Najlepszy powód, by żyć

źródło



W końcu nadeszła pora, by poznać twórczość autorki, którą znam od dłuższego czasu. Tylko jakoś z książkami nie mogłam się zgrać. No ale znać kogoś, wiedząc, że pisze i nic nie przeczytać? Troszkę słabo. Nadarzyła się sposobność. Tytuł, który jak widziałam, zyskuje dobre noty. Czegóż chcieć więcej? Tylko spokoju do czytania. A ten akurat się przytrafił. No i przeczytałam, a teraz o moich odczuciach. Zapraszam.



Dominika mieszka w pięknym domu, a raczej willi, którą zaprojektował jej ukochany tato. Jest jedynaczką, ale z matką ma średni kontakt. W dodatku coraz częściej rodzicom nie udaje się zataić kłótni, które wcześniej były bardzo dobrze maskowane. Tym razem Dominika miała nic nie słyszeć, w końcu pojechała na noc do koleżanki, a że wróciła i nikomu nic nie powiedziała? Cóż, sama sobie była winna, że krzyki niosły się po całym domu.

Ojciec gdzieś wybiegł, matka chciała go zatrzymać. I tylko ona, siedziała zamknięta w swoim pokoju, udając, że jej nie ma. Może gdyby pokazała się wcześniej, może coś by to zmieniło. Może.

Zeszła wykąpana, zobaczyła ojca, zanim się zastanowiła, co robi, stała się pochodnią. Paliło się jej ubranie, paliła się jej skóra. Co najdziwniejsze ona nic nie czuła, nie rozumiała co się z nią dzieje.

Obudziła się w szpitalu, na początku nie było bólu. Ten przyszedł dużo, dużo później. I nie bolały same rany, bolało to, co stało się następstwem wydarzenia. Jej tragedia fizyczna i psychiczna. Nie chciała i nie umiała walczyć.

Ojca zamknęli w więzieniu, a przecież on nie chciał zrobić jej krzywdy. Wszystko było nieszczęśliwym wypadkiem. Gdyby powiedziała, że jest. Gdyby wiedział, że ona tam stoi.

Teraz musi sama walczyć z bólem całego ciała, z tęsknotą za ukochanym ojcem. I jeśli zaczyna coś robić, by stanąć na nogi, to tylko dlatego, że jemu na tym zależy. Bo Dominice jest obojętne. Jest cała pocięta, jej ciało to układanka skóry, miejsc pobrania i przeszczepiania. Kombinezony, ułatwiające gojenie. Cała trudna i męcząca droga do wyzdrowienia.

I kiedy Dominika trafia do szpitala, w wyniku zatrucia lekami, leży i zastanawia, po co to wszystko. W jej sali pojawia się lekarz, młody i spokojny. Zadaje pytania, potrzebuje jej pomocy. W końcu jest ciekawym przypadkiem medycznym. Jest jej obojętne, co będzie, w końcu On, jako lekarz, widział jej ciało, nie musi się już ukrywać. Może mu pomóc w pracy.

I tak zaczyna się dziwna znajomość. Bo niby się lubią, ale jednak nic się tam nie dzieje. Praca się napisała, oni dalej spotykają, ale znajomość bez wyrazu. No i w końcu pojawia się Marcel. Brat lekarza i jego totalne przeciwieństwo. Pod każdym względem.

Co nie znaczy, że Dominika wpada mu w ramiona. Nie. Ona w ogóle nie ma ochoty na żadne kontakty z mężczyznami. Z wiadomej przyczyny.

No ale, Marcel jest uparty, Oboje są. Teraz pytanie, które bardziej i w jakim momencie będą umieć ustąpić?

 
 
Trochę się rozpisałam, ale inaczej nie da się tego przedstawić. Dominika ofiara podpalenia może nie celowego, ale jednak. Jej powrót do zdrowia, to droga obkupiona bólem i zwątpieniami. I wcale się jej nie dziwię. Bo już samo wyobrażenie czegoś takiego boli, a co dopiero przeżyć. Stawić czoła.

Ta część historii wywiera wrażenie, nie można powiedzieć, by było nudno, czy jakoś bez wyrazu. Co mnie jedynie męczyło. To przeskoki. Teraz, przedtem, i tak na okrętkę. Nie lubię takich zabiegów w książce i nic nie poradzę. No, ale można się przyzwyczaić.

Dominika, trudno jest ją ocenić. Poznajemy w dniu wypadku, no i przechodzimy wszystkie etapy, z którymi musi się zmierzyć. Trudno jest kogokolwiek oceniać, mając na względzie aż taki dramat. W dodatku mamusia nie ułatwiała jej życia.

Marcel, no o tym można sobie napisać. Bo mnie naprawdę, nie ruszają te historyjki, w których zły chłopczyk przeobraża się w rycerza, tutaj akurat w BMW. No nie kupuję tego. To takie infantylne mrzonki dla nastolatek. No i one to kupią, tylko gorzej, gdy uwierzą, że z prostaka zrobi księcia, a potem żal, że ją bije. A miał się zmienić.

I właśnie dlatego nie lubię, gdy autorki tworzą takie historyjki. Bo to jest mydlenie oczu, bajdurzenie i ogólnie bujda na resorach.

A Marcelek, jest hulaką, ma gdzieś większość zasad, które mamusia mu wtłaczała do głowy, ma na koncie pewne sprawki, ale oczywiście nie bez przesady. Ciekawi go Dominika, chce ją rozgryźć, ale nie bardzo coś poważnego, a potem ojej, love story. Oj, nie ten przykład. Tam było dramatyczne zakończenie, a tutaj?

Wróćmy jeszcze do całości. Bo książka to nie tylko Marcel. Jego wątek, do mnie nie przemówił i cała charakterystyka. No ale, oddać trzeba, że książka jest ciekawie napisana. Życie Dominiki to jak sobie poradziła. Uczyła żyć, poza murami szpitala, co było jej lękiem. Czego się najbardziej obawiała? Fajnie to wszystko wyszło. Można było się wczuć.

Może ten wątek ojca, troszkę mi czegoś brakowało. Bo niby ona walczy, jeździ na te spotkania, a później już się robi bardziej rozmyte.

Zastanawiam mnie tytuł. Co było powodem do życia? Marcel? Jeśli tak, to troszkę płytkie myślenie. Ponieważ, powodem do życia nie powinien być facet/kobieta. Powód do życia musimy czuć sami z siebie. Fakt, że żyjemy, powinien być wystarczającym powodem. A co gdyby Marcela nie było? Bezsensowne troszkę. Idąc dalej, to dziewczyna w podobnej sytuacji, która nie pozna takiego faceta, powinna umrzeć? Bo nie ma powodu do życia... Nie wiem, nie klei mnie się ten tytuł a jego odniesienie w tekście.

Owszem, można sobie znaleźć kilka złotych myśli, morałów do zapisania w notesiku. No ale, szkoda, że historia, bardzo dobra zresztą. Poszła w takim kierunku. Bo gdyby autorka ukazała, że Dominika mimo tragedii, znalazła w sobie chęci, stanęła twardo na nogach, bez tej całej otoczki wielkich słów Marcela, może i to miałoby głębszy przekaz. A tak, żyję, bo mam zajebistego faceta, któremu nie przeszkadzają moje blizny, inne nie mają, więc cóż. Life is brutal.

Bo sorry memory, ale niewielu jest facetów, akceptujących słabości, kalectwa. Znam przykłady, gdzie głupie rozstępy były powodem do niechętnych spojrzeń. I JA WIEM, że nie każdy taki jest. Niestety tych, dla których liczy się tylko wnętrze, jest maleńki odsetek. A takimi przekazami, że powodem do życia, jest spotkać kogoś, kto nas weźmie z całym inwentarzem, jest po prostu głupie. A jeśli taka Dominika nie spotkałaby? To co? Ma się zabić? Czy stwierdzić, że nie ma powodu do życia.

Ja tak wniosę swoje trzy grosze. Facet nie jest powodem do życia! Facet może być tylko dodatkiem, który czasem, z naciskiem na czasem, może nam ubarwić to życie. I proszę mi nie wierzyć w takie farmazony. Bo znam kobiety same i szczęśliwe. Także no. Szukajcie takich powodów do życia, które nie będą uzależnione od drugiej osoby. Ament.

 
Na zakończenie, zakończenie. Dlaczego? Jaki był tego zamysł? O ile z opowieści o solidnym fundamencie, sprowadzonej do poziomu nastoletniej miłości, nie czepiałabym się aż tak (nie no, będę dalej się czepiała) jednak zakończenie doprowadziło mnie do nerwów. Gwóźdź do trumny. Co to miało być?? Jestem zła, a dokładniej byłam. Ostatnia strona zniszczyła całość. Takie jest moje zdanie.


Czytaj dalej...

Macocha



Pamiętam, kiedy poznałam twórczość Nataszy Sochy, jak ogromne wrażenie wywarły na mnie jej postrzeganie zwykłych spraw codziennych. Gdy brutalna szczerość wychodzi na pierwszy plan, wypierając lukrowany i nieszczery obraz życia. I chyba właśnie za te cięte uwagi polubiłam autorkę.

Moja przygoda z książkami zaczęła się nieco od środka, dlatego, gdy tylko nadarzyła się możliwość, postanowiłam nadrobić zaległe.

I tak przyszła pora na Macochę, o której swego czasu sporo czytałam na innych blogach. Czy zgadzam się z pochwalnymi opiniami? I warto było, poświęć kilka godzin na lekturę?




 Roma żyje sobie ze swoim mężem. Prowadzi spokojne i jak się wydaje poukładane życie. Prowadzi wraz z koleżanką kafejkę internetową, która bardziej służy jako zabicie nudy niż praca, dzięki której może zarobić. Bo interes prosperuje coraz gorzej, o czym obie dobrze wiedzą, jednak nie chcą się do tego przyznać.

Mąż Bruno jest weterynarzem. I właściwie to on utrzymuje ich rodzinę. Ona po prostu pracuje, by nie czuć się na garnuszku. Dla zaspokojenia swojej dumy. I słusznie. Wszystko ma swój porządek, aż do pewnego dnia. Gdy nagle i bez uprzedzenia, pojawia się córka Bruna z poprzedniego związku.

Sprawa niby normalna, bo przecież Roma wiedziała o dziecku, ale od tylu lat młoda mieszkała z matką i nigdy nie wyrażała potrzeby zmiany, że teraz, gdy zakomunikowała chęć zamieszkania z ojcem i jego nową żoną, wytrąca kobietę z równowagi i burzy dotychczasowy spokój.

Wyrzucić dziewczyny nie może, nawiązać kontakt nie wie jak. Bo nastolatka nie przejawia żadnych chęci. Wręcz przeciwnie, obnosi się ze swoimi grymasami i wszystko krytykuje. Dla Romy zapala się lampka. Czy aby była partnerka, pod pretekstem córki, nie chce zburzyć związek? Gorzej, jeśli, ta bezczelna smarkula sama powzięła sobie taki plan.

W końcu kobieta zaczyna działać. Musi zrobić wszystko, by pozbyć się pasierbicy z domu. Sama nie wyobraża sobie, by mogła polubić pyskatą dziewuchę. Zresztą z wzajemnością.

I gdy wydaje jej się, że już gorzej być nie może, bo nieproszony gość, panoszy się po jej domu z coraz większą śmiałością, to w dodatku zaskarbia sobie poparcie u matki, Romy! Wróg we własnym domu, brak oparcia ze strony tej, która powinna stanąć murem.

Desperacja i frustracja. W dodatku brak światełka w tunelu, a dokładniej spakowanych walizek dziewczyny. Jak odnajdzie się w nowej sytuacji Roma? I czy jest możliwe, by poczuła sympatię do trudnej nastolatki?




Opowiedziana historia może i jest przewidywalna, ale mnie się niebywale dobrze czytało i szczerze powiem, uśmiałam się chwilami porządnie.

Z jednej strony heroiczna walka Romy, by pozbyć się pasierbicy, z drugiej jej poczucie zagrożenia. Bo nagle pojawia się obca dziewczyna, z którą nie ma wspólnych tematów, nie wie jak się zabrać do nawiązania kontaktu. Przez co od razu kapituluje, a jej niechęć, nawet przykryta uprzejmością przebija zbyt mocno.

No prawdą jest, że niespodziewany gość, nie należy do miłych, z którymi chce się spędzać każdy wolny czas. Wręcz przeciwnie. Córka Brunona, na każdym kroku afiszuje się ze swoimi poglądami, Dając do zrozumienia, że nikt jej nie rozumie, a ona gardzi wszystkimi w koło.

Nastolatka, w najgorszym etapie życia, gdzie każdy wydaje się wrogiem i macocha, z poczuciem zagrożenia, tylko nie bardzo wiedząca jakiego. Bo przecież pojawienie się córki w ich domu, nie może sprawić, że Bruno nagle przestanie ją kochać. No ale.. Kobieca wyobraźnia lubi podsuwać najgorsze scenariusze. Co tak też się dzieje, w głowie Romy.

Ciekawa i książka, można pośmiać się z pomysłów Romy, popatrzeć na zachowanie dwóch odległych biegunów. Troszkę mi nie bardzo odpowiadała postać męża. Bo był jakby tłem. Ona walczyła, on niczego nie widział i nie rozumiał.

Tutaj pierwsze skrzypce grają Roma i Kasia. Obie walczą o zwrócenie na siebie uwagi. Z tą różnicą, że pierwsza po prostu czuje irracjonalne zagrożenie, a druga krzyczy za akceptacją, mimo popełnianych błędów.

Co może wyniknąć z takie mieszanki wybuchowej? Ano mnóstwo zabawnych sytuacji.

Mnie się podobało, może nie jest to książka, którą czyta się w napięciu, co będzie dalej, ale potrafi oderwać na pewien czas i wywołać uśmiech na twarzy. Polecam.


 Książkę przeczytałam dzięki Legimi.pl 

Czytaj dalej...

Artemis



Wiecie, czego bardzo nie lubię? Reklamowania książki, tytułem innej, wcześniej bardzo dobrze sprzedanej. Bo to tak, jakby ta nowa, jeszcze bez opinii czytelników, była tak słaba, że potrzebuje wsparcia czegoś, co zrobiło furorę. I teraz taka gwiazdka, ma podzielić się swym światłem z meteorytem, który wcale nie świeci, ale jak padnie blask, to może gdzieś się coś odbije i też się spodoba.

Dlatego, gdy tylko widzę podobne chwyty od razu mam podejrzenie, że coś pójdzie nie tak, albo po prostu wydawca kolejny raz chciał dobrze, a wyszło jak zwykle.

Zatem co sądzę o Artemis? Autora sławnego Marsjanina, którego to z ignorancji swej nie przeczytałam?



Jazz mieszka na księżycu. Wiele lat temu, ktoś tam wpadł na pomysł, by stworzyć księżycowe miasto i oto jest. Całość z opisu wygląda dosyć dziwaczne, niestety moja wyobraźnia niby rozwinięta, tutaj sobie marnie poradziła. W każdym razie Jazz tam mieszka od któregoś roku życia. Teraz już samodzielna, wynajmuje klitkę, zwaną przez siebie „pieszczotliwie” trumną.

Dziewczynie marzy się coś większego, no ale jej zarobki nie pozwalają na podniesienie standardu życia. Planowała, że po zakończonym kursie i zdaniu egzaminu, dzięki któremu będzie mogła dostać lepszą pracę, już niebawem przeniesie się do lepszego miejsca.

Niestety, pech albo coś innego, sprawiło, że egzamin oblała. Musi do niego podejść kolejny raz, a do tej pory, dalej będzie zarabiała marne gity. Tak, bo waluta księżycowa, a może Artemijska? Nie wiem jak to poprawnie odmienić, no waluta tegoż miasta jest nazywana gitami. Coś tam zostało wytłumaczone, ale autor tłumaczy tyle spraw, że no mój system się zawieszał.


Wracając do fabuły, nasza bohaterka, a nadmienić trzeba, że to nie jest jakaś milusia i słodziutka kobietka u progu dorosłości. Jazz ma niejedno na koncie, swoje życie prowadzi dosyć swobodnie, no i nie oszukując, cieszy się dość wątpliwą opinią.

Oczywiście nie wiele sobie z tego robi. Dla niej ważne jest, by kasa się zgadzała. Reszta to sprawy bez znaczenia.

To też, gdy pewnego księżycowego popołudnia, otrzymuje propozycje zarobku, który odmieniłby jej życie już na zawsze, zastanawia się tylko przez chwilę. Fakt, zadanie nie należy do łatwych, musi się do niego porządnie przygotować. No ale, nie jest niewykonalne. I to wystarczy by do podjęcia jednej decyzji.

Planowała szybką akcję, wszystko obmyślane tak, by każda niespodziewana sytuacja, mogła zostać automatycznie rozwiązana. Miało pójść sprawnie. Tylko niestety Jazz nie przewidziała jednego, co tak naprawdę ma oznaczać jej zadanie i jakie będą następstwa.




Zdecydowałam się na przeczytanie tej książki z kilku powodów. Bardzo lubię akcję rozgrywającą się w kosmosie i tym podobne, zmotywował mnie opis no i nie oszukujmy się, pozytywne opinie — chociaż jak teraz widzę, nie każdy pieje z zachwytu.

No ale o mnie, siadłam i z radością zagłębiłam się w lekturze, tej jakże interesującej historii. No i czytałam sobie i czytałam. I nie wiem.

Zacznijmy od Jazz, ona nie miała charakterku, ona była najnormalniej w świecie głupia jak but, ale żeby nie zrobić z niej mdłej superbohaterki, autor pokusił się o dziunie samo zło, która to swoimi występkami mogła naszkodzić, ale ogólnie to jest "wporzo" laska, więc trzeba ją uznawać za bohaterkę narodu.

Wykreowany świat, a dokładnie miasto księżycowe. Boże mój, jakieś bańki, jakieś inne dziwne rzeczy, nijak nie mogłam sobie dopasować bańki jako bańki, a ludzi, którzy tam mieli stworzone coś na wzór chałup. Nie wiem, możliwe, że jestem zbyt głupia. Nawet nie będę się z tym kłóciła. No ale ta woda, która podczas mycia krążyła ze ścieku, gdzieś tam się bardzo szybko oczyszczała i znowu leciała, to takie jakieś głupie i niedorzeczne. W sekundę się oczyściła? To cholera czym oni ją filtrowali? No ale to taki niuansik. Są o wiele lepsze smaczki, które nie jeden raz wprawiały mnie w zdumienie.


I ogólnie mam mieszane uczucia. Bo tak, do pewnego momentu czytało się nawet znośnie. Dziewczyna ganiała po mieście, rozwoziła paczki, poznawałam teren miasta, niektórych mieszkańców i całą resztę. W końcu nadeszła chwila, gdy Jazz rozpoczęła swoją misję, dzięki której miała stać się bogata. I... No i wtedy zaczęły się dziać cuda nie widy. Naprawdę. O Borze Tucholski, jakże autora tutaj poniosła wyobraźnia. Odleciał w kosmos i to konkretnie.

Ja naprawdę rozumiem, że to fantasy, że tutaj można naprawdę sobie pofolgować, ale są chyba jakieś granice. No przecież chwilami akcja trąciła tak haniebnym absurdem, że aż mnie się czytać tego nie chciało. To była naprawdę odlot w przestworza, tylko atrakcje niekoniecznie mnie zachwyciły.

Nie mam pojęcia czy polecam. Bo z jednej strony ot lekka bajeczka. Z drugiej, jeśli ktoś się nastawi na coś zajmującego i godnego uwagi, może się srogo rozczarować. Nie mam pojęcia ile w tym z Marsjanina i dobrze. Bo pewnie, gdybym miała w pamięci poprzednika, mogłoby być o wiele gorzej. A tak, oceniam tylko ten tytuł, który jest taki sobie, ot dla rozrywki podczas jazdy autobusem czy pociągiem.


Książkę przeczytałam dzięki Legimi.pl

Czytaj dalej...

48 tygodni

źródło


Dziwnie było mi czytać, a teraz pisać o pierwszej książce mojej ulubionej autorki. Tak się jednak złożyło, że twórczość Magdaleny poznałam, gdy ten tytuł nie był dostępny, a nie było chętnych do odsprzedania. Dlatego pozostawało czekać i mieć nadzieje, że kiedyś się taka możliwość pojawi. I pojawiła się. Byłam niezmiernie ciekawa, bo i zobaczyć jak wyglądały pierwsze kroki w pisarskiej karierze to raz, ale i dwa. Teraz mając w pamięci najnowsze pozycje, można powiedzieć czy i jaki postęp zrobiła autorka.

 
 
Poznajemy Nataszę, młodą matkę i mężatkę. Może powinnam napisać w odwrotnej kolejności, ale tak się jakoś składa, że kobieta od jakiegoś czasu, czuje się bardziej matką niż żoną. Widać tak już jest, kiedy na świecie pojawia się dziecko.

Nasza bohaterka od jakiegoś czasu czuje się sfrustrowana. Ciągłe zajmowaniem się domem i dzieckiem, pracujący mąż i zbyt często przebywająca w ich towarzystwie była dziewczyna ukochanego, teraz w roli koleżanki z pracy. I niby Natasza wie, że między nimi od dawna nic nie ma, to jednak ta nutka zazdrości, która towarzyszy, pojawia się zawsze bez pytania. Po prostu. Jako kobieta reaguje w taki, a nie inny sposób na domniemaną rywalkę.

Dlatego Natasza, po długim namyśle postanawia coś zmienić. W dodatku zmiany te będą miały wpływ na resztę rodziny. No ale decyzja zapadła. Wraca na studia i poszuka sobie pracy. Córeczka chodzi do przedszkola, mąż pomoże, poradzą sobie.

 
 
 
Gdybym chciała ocenić  48 tygodni, jako nową książkę Madzi, moja ocena mogła być, być dosyć surowa. Ponieważ, nie było w niej nic, co mogłabym uznać za zaskoczenie, za coś, co zatrzymało moją uwagę i trzymało w napięciu.

Z drugiej strony, jest to debiutancka powieść, wcześniej pisana w odcinkach. I mając na uwadze te aspekty, można powiedzieć, że jest to lekka i zabawna opowiastka o młodej matce, jej genialnej córeczce i mężu, chwilami drażniącym, jak to u facetów bywa.

Moją uwagę zwróciło to, jak Magdalena Kordel cudownie rozwinęła skrzydła. Bo z książki na książkę, poziom jest coraz wyższy, poprzeczki nigdy nie spadały. Każda kolejna postawiona nad poprzednią. Niesamowite i godne pogratulowania. Niektórzy autorzy, po osiągnięciu sukcesu i rozgłosu, jakby siadają sobie na laurach, przestają walczyć o czytelnika. Tutaj jest wręcz odwrotnie.

Wiem, że odbiegłam nieco od tematu książki, która jest omawiana. No, ale cóż mogę powiedzieć. 48 tygodni jest lekka, jest dobra jako odskocznia po ciężkim dniu, na wakacje czy ferie. I śmiało można po nią sięgnąć.

Cieszę się, że ten tytuł zapoczątkował Madzi i naszą przygodę z jej książkami. Gdyby nie ona, nie byłoby reszty. A bez nich wszystkich, nie wyobrażam sobie mojego czytelniczego życia.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak.
Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka