częścią niej.

Może i chwilami rozważania bohaterki był zbyt przeciągnięte, uważam, że wystarczyły nieco krótsze opisy, ale i tak nie rzuciły cienia w ogólnym odbiorze.
Każda kolejna strona odkrywa coś nowego, pomalutku wraz z Feyrą poznajemy okolice, szukając odpowiedzi na nurtujące pytania.
Bywały momenty, że ciekawość dziewczyny irytowała mnie, ale po chwili łapałam się na myśli, że pewnie będąc na jej miejscu, zrobiłabym podobnie.

Książkę mimo braku oznaczonego podziału można by określić na dwie części. Jedna to okres pobytu w Dworze Wiosny, oswajanie z nowym otoczeniem, pięknymi widokami i całą resztą. Tym niepowtarzalnym klimatem. I drugą, bardziej mroczną. Niebezpieczną i nawet brutalną. Gdzie wrażenia z początku nagle się zacierają. Cudowne widoki, zasłania krew i brud.

Pierwsze rozdziały czytałam niespiesznie, ale kiedy akcja zaczęła nabierać tempa. Gdy wydarzenia gnały w kierunku, który nie jawił się zbyt kolorowo, nie potrafiłam oderwać się od stron. Musiałam wiedzieć, jakie będzie zakończenie, musiałam dotrzeć do ostatnich stron, by móc rozpocząć drugi tom serii, która już muszę przyznać, bardzo wpasowała się w mój gust. I, mimo że książki to takie całkiem spore cegiełki, czyta się niespodziewanie szybko.

Podsumowując, szczerze i od serca polecam niezdecydowanym, jeżeli ktoś poszukuje ciekawej baśniowej historii, która przeniesie do zupełnie innego świata. Powinien sięgnąć po tę książkę. Naprawdę warto.
Za możliwość przeczytania książki, dziękuję Grupie Wydawniczej Foksal. 
Czytaj dalej...

Konkurs - Caraval :)(:

Jeszcze nie tak dawno, pisałam opinię do niesamowitej książki - Caraval. Chłopak, który smakował jak północ. Książka świetna i jeżeli ja chwalę, to - albo mam gorączkę i nie jestem świadoma tego co piszę, albo - przeczytana publikacja naprawdę jest godna polecenia. W przypadku Caravalu - opcja numer dwa. Mam nadzieje, że jest to wystarczająca zachęta ? :) Zainteresowanych książką odsyłam do mojej opinii, dowiecie się o czym jest książka i czego możecie oczekiwać KLIK.




Dłużej rozpisywała się nie będę, zaczynamy konkurs, waszym zadaniem będzie odpowiedzenie na pytanie. Wybiorę tę, która najbardziej przypadnie mi do gustu. Proszę w komentarzu wraz z odpowiedzią, dopisać adres maila, na który będę mogła Was poinformować o szczegółach dotyczących wygranej:) 




Pytanie  brzmi następująco: 



"Gdybyś miał/a zabrać jedną osobę na Caraval, której chcesz pomóc w spełnieniu życzenia,  kogo wybierzesz i dlaczego ?


Regulamin

  • Organizatorem konkursu jest blog Niekończące się marzenia - kobiety o literaturze, a sponsorem wydawnictwo OMG Books (Znak)
  • Nagrodą jest egzemplarz przedpremierowy książki "Caraval. Chłopak, który smakował jak północ" S. Garber
  • Konkurs trwa w dniach 15.01.2017 - 25.01.2017 (do 23:59)
  • Zwycięzca zostanie wskazany poprzez wybór najciekawszej odpowiedzi.
  • Wyniki konkursu pojawią się następnego dnia od jego zakończenia.
  • Jeśli osoba która wygra, nie zgłosi się po wygraną w przeciągu 4 dni, zostanie wykonane dodatkowe losowanie w ramach pozostałych osób. 
  • W konkursie mogą wziąć jedynie osoby zamieszkałe na terenie Polski.
  • Do udziału w konkursie może przystąpić każda osoba odwiedzająca bloga, nie jest konieczne posiadanie bloga. 
  • Ucieszy mnie jeśli udostępnicie informacje o konkursie i baner konkursowy, również każde polubienie fp bloga, będzie mile widziane :):) jednak nie jest to wymóg konieczny.
  • Aby wziąć udział w konkursie trzeba się zgłosić i napisać odpowiedź na zdanie konkursowe.

To co? Do dzieła kochani! Nagroda jest naprawdę ciekawa, czekam na Wasze odpowiedzi :) (:

*** Nie wiem o co chodzi z tymi sercami, SAME się zrobiły :D Także ten, udawajcie, że ich nie widzicie ;)))))

Czytaj dalej...

Echo

źródło

Rodzina Dosson, składająca się z ojca i jego dwóch córek, przybyła do Francji w celu skosztowania, nowego powiewu życia. Jest to ich drugi pobyt w europie, już wcześniej przebyli podróż z Ameryki na kontynent, jak widać miejsce to, ma siłę przyciągania, dlatego tym razem ich pobyt nie miał bliżej określonego terminu. Senior rodu, człowiek bardzo miły i spokojny, bardzo lubił, gdy jego córki zażywały dobrodziejstw pięknego miasta. Sam natomiast lubił przebywać w osamotnieniu, mając za towarzystwo, poznanego niegdyś amerykańskiego korespondenta — George’a Flacka. Mężczyzna zaoferował się rodzinie, do bycia przewodnikiem, po tym jakże urokliwym mieście.

Dla ojca była to nie lada przyjemność, nie dość, że zyskał towarzysza, a jego córki miłego kompana podczas zwiedzania. Pan Flack oczywiście miał swoje powody, wielkiej uprzejmości. Otóż zainteresowała go, młodsza panna Dosson — Francie, delikatna i bardzo urodziwa osóbka. Niestety, bardzo podporządkowana starszej siostrze. Delia bowiem może i została pozbawiona urody, jednak jej usposobienie nadrabiała wszelkie braki w aparycji. Lubiła decydować o wielu sprawach, zwłaszcza gdy były związane z mężczyznami. Ona sama postanowiła nie wychodzić za mąż, lecz co do młodszej siostry miała inne plany. W których zabrakło miejsca dla zakochanego rodaka z kraju. Pozycja miała ogromne znaczenie, a jaki podrzędny pismak nie mógł iść w konkury, do kobiety majętnej i na pozycji — wedle rozumowania Delii. Oczywiście.

Zrządzenie losu sprawa, że piękną Francie, całkiem przypadkowo poznaje Gaston Probert. Młodzieniec z Amerykańskimi korzeniami, silnie związany rodzinnie, jak i z samą Francją, Postanawia uzgodnić wszystkie sprawy związane z zaręczynami — niemalże błagając rodzinę o przychylność względem wybranki. I wreszcie, pójść z zapytanie do głównej zainteresowanej.

Dwóch mężczyzn, jedna piękność. Brak przychylności rodziny oblubieńca no i... zazdrosny, niedoceniony konkurent. A wszystko na tle konwenansów, manii wyższości oraz niepowtarzalnego paryskiego klimatu. Jakie historia znajdzie zakończenie?

Trudno jednoznacznie ocenić, publikację autorstwa Henry'ego Jamesa, ponieważ została napisana w dosyć humorystyczny, a nawet bardziej ironiczny sposób. Narrator niespiesznie snuje swoją opowieść, dotyczącą rodziny Dosson, która aktualnie przebywa w Paryżu. Wtrącając co jakiś czas własne sugestie, czasem naigrywając się z opisywanej sytuacji, albo zachowań postaci. Co nadaje książce zupełnie innego charakteru.

Może sama historia nie podbija serca, nie sprawia, że czyta się z wypiekami na twarzy, śledząc bieg wydarzeń. Mając w głowie pytanie — co dalej? Jednakże nie można odebrać pewnego uroku i świetnych spostrzeżeń względem charakterystycznej pretensjonalnej postawy, tak bardzo znanej w ówczesnej epoce. Która często była na wyrost, a nawet lekko przesadzona.

Często podczas czytania, nie mogłam się nadziwić zachowaniom postaci. Zwłaszcza Francie, mimozowata, nieumiejąca samodzielnie podejmować decyzje, ona chyba nie potrafiła sama myśleć. Orbitowała gdzieś w przestworzach, a od spraw przyziemnych była Delia. Coś niesamowitego, jakby była tylko dla swojej urody. I nic więcej.

Delia, zasadnicza i twardo stąpająca po ziemi, mózg całej rodziny, w większości ona podejmowała decyzje, informując ojca i siostrę o tym, co nastąpi.

Zostali jeszcze amanci, przebiegły Pan Flack oraz stłamszony przez siostry - Gaston. Szaleńczo zakochany, ale równocześnie przerażony brakiem aprobaty rodziny, jakby to oni, mieli poślubić młodziutką amerykankę i z nią spędzić resztę swoich dni.

Książka nie jest obszerna, ale czytałam dosyć wolno, niby nie mam zarzutów do autora, bo styl jest taki, jak lubię, ale... Historyjka zbyt słaba, bardziej mdła i mało porywająca. Szkoda, ponieważ oczekiwałam czegoś bardziej interesującego. Czy polecam? Myślę, że pasjonatów klasyki nie trzeba namawiać, ktoś początkujący może się zbyt mocno rozczarować.
 
Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa
Czytaj dalej...

Wszystkie kolory nieba

źródło

Polubiłam twórczość Krystyny Mirek, piszącej o życiu w sposób lekki, ale i bardzo dobitny. Przedstawia niektóre sprawy w wyraźnym świetle niby zwykłej codzienności, a jednak niekiedy bardzo ukrytej za fasadą wykreowanych masek. Czasami z biegiem lat zapominamy własne doświadczenia, często wypierając to, kim kiedyś się było.

Czytając Większy kawałek nieba, zachwycałam się ukazaną historią, może i była chwilami lekko bajkowa, ale i poruszająca ważne, i czasami delikatne dla niektórych tematy. Końcówka pozostawiła wiele pytań, jak więc potoczyły się dalsze losy Igi, Wiktora i wielu innych? Czy kontynuacja również trafiła do mojego czarnego serduszka?

Iga, mając w pamięci rozmowę z byłą narzeczoną Wiktora, postanawia zrobić coś ze swoim życiem. Musi być niezależną kobietą, a nie tylko narzeczoną bogatego facet, a później w przyszłości być może, żoną. Pomysł ten, nie bardzo przypada do gustu samemu głównemu zainteresowanemu, ale również koleżanką z restauracji i pani Wandzie. Tej samej, która wcześniej była bardzo serdeczna dla nowej kelnerki. Wszyscy mają jakieś zastrzeżenia do kobiety, a ona sama, po prostu chce cieszyć się niespodziewanym szczęściem. I zrobić coś dla siebie.

Plany.... te ma również przyszła teściowa. Aleksandra, która już powzięła kroki w sprawie potencjalnej sukni ślubnej oraz remontu domu. Tak, matka Wiktora bardzo lubiła żyć sprawami swojego dorosłego syna. Nie zważa na zdanie najbliższych, ewentualne sprzeciwy. Wszystko musiało być wedle jej uznania. Nawet to, w czym pokaże się na przyjęciu Iga...

Przyglądamy się jeszcze innej rodzinie. Pani Marysi i jej synowej, która po śmierci męża została z trójką dzieci. Tylko dzięki nieocenionej pomocy teściów, Amelia mogła rozpocząć studia, będące przepustką do lepszego życia. Niestety żadna z nich, nie spodziewała się jak, trudne wyzwanie postawiły przed sobą.

Dnie podzielone między salami wykładowymi, lekcjami z dziećmi, pilnowaniem wyprawki na kolejny dzień i wreszcie, jej własna nauka.

Sprzedaż mieszkania, która miała być niby prosta, teraz nieoczekiwanie zdaje się nie kończyć, w dodatku na horyzoncie pojawia się mężczyzna. Jaka jest szansa, by zechciał Amelię i jej ukochane dzieci? Kto podejmie się tego zadania i czy w ogóle jest to możliwe?

Byłam niezmiernie ciekawa, jak potoczą się dalsze losy bohaterów, poznanych w poprzedniej części. Owszem, kibicowałam Idze i Wiktorowi, ale było jeszcze kilka innych postaci, których polubiłam. Ciekawiło mnie czy los okaże się łaskawszy. Pani Marysia i jej biedna synowa wraz z dziećmi. W starszej pani było coś, co sprawiało, że z miejsca odczuwało się sympatię. Polubiłam również Amelię, w tej części to właśnie jej losy o wiele bardziej mnie zaciekawił niż Igi. Tę drugą zapamiętałam jako bardziej konkretną, tutaj miotała się jak ćma w pajęczynie. Sytuacje z ojcem, i jej  bezmyślne postępowanie. Nie jest mi obcy temat, dlatego jej decyzje drażniły mnie i doprowadzały do szału. Z jednej strony chciała pokazać, jaka to, pewna siebie i wie, czego chce, ale kiedy tatuś zaczynał swoje manipulacje (o których dobrze wiedziała) ustępowała i robiła z siebie sierotę. Mój Boże, denerwują mnie takie zachowania. Z alkoholikiem trzeba konkretnie, a nie pozwalać na wszystko.

W dodatku Aleksandra i jej przedstawienia, no można byłoby zrobić cudowną telenowelę z nią w roli głównej. Aż mnie przeraża myśl, że takie kobiety naprawdę chodzą po świecie i zatruwają życie, nie tylko swoim potencjalnym synowym, ale i synom. Koszmar.

Dlatego o wiele bardziej wczułam się, we fragmenty związane z Amelią i jej rodziną. Bardzo im kibicowałam, przeżywałam każde wydarzenie, z jakim musiały się zmierzyć. Spodobała mi się przemiana Oliwiera, który z początku był zamknięty w sobie i opryskliwy, później zaczął otwierać i nabierać zaufania do ludzi mu przychylnych.

Podsumowując, książkę może nie czytało się aż tak świetnie, jak poprzednią, mimo wszystko spędziłam w jej towarzystwie miłe chwile. Każdy, kto chce dowiedzieć się, jak potoczą dalsze losy bohaterów, powinien przeczytać.
Czytaj dalej...

Siła Niższa



Czekałam, wypatrywałam i odliczałam. Najpierw do premiery książki, a później do chwili, gdy w końcu trafi w moje ręce. Nie mogłam się doczekać. Bujaczek czekała ze mną, dokładniej na mnie, Bo to miało być wspólne czytanie. Razem pokochałyśmy Krakersika, razem za nim tęskniłyśmy. Dlatego i wspólnie miałyśmy powrócić do ulubionych bohaterów. Do tego, co podbiło nasze serduszka-moje czarne i Bujaczka — normalne. Tak. To były dni pełne napięcia i później euforii. Bo oto nastała chwila czytania. Jakaż ona była? Wypowiem się we własnym imieniu, Bujaczek dołączy nieco później..

Po stracie Lichotki, Romańczuk wraz ze swoimi Dożywotnikami trafiają do domu zastępczego. Którym opiekuje się Tur Brząszczyk. Postawny chłop, niebędący w szoku na widok dosyć osobliwych, nowych lokatorów. W prawdzie o ile Licho nie jawiło się zbyt wstrząsająco, to już utopce owszem. Zabrakło niestety Krakersa. Ratując się z pożaru, uciekł i tylko słaby ślad na szybie świadczyło jego przetrwaniu. Niestety nikt, nic więcej nie wiedział co, się działo, z uroczym członkiem nietypowej rodziny.

Gdy wszyscy w miarę zaanektowali się w nowym domu, myśląc, że już nic strasznego ich nie spotka, poza prozą życia rzecz jasna, Romańczuk podczas jednej z wypraw do tesco, odkrywa rzecz niespotykaną. Wręcz wstrząsająca. Otóż nie on jedyny posiada Anioła stróża. Wprawdzie ten, które spotkał w markecie, nieco różnił się od uroczego Licha, ale bez wątpienia, był to podobny egzemplarz.

Gdyby tego dnia, ktoś powiedział Konradowi, że to odkrycie, ni mniej, ni więcej jest podstępnym działaniem siły niższej, nie uwierzyłby. Fakt znalezienia innego dożywotnika wywołał w pisarzu dziwne uczucia, które musiały znaleźć ujście. Trzeba było działać...

Nowy dom, nowe okoliczności i nudząca się siła, niższa w dodatku. Co może się jeszcze przytrafić biednego Romańczukowi, mającemu na utrzymaniu Licho, utopce, ukrytego demona i Rudolfa Valentino z potomstwem?

Nie wiem, od czego mam zacząć, nie wiem co napisać. Nie potrafiłam doczekać się tej książki, tak bardzo byłam szczęśliwa, kiedy Bujaczek mi przysłała. Z ogromną radością zasiadałam do czytania. Mając w pamięci jak Dożywocie mną owładnęło. Ile zabawnych chwil kojarzyło się z poprzednią częścią.

Tęskniłam za ukochanym krakersikiem, chciałam by znowu się pojawił. Moja najukochańsza postać, większość zachwyca się Lichem, ale my z Bujaczkiem uwielbiłyśmy właśnie jego — Krakersa. I kiedy już zaczęłyśmy czytanie, po kilku rozdziałach, zrozumiałam, że... to nie jest to!

Z ogromną przykrością muszę napisać, że Siła Niższa — według mojego odczucia. Okazała się o wiele gorsza od Dożywocia. Nudna i na siłę napisana. Odnosiłam wrażenie, że każde zdarzenie zostało upchane, by po prostu było, jak najwięcej. Bo może kogoś rozśmieszy. I chyba większość ludzi złapała się, ale nie ja. Licho było jakieś takie, nie Lichowe. Tur mógł być, ale... co to miało wszystko być??

Każdy żart, humor, którym wcześniej tak bardzo się zachwycałam, teraz był wymuszony. Jakby wyduszone resztki z fenomenu Dożywocia. Bo jest to, nie do przebicia. Siłę Niższą mordowałam chyba dwa miesiące. Co zabrałam się za czytanie, po kilku stronach albo zasypiałam znudzona, albo sięgałam po inną książkę. Nudziłam się niemiłosiernie.

Nie tego oczekiwałam. Pomijając fakt, mojego ubolewania z powodu braku Krakersa, to inne postaci był mało wyraziste i takie, płaskie. Fragmentów wywołujących słaby uśmiech mogłabym zliczyć na palcach jednej ręki.

Mogę zostać potępiona za swoją opinię, ale trudno. Nie potrafię kłamać. Dawno nie czytałam książki z takim oporem. Skończyłam dla świętego spokoju. Nie chciałam zostawić niedoczytanej. Jednak nie powiem by, było ciekawie. Mogłabym narzekać w nieskończoność, ale nie widzę sensu. Mnie nie podbiła, wręcz przeciwnie, jest mi przykro. Bardzo polubiłam styl autorki. No cóż, trzeba żyć dalej.

Widziałam zachwyty nad Siłą Niższą, dlatego pewnie będę jako jedyna marudząca. W tym przypadku jest mi źle, bardzo czekałam na kontynuację. Może kolejna książka autorki będzie tak samo dobra, jak dwie poprzednie. Oby tak się stało.
Czytaj dalej...

Zostaw mnie


Gayle Forman, rozpoznawana jest z książek kierowanych w stronę młodzieży, które mniej lub bardziej ciekawią. Moje doświadczenia z autorką są pozytywne, byłam niezmiernie ciekawa najnowszej pozycji, która zapowiadała się nieco inaczej, niż  poprzedniczki. 

Tutaj mamy zupełnie inne problemy, już nie spotkamy z nastolatkami i ich rozterkami, mniejszymi i większymi dramatami, jak więc wygląda inna strona twórczości Forman i czy odejście od wątków młodzieżowych był dobrym pomysłem? 

Poznajemy Maribeth, kobietę żyjącą na pełnych obrotach. Praca w gazecie, mąż i bliźniaki. Można powiedzieć, że doszła do wszystkiego, o czym wielu marzy. I możliwe, że i ona sama tak by myślała, gdyby nie pewna sprawa. Otóż wszystkie obowiązki spadły na jej głowę. Wychowywanie bliźniaków, zajmowanie domem i praca. Niby łatwo można sobie poradzić. Dobra organizacja i problemy same się rozwiążą.  
Niestety będąc na pełnych obrotach, dając z siebie nie sto a dwieście procent, kobieta wykańcza własne serce. Które pewnego dnia, zaplanowanego od A do Z, robi przerwę, na początku dając znaki, delikatnie a z czasem coraz silniejsze. W końcu Maribeth dostaje zawału. Konieczna jest operacja. I gdyby ktoś powiedział, że od tego miejsca będzie dobrze, byłby w błędzie.
 Wracając do domu, liczyła na pomoc męża, na czas który jest tak potrzebny do odzyskania sił.  Potrzebowała tego i fizycznie, i psychicznie. Jason był dobrym mężem, ale często większość obowiązków spadała na jej ramiona. Mieli dzielić się wszystkim po połowie, takie były plany... 

W końcu nadszedł dzień, kiedy w Maribeth przelała się czara goryczy. Spakowała walizkę, zabrała najpotrzebniejsze rzeczy, napisała list do męża i... wyjechała. Kupiła nowy telefon, nową kartę. O kierunku wyprawy zadecydowała dopiero na stacji. 
Musiała zdobyć się na ten drastyczny krok. Musiała złapać oddech i nabrać dystansu. Przemyśleć wiele spraw i spojrzeć na swoje dotychczasowe życie z innej perspektywy. 


Gdy sięgałam po najnowszą pozycję Forman, nie bardzo wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Gdzieś tam czytałam opinie, ale tylko pobieżnie, by nie sugerować się cudzymi wrażeniami. Fabuła nie należy do dynamicznych, autorka w dosyć spokojnie snuje swoją opowieść. O Maribeth, jej rodzinie, chwilami można pomyśle, że i o nas samych. 

Poznajemy matkę jak każdą inną, zapracowaną, żyjącą wspomnieniami o wymarzonej przyszłości. Tylko że ta nieco odbiega od realiów. To, co miało być piękne, zaczęło przysparzać coraz więcej trosk i zmęczenia. 
Mnie ogólnie trudno jest wczuć się, w postacie matek i żon. Mogę sobie tylko próbować wyobrazić, jak czasami, a może i często, trudno jest pogodzić codzienne obowiązki. Jak ukochane dzieci potrafią dać w kość. Wiadomo, rodzice kochają swoje potomstwo, ale bezgraniczna miłość nie odbiera zmęczenia. W końcu są tylko ludźmi, mają prawo do spadku energii, do choroby. 

Rozumiałam decyzję bohaterki, nie umiałam oskarżyć ją o złą decyzję, nie zostawiła dzieci na pastwę losu. Były z ojcem, świat się nie zawalił. Każdy potrzebuje oddechu, a jej właśnie oddechu w pewnym momencie zaczęło brakować. 

Mam kilka zastrzeżeń względem fabuły, ponieważ pojawiały się momenty, gdy akcja zwalniała tempo, wręcz nużyła. Nie działo się nic istotnego, wnoszącego do życia postaci, ani dla odbioru czytelnika. Te rozwleczone fragmenty sprawiały, że musiałam odłożyć książkę i zająć inną lekturą. Co nie oznacza, że książka jest zła. Absolutnie. Forman ukazuje życie z innej strony, książka nie jest skierowana tylko do matek, czy mężatek. Każdy może wynieść z niej ciekawe spostrzeżenia. Przeanalizować, może zatrzymać się i zastanowić nad własnym życiem. 

Uważam, że ta strona autorki przypadła mi do gustu, gdyby nie te kilka momentów, nie miałabym żadnych zastrzeżeń. Jednak w ogólnym rozrachunku, całość oceniam dobrze. I szczerze polecam. Mądrze i przede wszystkim dokładnie napisana książka.

 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.

Czytaj dalej...

Co mnie zmieniło na zawsze

źródło


Ostatnio zwróciłam uwagę, na tematykę wydawanych książek. Coraz więcej z nich porusza problem gwałtu. Który mimo większej karalności oprawców, mimo rzekomego zaprzestania piętnowania ofiar, dalej ma ubytki. Nie ważne czy chodzi o nastolatkę, czy dojrzałą kobietę. Obojętnie jaki wiek, zbrodnia pozostaje zbrodnią. I niby prawo z tym walczy, przynajmniej próbuje, to chyba bardziej przerażające jest, jak reaguje rodzina ofiary, przyjaciele. Jakie jest wsparcie z ich strony? Ogólne stanowisko.

O gwałcie jest głośno. Wywołuje wiele emocji. W ludziach postronnych. Szkoda, że milczą One, ofiary. Które w jednym momencie utraciły zbyt wiele...

Książka Amber Smith jest drugą w odstępie niewielu dni, która dotykała tego jakże okrutnego tematu. Byłam niezmiernie ciekawa, jak autorka poprowadzi fabułę. Zaczęłam czytać w środku nocy, skończyłam nad ranem. I już na wstępie muszę przyznać, że jest napisana o wiele lepiej niż poprzedniczka. Nie porównuje historii, a raczej warsztat. Tego, w jaki sposób obie panie stworzyły całość.

Autorka nie bawi się z czytelnikiem w stopniowanie napięcia, wiemy, o czym będzie książka. Rozpoczynamy, gdy dochodzi do gwałtu na zaledwie czternastoletniej Eden, która nie dokładnie rozumie co się dzieje, bliski kolega jej brata, praktycznie członek rodziny. Nigdy nie spodziewałaby się, że kiedykolwiek dojdzie do takiej sytuacji. Może podczas wieczornej gry zachowała się w sposób zachęcający? Może zrobiła coś nieświadomie. I dlatego Kevin przyszedł do niej w nocy...

Wiedziała, że powinna o tym komuś powiedzieć. Doszło do zbrodni, została zgwałcona, ale nie potrafiła przyznać się przed matką — która uwielbiała chłopaka. Nie potrafiła powiedzieć bratu, że jego najlepszy przyjaciel wyrządził jej okrutną krzywdę. Nie potrafiła. Zakopała gdzieś głęboko w sobie najokropniejszą chwilę. Próbując zmyć brud, pozbyć się wszelkich dowodów zdarzenia minionej nocy...

Weekend jak każdy inny. Taki miał być. Nagle wszystko, co  było później, przestało mieć znaczenie. Już nigdy nie będzie jak wcześniej. Ona nie będzie taka jak była. Zmieniła się. Każdy kolejny dzień milczenia doprowadzał do destrukcji.

Eden już nie jest tą samą nastolatką, którą była. Zbierany żal przeobraża się w nienawiść. Tak ogromną, że zaczyna przejmować władzę nad dziewczyną. Nie potrafiącą kontrolować własnych czynów. Chciała być normalna, ale nie umiała.

Dzień za dniem, rok za rokiem. Jesteśmy świadkami samozniszczenia nastolatki. Niewinnej dziewczynki, której życie zatrzymało się pamiętnej nocy.


 Cisza najgłośniej krzyczy...


Za każdym razem, kiedy sięgam po książki bądź film dotyczący gwałtu, nie potrafię zrozumieć. Jaką przyjemność sprawia tym wszystkim bandytą zadawanie bólu bezbronnej kobiecie/nastolatce. Jaka jest przyjemność z gwałtu? Kiedy czuje się sprzeciw i strach. To nie są ludzie, tylko potwory.

Amber Smith nie bawi się w ckliwe historyjki, nie ukazuje nam ofiary przemocy, która po przebytej traumie, schowana w swojej skorupce trafia na księcia, który uratuje ją przed demonami przeszłości. Nie ukazuje również wspaniałej rodziny, niosącej wsparcie i pomoc, bez względu na okoliczności. Nie mamy tutaj cudownych przyjaciół, w lot widzących problem, z jakim zmaga się nastolatka. Nie. Eden jest sama. I jesteśmy my, obserwatorzy, którzy mogą sobie tylko próbować wyobrazić, co czuje, jaki koszmar rozgrywa się w jej głowie. Co doprowadza ją do decyzji niemających odwrotu. Do zmian, które nie należą do tych dobrych.

Każda kolejna strona wywołuje przerażenie, zostaje strach przed tym, do czego jeszcze posunie się rozgoryczona dziewczyna. On cały czas jest gdzieś obok, wciąż uwielbiany przez rodziców. Najlepszy kumpel brata. Ona milczy, zablokowana. Mając świadomość, że już nic nie może zrobić. Jedyne to zapomnieć. Zapomnieć o tym, co się wydarzyło... A droga do zapomnienia zaczyna być równią pochyłą.

Boże, ileż emocji kosztowała mnie ta książka, nie myślałam, że będę przeżywała całą sobą. Podczas czytania czułam fizyczny ból. Widziałam pogrążającą się dziewczynę, jak nieudolnie błądziła we własnym dramacie. Jak zapadała się w dół. Co najgorsze, nikt w jej zachowaniu nie widział czegoś podejrzanego. Nikt nie widział niemego krzyku o pomoc.

Brawo rodzice. Miałam ochotę podjeść do obojga i Strzelić im w ...

Współczułam Eden, współczułam Joshowi, miałam nadzieje, że on będzie tym, któremu zaufa. Któremu powie, co się stało. Miałam nadzieje, że w końcu wykrzyczy bratu prawdę o cudownym przyjacielu — oprawcy.
 
Tyle krzyku jest w książce, tyle rozpaczy i wołania o pomoc. Dlaczego nikt nie zwrócił uwagi, że Eden nagle zrobiła się zamknięta w sobie i agresywna. Ona była nabuzowana negatywnymi emocjami. Znajdowała dla nich ujście w najgorszy z możliwych sposobów.
Wstrząsnęła mną ta książka, chciałam płakać i krzyczeć. Złapać tego Kevina i nie powiem co mu zrobić. Podła kanalia, Boże dla tych wszystkich zbrodniarzy powinny być surowe kary. A oni w większości chodzą bezkarnie.

Najgorsze jest, że nikt, kto tego nie przeżył, nie jest w stanie wyobrazić sobie jakby się zachował. Nie mam pojęcia czy milczałabym, czy od razu powiedziała. Tym bardziej tak młoda dziewczynka,
 
Tąpnęła mną ta historia, nie liczcie na delikatną i mdławą opowiastkę, emocje zaczynają się na samym początku i nie kończą w chwili przeczytania ostatniego zdania.
Czytaj dalej...

Najlepsze i najgorsze książki 2016 roku

Dzisiaj przychodzę z króciutkim zestawieniem książek, które zapamiętałam na dłużej. Miniony rok był, jaki był. Jednak z książkami się nie rozstawałam, nawet gdy ich nie czytałam. Musiały być przy mnie. Zawsze. Bez względu na okoliczności.
Co mnie zachwyciło? Które tytuły rozczarowały i z wielkim bólem kończyłam, albo.... nie dokończyłam;)


 Odkrycia i perełki



  
1. Północ i Południe. Elisabeth Gaskell.

Gdyby nie Kasiek, po dziś dzień, żyłabym w niewiedzy o istnieniu tej pięknej książki. Najpierw zmusiła mnie do obejrzenia mini serialu, później zamawiałam książkę.  Zakochałam się w jednym i drugim. Moja miłość do Johna Thorntona nie ustaje. Zagadka mej samotności rozwiązana. Urodziłam się za późno...
Książka i film cudowne. Polecam!  Bujaczku, jeszcze nie przeczytałaś, nie rozumiem dlaczego. Nie bój się klasyki. W tej się zakochasz i będziesz chciała więcej. Uwierz siostrze;)
Ogólnie muszę napisać, że przez ten serial, kilka dni chodziłam oderwana od rzeczywistości. Rysiek cudownie wcielił się w rolę Jaśka, achy i ochy.... ojejuniuuuuu ;);):) Jak on patrzył, jak on grał całym sobą. O mój Boże! 





2. Ember in The Ashes. Imperium Ognia. Sabaa Tahir.

Kolejny rozstałam zmuszona, ale to dosłownie zmuszona do przeczytania. Tym razem Sylwia, nie odpuszczała i profilaktycznie, każdego dnia gnębiła.  W końcu już musiałam. 
Cóż to były za emocje. Imperium wciągnęło mnie niczym wirówka, zmotłosiło i wypluło. Autorka nie ma litości, odbiera nadzieję z każdą kolejną stroną. Na końcu nie bardzo wiedziałam co jak i dlaczego... Genialna! Ktoś wie, kiedy w końcu, będzie premiera kontynuacji? Minął rok... Wydawco, helloł!!! 






2. Alive.Żywi.  Scott Sigler.

W tej książce, od początku do końca była jazda bez trzymanki. Jak sobie przypomnę co tam się działo. Przerażająca i wciągająca. Bałam się, ale czytałam dalej. Pan autor dał popis, jedna z najlepszych książek 2016 roku. I kolejne moje pytanie. Gdzie jest kontynuacja? Rok czekania będzie za mało, może lepiej od razu dwa. Okładka paskudna, ale reszta świetna!




Nieporozumienia roku..




1. Życie i śmierć. Stephanie Meyer. 

Najlepszy gniot roku.  Meyer przeszła samą siebie. Zmierzcha lubiłam. Nie mam problemu się przyznać. Edek i jego miłość do upośledzonej Belli jest cudowna.  
Kurde, ale Edythe i Beau??? Serio? Gorzej niż straszne. Horror w najczystszej postaci.  Na Zmierzch ludzie narzekali, jednak to jest nic, w porównaniu do zielonego jabłuszka. Nie miałam siły się śmiać i płakać. Jedyna dobra strona, to ta, że książka składa się z dwóch wersji. Oryginał i szmira. Dlatego gdy rozłożył mnie na łopatki Beau zagryzający wargi, obróciłam książkę i czytałam normalnego Zmierzcha. 





2. Załącznik. Rainbow Rowell. 

Ktoś potrzebuje książki usypiającej? Załącznik spisze się bardzo dobrze! Chciałam dać szansę autorce, łudziłam się, że tylko Fangirl było wypadkiem przy pracy. Niestety. Załącznik trzymał poziom beznadziejności. Czytałam i czytałam, i czytałam i.... Bleeee. Ziewałam, odpływałam w niebyt. Wynudziłam za wszystkie czasy.  By na końcu z radością przeczytać ostatnie zdanie i mieć za sobą. Nie dość, że szpetna okładka (grafik płakał jak projektował) wnętrze jeszcze gorsze. 
3. Czy wspominałem, że Cię potrzebuję? Estelle Maskame. 

Oooo! To, to jest najlepszy absurd roku. Głupszej historyjki już nie dało się wymyślić. Maskame przebiła Kołtuna. Bo dzięki kołtunowi nauczyliśmy się, że w każdej, ale to w każdej chwili naszego życia, należy mieć GUMKI! Tak, pamiętacie prawda? Bez gumek z domu NIE wychodzimy. 
Natomiast ten wytwór, poza tym, że okrutnie drażnił i dobijał głupotą wszelaką, nie wnosi niczego do naszego życia :( Żadnych żeli albo nie wiem, może chociaż inne gadżety? Przykro mi, jak mam już czytać szmirę, niechaj mnie czegoś nauczy. Zgłaszam zażalenie....
Biedna Irenka, nie chciała a trzecią część dostała ... :D hi hi hi ;)  Kochana, czytaj! może tam pojawią się jakieś godne uwagi nauki! 


Zostało kilka niedoczytanych tytułów. Mam w planach dokończyć. Chociaż Promyczek... Bujaczku... wiesz, że moje pozbawione uczuć serduszko nie zniesie. Lepiej żebym nie robiła tego, później zranię Cię swoimi opiniami. 

Został jeszcze Osobliwy dom Pani Peregrine, historia ciekawa, dobrze się zaczęło i nagle utknęłam. Mam nadzieje powrócić i czytać z dalszym zainteresowaniem. 

Nowy rok rozpoczęłam bez wyzwań, nie chcę brać udziału w żadnej zabawie. Tylko czytam. Oby znalazły się same pasjonujące lektury:) 

Czytaj dalej...

Fobos



Kosmos fascynuje i przyciąga każdego. Od wieków badacze próbują sprawdzić możliwość życia poza naszą planetą. Jaka jest szansa dla człowieka na podbój odległych planet. Setki pytań, prób kończących się fiaskiem. Nic nie jest w stanie zniechęcić do szukania alternatywy. Może w końcu uda się stworzyć obozy, w których człowiek mógłby rozpocząć kolonizacje, nowy byt na zupełnie nowej planecie. Na przykład na Marsie. Rozwinięta technologia, tak wiele ludzkość wynalazła... Co więc stoi na przeszkodzie w zdobyciu kosmosu?

Było bardzo głośno na temat Fobos — zachwyty niekiedy sięgały zenitu, to znowu u niektórych nie wzbudzała większych emocji. Mnie zainteresowała ze względu na tematykę kosmosu. Mam słabość do książek, których akcja toczy się poza ziemią. Dlatego zapragnęłam przeczytać. Dzięki kochanemu Bujaczkowi mam własny egzemplarz, a moje wrażenia po zakończonej przygodzie są następujące...

Program Genesis, pierwsze reality show odbywające się w kosmosie. Dwunastu śmiałków, sześcioro dziewcząt i sześciu chłopców. Mają odbyć podróż na Marsa, gdzie jako pierwsi osadnicy zapoczątkują życie na czerwonej planecie. Jest to wyprawa w jedną stronę. Nie ma powrotu. Na miejscu czekają zbudowane mieszkania. Wszystko jest dokładnie przygotowane na przeżycie w tym nieznanym i jak dotąd obcym miejscu dla człowieka.

Podczas lotu, który zajmie kilka miesięcy, ochotnicy będą odbywać serię spotkań o ustalonym czasie, które pomogą w zapoznaniu się i później, gdy wylądują, podejmą decyzję, które osoby złączą się w pary na całe życie. Każdy uczestnik odbył specjalne roczne szkolenie.

Misja wydaje się dopracowana pod każdym możliwym względem. Główna z organizatorek, Serena była przy podopiecznych przez cały czas. Wspierała i radziła jak zachowywać w przeróżnych sytuacjach. Śmiałkowie są przygotowani na wszystko. Każde z nich ma wiedzę na inne dziedziny, bardzo przydatne daleko od ziemi, gdzie będą zdani sami na siebie.

Léonor jest jedną z ochotniczek. Nie czuje żalu z powodu opuszczenia ziemi, nic jej nie trzyma na planecie, która już od urodzenia była brutalna. Jej wspomnienia są zbyt przykre, by chcieć kontynuować byt jako wyrobnica. Gdy zostaje ogłoszony nabór do lotu na Marsa, bez wahania wysyła formularz.
Stojąc na platformie, gdy czasu do wejścia na pokład i start jest z każdą chwilą coraz mniej, dziewczyna czuje niepokój. Coś w środku mówi jej by zrezygnowała. Czyżby misja miała skończyć się niepowodzeniem? Skąd nagły strach? Tyle przygotowań, nie ma do kogo wrócić. Tam jest dla niej nadzieja na nowe i lepsze życie....


"Snuj marzenia tak, jakbyś miał żyć wiecznie; żyj tak, jakbyś miał umrzeć dziś"*

Fobos dosyć długo czekało, aż się ulituje i przeczytam. Często książki długo wyczekiwane muszą swoje odleżeć na półce. Tak było i tym razem. Ciekawiła mnie fabuła, a przynajmniej takie miałam pierwsze odczucia po zapoznaniu z opisem. Był dosyć intrygujący, podróż na Marsa, pierwsza kolonizacja, tylko dwanaście ochotników. W dodatku ta świadomość, że nie ma powrotu, że gdyby coś było nie tak...

Akcja toczy się dwoma wątkami. Jeden ukazuje nam ziemię i organizatorów wyprawy, członków rodziny ludzi, którzy przyczynili się do całego projektu. Drugim jest ten w kosmosie. Z naszymi wybranymi śmiałkami.

I gdyby trzeba było wybrać ten ciekawszy, chyba bym nie umiała. Z jednej strony, to co działo się na ziemi, z każdym kolejnym rozdziałem wprawiało w szok i przerażenie. Następnie kosmos, dziewczyny i młodzieńcy. Główna bohaterka Leo, mamy wgląd na kapsułę, w której odbywają się spotkania. Jesteśmy widzami i uczestnikami. Przeżywamy emocje tych, którzy znajdują się daleko w podróży na czerwoną planetę oraz pozostałych na ziemi. Odkrywamy tajemnice.

Jednak książka Viktora Dixen, nie jest idealna. Mam kilka zastrzeżeń do formy. Gdyby była bardziej dopracowana, lżej by się czytało. Chwilami jesteśmy zarzucani mniej istotnymi informacjami zamiast konkretów. Rozmowy uczestników zbyt krótkie. Niewiele możemy się dowiedzieć. Rozumiem budowanie napięcia, ale jednak.

No i jeszcze jedno, tu już mam zastrzeżenia do wydawcy. Na Boga! Kto decydował o tej czcionce? Toż mimo okularów miałam problemy z czytaniem, męczyłam się i musiałam odkładać, żeby odpocząć. W normalnych warunkach Fobos zostałaby pochłonięta w jeden wieczór a tak.., poświęciłam dwa. Nie lubię takich rzeczy, w interesie wydawcy jest przystępna czcionka. Tutaj normalnie oczy wypływają na wierzch. Brrr. Mam nadzieje, że kolejne tomy będą miały lżejszą.

Cóż mogę powiedzieć o całości. Fabuła jest intrygująca i wciągająca. Ciekawe postaci, każda jest jakaś, wyrazista i wywołująca jakieś emocje. Wydarzenia w kosmosie i na ziemi pochłaniają. Każda kolejna strona stawia nowe pytania, odsłania prawdę, która była skrywana i gdy dochodzi do zakończenia, okazuje się, że to dopiero początek. Nie mogłam pojąć, że już muszę odłożyć książkę, nie mając u boku kontynuacji. Ach jakże nie lubię serii! Ten czas oczekiwania dobija. Polecam każdemu miłośnikowi kosmosu i nie tylko. Ciekawa, mimo że nie idealna.
*cytat pochodzi z książki.

Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka