Król Kier



Od dawna powtarzam sobie, że nie będę zaczynała kolejnych serii. I do póki nie pojawiają się zapowiedzi nowości, moje postanowienie jest twarde. Niestety, do czasu. Bo gdy tylko rzucę okiem na nowinki wydawnicze, wiem co będzie dalej. 
Przegrywam z postanowieniem, znowu dałam się wciągnąć rozpoczęcie przygody z nowymi bohaterami. Czy jednak spotkanie z nimi, było na tyle fascynujące bym chciała kontynuować wspólną podróż ku nieznanemu?



Alicja uczy się w ostatniej klasie liceum. Ostatnio jej głowę zaprzątają przygotowania do studniówki. Uważa, że będzie to najważniejszy wieczór w jej życiu. Jeszcze tylko troszkę czasu.

I wydaje się, że nic nie powinno zakłócić zimowych dni, kręcących się wokół szkoły i domu. Związek dziewczyny też był idealny, znaczy się w jej mniemaniu. Maks, zawsze był, kiedy go potrzebowała, wspólnie spędzali wolny czas no i mieli iść razem na studniówkę.

Studniówka miała być najpiękniejszym wieczorem, a stała się przełomowym. I chyba od tamtej pory, świat Alicji jakby przybrał innego obrotu.

Po namowie przyjaciółki poszła na pokaz cyrkowych eksponatów. Wyjście pociągnęło za sobą wydarzenia, które odmieniły jej przyszłość.

W miejscu kojarzonym ze sztuczkami poznaje Hadriana, członka cyrkowców. Oczywiście chłopak jest nieziemsko przystojny i w ogóle. Jednak to, co przykuwa uwagę nastolatki, to maska. Niby zwykła, ale kiedy Alicja dłużej się jej przygląda, zauważa coś dziwnego...

Dziwne zjawiska, zdarzenie z maską będzie dopiero początkiem tego, co nagle zacznie się dziać w otoczeniu Hadriana. Chłopaka zajmującego nie do końca tym, o czym większość jest przekonana.



 


Ach Królu Kier, co ja mam o Tobie napisać? Byłam ciekawa nowości, wiadomo. No i w końcu zaszczycił mnie, Ten, o którym zaczyna robić się głośno, a myślę, że dopiero początek.

Zacznijmy od początku. Alicja jest zwykłą nastolatką, nie drażni, nie jest jakaś specjalnie ciapowata. Nie robi z siebie ofiary. Jest normalną uczennicą. Ma chłopaka i przyjaciółkę. Wiedzie sobie zwykłe życie, dopóki nie dochodzi do feralnej studniówki.

I tutaj ze zwykłej i nawet sympatycznej opowieści nastolatki, przechodzimy do kolejnej części książki. W momencie, gdy na pierwszy plan, wjeżdża Hadrian — mnie ciągle mylący się z Hardinem, nie pytajcie dlaczego. Sama chcę wymazać z pamięci to imię.

Wróćmy do Hadriana, magika albo dokładniej iluzjonistę, chyba. Mam nadzieje, że nie pomyliłam ich zdolności. Chłopak nie mieszka z rodziną, tylko grupą znajomych. Ma opiekuna, który grupie rozbitków stworzył dom. Raczej coś „domo podobne”, brzmi chyba znajomo? Jeszcze nie? To nic, nie martwcie się, w jednej z książek mieliśmy doktora o szczerym serduszku, tutaj mamy wspaniałego cyrkowca.

Idziemy dalej, zaczynają się dziać pewne rzeczy i nagle, okazuje się, że Hadrian nie jest jakimś tam magikiem, jego rodzinka również. Gdy Alicja znajduje sztylety w pokoju chłopaka, zaczyna się zastanawiać. Czy wspomniałam, że Hadrian jest przystojnym blondynem ze sztyletami? I walczy z demonami? A dokładniej — cieniami.

Z tytułem w ogóle jest ciekawostka, do tej pory się zastanawiam czy początkowy zamysł nie był inny. Ponieważ do pewnego momentu odnosiłam wrażenie, że fabuła zmierza w innym kierunku. Nagle puff i chyba autorka zmieniła zdanie. Być może jestem w błędzie. Tylko końcowe rozdziały są zupełnie różne pod każdym względem do pierwszej połowy, a nawet dalej.

Ni stąd, ni zowąd spotykamy Edwarda i Jace'a w jednym. Znaczy tak. Zachowanie Edzia, pod postacią blondasa z Darów Anioła. Mało tego, żeby nie było. Nie czepiam się samego wyglądu, pewne zdarzenia, nawet dialogi były łudząco podobne do tych, które spotkałam w innych książkach. Niestety zabrakło mi Julka (poza imieniem) z Caravalu. Smutno jakoś, ale może w drugiej części jest nadzieja?

No i mam problem. Bo z jednej strony, coś według mnie poszło nie tak. Z drugiej, trzeba dać szansę. Książka nie jest zła. Mamy taki miks innych znanych postaci, no ale ok. Możliwe, że to ja się czepiam — jak zwykle. Niemniej, można poczytać, całość jest przyjemna, jestem pełna nadziei, że następna część będzie lepsza i nie będę musiała się czepiać.

Król Kier ma poważny atut, czyta się naprawdę szybko, autorka lekko prowadzi czytelnika,
wiadomo, jeszcze nie ma ideału, ale nic od razu. Będę czekała na drugą część, zakończenie może nie zaskakuje, ale zostawia nas z pytaniami.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle
Czytaj dalej...

Szczęście w miłości



Chyba większość moich czytelników wie, jak bardzo polubiłam książki Kasie West, to też, gdy tylko w zapowiedziach pojawia się nowy tytuł, wyczekują go ze zniecierpliwieniem. Jakiś czas temu premierę miało Szczęście w miłości, jakaż była moja radość, że oto kolejny raz mogę poznać nową i z pewnością ciekawą historię — bo musicie wiedzieć, West zawsze pisze ciekawie i wciągające. Czy i tym razem tak było? I pochłonęłam książkę jak jej poprzedniczki?



Poznajemy Maddie, ot zwykłą nastolatkę, stojącą u progu końca szkoły średniej. Przygotowania do studiów idą pełną parą, nastolatka ma rozplanowaną każdą minutę życia. Nie ma mowy o głupstwach. Jeśli chce dostać stypendium na opłaty szkoły, potrzebna dobra organizacja i systematyczność.

Nie ma mowy by rodzice pomogli, sami nie bardzo sobie radzą z utrzymaniem rodziny i tak naprawdę to Maddie pomaga im, dorabiając w Zoo. Ojciec bezrobotny próbuje szukać pracy, matka jako jedyna ma etat, brat od jakiegoś czasu ma problemy w szkole. I jakoś nie bardzo próbuje rozwiązać swoje problemy.

No ale od czego jest ukochana córka i siostra. Wprawdzie ma swoje życie, ale co szkodzi do swojej listy idealności, dodać zbawienie wszystkich? No właśnie.

Zbliżają się osiemnaste urodziny, nastolatka umawia się wraz z dwiema przyjaciółkami, na wypasioną imprezę. To był żart z mojej strony, owszem dziewczyny umówiły się, na siedzenie i o dziwo, nie zakuwanie, tylko plotki. No ale, sorry, kujonki nie chodzą na imprezy, planują swoje życie. A jeśli trafia się okazja, spędzają czas na jedzeniu przekąsek.

Aha. Maddie ma dziwne skłonności do zapamiętywania statystyk, ot takie skrzywienie, a może i nie? No w każdym razie, gdy kasjerka proponuje, by dziewczyna wysłała kupon, ta zarzuca jakimiś liczbami, które mają dowodzić, że nie ma szansy na wygraną. I w myśl tej idei, po kilku godzinach, wraca, by wysłać los. Nie dlatego, że chce sprzeciwić się statystykom, ot takie szaleństwo w urodzinowy wieczór.
Jak zapewne domyślacie się, wygrywa. I to całkiem ładną sumkę. Na rączkę wychodzi trzydzieści kilka milionów. Nie pamiętam ile, bo w przeciwieństwie do Maddie, jestem straszną ignorantką liczbową.  
Ważne, że pada wygrana i od tej pory życie naszej poukładanej panny zmienia się ogromnie. No w sumie każdemu wygranemu zmienia się życie. Wielkie mi halo.  Jak zachowa się nasza milionerka? 




Bardzo lubię Kasie West, to znaczy, w jaki sposób pisze o młodych, dla młodych. I naprawdę wiele sobie obiecywałam po tej książce. Rzuciłam się na nią niczym sępy na padlinę. Jakież więc było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że jest nijak. Dosłownie. Zaczęło się bezpłciowo. Czekałam na rozwój wypadków, bo może marny wstęp miał być tylko taką ciszą przed Bum.

I tak sobie, czekałam, czekałam i czekałam..., aż dobrnęłam do końca i gdy dotarłam do ostatniej strony, prawie popłakałam się z radości, że to już KONIEC!

Zanim jednak dobrnęłam do mety, musiałam zmierzyć z fabułą tak nudną i rozwleczoną, nie mogłam uwierzyć, że to moja ulubiona autorka poczyniła tak straszną tragedię.

Niby pomysł był fajny, bo biedna nastolatka, która ciągle bije się z myślami, jak poradzi na studiach bez wsparcia finansowego. No i ok, to jest problem. Sama musiałam zarabiać na swoje studia, nie jest niemożliwe. Dałam radę. A jaka satysfakcja. Wydać tyle kasy i nie mieć pracy. No, ale ja nie o tym.


Maddie wygrywa. Nagle jej świat się odmienia. I ok, chce obdarować rodzinę. Super. Ja bym nie dała kasy swojemu rodzeństwu. Jestem podła. Mnie nie dają. Ja też nie muszę - ot taka dygresja. Rodzicom mogłabym pałac wybudować. Oni mi pomagali (nie chodzi o pieniądze, ogólne wsparcie), teraz pora na mnie i Maddie tak robi. Pomaga rodzicom, pięknie z jej strony.  

Zastanawia się komu powiedzieć i jak. No ale haalloo. Wygrała miliony, nie jakiś biedny milionik. Tylko kilkadziesiąt. Wiadome było, że ludzie zaczną się nią interesować. Niekoniecznie z czystej sympatii. Tylko chcąc, by podzieliła się tym, co dostała. I wiecie, co mnie zaczęło denerwować?

Nie, nie chęć kupowania mega drogich szmat, pewnie od razu po wpłynięciu kasy na konto pobiegłabym do wypasionych sklepów. I poważnie, rozumiałam to zachowanie. Rozumiałam również, kiedy kupiła sobie auto zupełnie nie w jej guście. Kto bogatemu zabroni?

Nie zrozumiałam jednego. Czy ona była aż tak głupia, czy nagle rozum jej odebrało, ale jakim trzeba być ograniczonym, żeby uwierzyć w sympatię ludzi, którzy do tej pory nawet nie wiedzieli o jej istnieniu, mijali obojętnie. Teraz witających i zapraszających na kawę? Oczywiście postawioną przez Maddie — bo ją stać bardziej.

Ona tak robi, cieszy się jak głupia gąseczka, gdy podlatują nieznajomi, robią foteczki, biega na zakupy z nieznajomi, bo nagle powiedzieli, że jest fajna. Serio? Słabe strasznie.

I gwoździk programu. Sytuacja z Sethem znaczy takim jej kolegą z Zoo, naprawdę bardziej głupio nie dało się tego rozegrać.




Ogólnie, całość jest strasznie płytko i bez wyrazu napisana. Postacie są papierowe, nie można się wczuć, bo panuje jakiś nudny chaos, bardziej nużący niż budzący emocje. Tego uczucia miłości, które rzekomo było, ja nie odczułam. Tylko durnowate zachowanie Maddie, jej pseudo koleżanek i super braciszka. Z nim kolejna dziwna sprawa. Miał problem, dwa słowa, problemu już nie będzie, Bo, uwaga — OBIECAŁ... ha ha ha. Nie mam siły tego nawet komentować.

No i jeszcze absurd z pismem ze szkoły, Mój Boże, a cóż to miało być? Gwoździ do trumny było wiele, ale ten był po prostu zardzewiały i zgrzytał tak okrutnie, że aż mnie zabolało.

Nie mam pojęcia, co się stało. Nie mam pojęcia, dlaczego tak źle się stało. Ta książka jest słaba. Pisana jakby na siłę. Pomysł nie był zły, ale tak strasznie niedopracowany, że aż boli. Wmawiam sobie, że na okładce nie widnieje nazwisko West. I tego będę się trzymała.

Nie będę odradzała, nie będę też polecała. Nie moja decyzja, nie moja sprawa. Mnie książka brutalnie rozczarowała i chcę o niej zapomnieć.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Feeria.


Czytaj dalej...

Przygody kota Filemona




Pamiętacie kota Filemona? A Bonifacego? Chyba nie ma osoby, która chociaż raz nie widziała tej bajki. W telewizji albo w formie książeczki. Duet czarnego i białego kota jest znany do dziś. I chociaż stare kreskówki, wydawać by się mogło odeszły do lamusa, zaczynają powracać. Ku mojej ogromnej radości. Bo chyba nic nie przebije klimatu i ciepła, w jakim były tworzone.

Dlatego też dzisiaj przychodzę do Was z pięknym wydaniem tej właśnie bajki, która podbiła moje serce wiele lat temu i jest w nim do dziś.




Bajka rozpoczyna się od początku, to znaczy od momentu kiedy do domu, w którym mieszka dumny kocur Bonifacy wprowadza się malutki, lekko pokraczny kociak - Filemon. Jak przystało na osobnika płci samczej, starszy kocur nie czuje radości z przybycia towarzysza. W dodatku wścibskiego i ciągle gadającego. Ciekawość malucha męczy i irytuje. Najgorszy jest fakt, że w tych odczuciach pozostaje sam. Babcia z dziadkiem pałają radością wobec malucha, którego wszędzie jest pełno.  Dla dorosłego osobnika liczy się spokój i stały rozkład dnia,  najlepiej by miska była pełna, myszy same przychodziły pod nos, a zapiecek nie stygł. 




Co innego Filemon, przeciwieństwo starszego kolegi. Ten jest ciekawy świata, chciałby wszędzie wejść, otrzymać odpowiedzi na pytania, które nurtują, wejść tam, gdzie nie wolno i najlepiej by Bonifacy w końcu podzielił się swoją wiedzą na temat wielkiego, tajemniczego i nieznanego świata.
Niestety, daremne prośby, kocie dziecko jest niezrozumiane przez dumnego kocura.





I wiecie, co jest najciekawsze? Pamiętam, że jako dziecko, o wiele bardziej rozumiałam i lubiłam Bonifacego, postać Filemona wydawała się dla mnie zbyt nachalna, on wszędzie ganiał, zadawał sto pytań do.. Dziwne, bo przecież sama byłam dzieckiem, więc również miałam swoje ciekawości życia i tego, co dzieje dookoła, a jednak to ten zarozumiały wielki kocur podbił moje serce. Czyżby właśnie wtedy miała zadatki na kociarę, lubiącą spokój i ciszę? Nie mam pojęcia. Jedno jest pewne, sprawa wygląda podejrzanie, bo o ile przygody lubię i potrafię zaszaleć, to jednak wspominając siebie, z lat dziecięcych pamiętam, że byłam zbyt ostrożna. Moimi jedynymi „wyskokami” były wspinaczki po meblach, surowo zakazane. Nie lubiłam chodzić w miejsca, których nie znałam, nie byłam ciekawa samodzielnych ucieczek, moja przesadna ostrożność objawiła się bardzo szybko. Chyba urodziłam się z syndromem Bonifacego — po co się wysilać, skoro ciepły zapiecek i pełna miska wystarczą do szczęścia. Teraz chyba czuje lekko tym przerażona. I mam ochotę pobawić się w psotnika Filemona, U mnie jak widać, ze wszystkim na odwrót. Cóż poradzić.

Wracając do Przygód kota Filemona, przede wszystkim jest przepięknie wydana, aksamitna twarda oprawa, przepiękne ilustracje, z tamtych czasów, nic nie zostało unowocześnione. Za co jestem ogromnie wdzięczna. Żółtawe kartki, odpowiednia czcionka. Nie mam się czego przyczepić. Ten egzemplarz po prostu trzeba posiadać.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu PapierowyPies.


Czytaj dalej...

Kącik zagubionych serc



Miłość. Pragnie jej każdy, ale niestety nie wszyscy trafiają na nią ot tak, albo w ogóle. Często brakuje odwagi, czegoś, co sprawi, że dwoje szukających ludzi, odnajdzie właśnie siebie. W dobie internetów są odpowiednie strony, ale kiedyś usługi pełniły biura matrymonialne. Bardzo poważnie traktując swoich klientów, czy w dzisiejszych czasach podobna działalność może mieć swoich zwolenników?

Książka przyciągnęła mnie tytułem, okładką, ale czymś jeszcze, nie wiedziałam do końca czym, chciałam więc sprawdzić, czy TO COŚ miało również wnętrze? Odpowiedzi udzielę już za chwilę.



Wanda chyba wolałaby zastać w Tej sytuacji, swojego syna, niż własnego męża, który to jak jej się wydawało. Obiecywał wierność, że o miłości nie wspominając. I żeby chociaż napotkana w ich wspólnym łóżku panna była kimś wyjątkowym, a nie rówieśnicą syna. Niestety, los chwilami bywa okrutny. Zdradzona małżonka opuszcza niewiernego, zabiera dziecko, a dokładniej mówiąc nastolatka i wyprowadza się z domu.

Łatwo nie jest, nauczona do wygód, od lat niemająca pojęcia o pracy, próbuje pozbierać nagle roztrzaskane życie w całość. W końcu jest nie tylko zdradzoną kobietą, ale i matką. Syna, który na swoje i ich nieszczęście był świadkiem tegoż postępku. Co niestety nie postawiło tatusia w dobrym świetle. Teraz Wanda musi zadbać o siebie i Jakuba, który rozpoczyna szkołę średnią, ona zaś rozgląda się za pracą. Pomocy, ze strony bliskich trudno oczekiwać. Matka nie rozumie, dlaczego córka uniosła się honorem, siostra bardziej drażni, niż pociesza. A pracy jak nie było, tak nie ma.

I w końcu po tygodniach poszukiwań, okazuje się, że jest potrzebny ktoś do pomocy, problem w tym, że potrzebującym jest znajoma, znajomej matki. Znaczy matki Wandy. Co wprawia dumną podwójną rozwódkę w niechęć. Kolejny raz, los zdaje się brać sprawy w swoje ręce, każąc schować uprzedzenia do kieszonki.

Wanda, kobieta z dwoma rozwodami na koncie, staje przed drzwiami biura matrymonialnego o jakże urokliwej nazwie „Kupidyn w spódnicy”, w zaistniałej sytuacji zalatuje troszkę ironią, a może jednak przewrotność losu bywa celowa?



Kupidyn, bo tak w skrócie nazywam książkę, musiał swoje odleżeć na półeczce. Mimo że bardzo mnie zaciekawiła, nie zasiadłam od razu do czytania. Musiał nadejść odpowiedni czas, nie wiem, czy akurat tera taki się okazał. Po prostu gdzieś w stosie leżała, nagle przypomniałam sobie o niej, usiadłam i pochłonęła mnie całość.

Miałam ochotę na wieczorną wesołą lekturę, byłam przekonana, że właśnie ten tytuł taki będzie. I nie myliłam się, chociaż nie pomyślałabym, że razem z humorem wywoła we mnie aż tyle emocji.

I chyba będę powtarzała słowa z ostatniej recenzji, ale i tutaj muszę Was uprzedzić, że Kupidyn, nie jest li tylko czytadełkiem, na które z pewnością większość się szykuje, czy też klasyfikuje. Może i nie należy to literatury trudnej, jednak przepełniona jest mądrością życiową. Taką, która wnika w nas i otacza charakterystyczną aurą.

Jak wspomniałam, przygotowałam się na banalne historyjki, które umilą mi popołudnie, a tak naprawdę czytałam i przeżywałam każdą z nich, jakby były mi najbardziej bliskie. Cieszyłam, złościłam i wzruszałam. I kiedy nadszedł koniec, było mi jakoś smutno. Nie chciałam rozstawać się z nimi wszystkimi, bardzo polubiłam każdą z postaci — no, może oprócz niewiernego mężusia.

Mam nadzieje, że przekonałam Was, chociaż w maleńkim stopniu. Ta książka zasługuje na uwagę, zwłaszcza teraz. W te coraz częstsze ponure dni, gdy potrzebujemy oderwać od codzienności. Szczerze i z całego mojego czarnego serduszka polecam.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona.


Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka