Cuda i cudeńka



Ostatnio coraz więcej u mnie pozycji nawiązujących do zbliżających się świąt, tak się stało, że postanowiłam zacząć od Cuda i cudeńka. Jako że bardzo polubiłam twórczość Pani Agnieszki Olejnik, nie było wątpliwości, że i ten tytuł będę chciała przeczytać. Byłam niezmiernie ciekawa stworzonej historii, nowych bohaterów i tego, czy porwie mnie fabuła. Jak było? Zacznę od początku.



Poznajemy Helenę, która każe nazywać się Leną — ponieważ jej imię jest staromodne. Kobieta, bo, mimo że uparcie przypomina jak, młodo wygląda, metryka nie kłamie. Jest kobietą i nie ma co czarować, przyjeżdża do babki. Rodzinne więzy w tym wykonaniu nie bardzo są silne, ale staruszka doznała udaru i potrzebuje opieki całodobowej. Praktycznie cały czas leży, porusza się tylko przy asekuracji drugiej osoby. Jako że Helena nie miała aktualnie innego zajęcia, przyjechała do Lubska ze swojej wsi, o czym nad wyraz często będzie przypominała.

Trudne zajęcie sobie wybrała, ale jako życiowa optymistka, wierzy, że wszystko ułoży się jak najlepiej. Babcia wróci do formy i może, kto wie? Znajdą wspólny język, którego do tej pory nie udało się nawiązać.

W ogóle okazuje się, że najstarsza z rodu jest odludkiem, nie żyje w zgodzie z sąsiadami. Nawet można powiedzieć, utrudnia niektórym życie.

Przed nową mieszkanką niełatwe zadanie. Helena jest totalnie różna od swojej babki. Potrzebuje towarzystwa innych ludzi. Samotność jest dopustem Bożym. Dlatego niewiele myśląc postanawia „zbratać” z lokatorami.



Oczywiście pomysł okazuje się sukcesem. Zyskuje znajomą w sąsiadce z naprzeciwka, piętra wyżej i jeszcze wyżej. Ogólnie jedna wielka sielanka. Nawet poznaje rehabilitanta babuni. Przystojnego mężczyznę. Reszty pisać nie muszę. Jednak jest coś jeszcze. Na samej górze, czyli strychu, znajduje się mieszkanie tajemniczego pisarza. Aktualnie przebywającego gdzieś daleko. Helena przypadkiem dowiaduje się, że babcia zajmowała się roślinami tegoż pana.

Rozpoczyna się korespondencja mailowa — w sprawie roślin rzecz jasna. No dobrze, nie tylko roślin. Helena zwierza się nieznajomemu ze wszystkiego. Od razu rzuca mi się skojarzenie z pewną bohaterką trylogii kwiatowej...

Helena, nowo poznani sąsiedzi, chłopak, który niby sprawia radość, ale jest pewne „ale". No i tajemniczy mężczyzna od maili. Aha i dwa anioły. Co z tego wszystkiego wyniknie?


Mam ogromny problem z oceną książki. Bo z jednej strony do pewnego momentu książkę czytało się genialnie. Czytałam, nie mogąc się oderwać. I nagle. Rozpoczyna się znajomość z rehabilitantem, maile z Borysem, pomaganie każdemu dokoła i ogólnie. Jeden wielki miszmasz.

Zacznijmy od postaci Heleny. Nie będę pisała Lena, bo mnie okrutnie denerwują skróty starych imion, które są piękne same w sobie. Unowocześnianie jest po prostu głupie. Taka moja opinia.

Kobieta pochodzi ze wsi. I ja naprawdę chciałabym wiedzieć, gdzie Pani Olejnik znalazła Taką wieś? Z takimi wspaniałymi ludźmi. Bo ja to chyba jednak nie wiem, gdzie mieszkam. No ale ok. Można powiedzieć, że moja wieś i moi sąsiedzi są antypatyczni i jedno wielkie zło. Bo tutaj naprawdę nikt nikim się nie interesuje. Nie biegamy po domach z ciastami, z plotkami „komu się świnia oprosiła". Mało kto jeszcze ma świnki — niestety. Helena cały czas powtarza jak to "u niej na wsi ludzie są otwarci, każdy wręcz przejawia rodzinne skłonności względem sąsiada". Taaaak, a świstak naprawdę siedzi i zawija czekoladę w te sreberka.

W mojej okolicy jest więcej wiosek niż miast. Naprawdę, musicie uwierzyć mi na słowo. Nikogo nie obchodzą sąsiedzi. Ciasto prędzej schowają, kiedy usłyszą, że ktoś się zbliża do drzwi. Ja sama, nie bardzo interesuje się „Kowalskimi".

Obraz wsi wykreowany przez autorkę to taki z lat dzieciństwa mojego ojca albo nawet i jego rodziców. Nie teraz. Ja bardzo proszę autorki nasze polskie. Przestańcie tak koloryzować. Naprawdę, na wsi ludzie nie są mili. Mało tego, są wręcz niemili, zwłaszcza dla nowych. Moja mama wprowadziła się ponad trzydzieści lat temu. Cały czas jest „tą z miasta". Wymawianym z pogardą, bo jak śmiała się poczuć swojsko. I to nie dotyczy tylko mojej wioski. Nie, takie są po prostu realia. A opisy, w których sąsiedzi biegną na pomoc samotnej kobiecinie, czy też przynoszą drwa. Między bajki można włożyć. Owszem, przybiegną popatrzyć. Oczywiście, są wyjątki, nie powiem, że nie. Nie ma jednak ogólnej miłości i atmosfery jednej wielkiej rodziny.

I nie mówię, że jest tu jedna wielka zawiść. Po prostu teraz na wsi ludzie chcą żyć swoim życiem. Nie ma rolników, którzy potrzebują pomocy sąsiada. Jak niegdyś przy sianie, wykopkach czy cieleniu się krowy.

Każdy siedzi w swoim ogródku. I nie ma ochoty by inni, zaglądali przez płot. Taka jest brutalna prawda.

Ja wiem, mogą paść zarzuty, że w moich stronach tak jest. Nie, nie tylko u mnie. Zrobiłam rozeznanie, zanim postanowiłam napisać. Mnie po prostu nużą te farmazony.

 
Kolejna sprawa. Odniosłam wrażenie, że książka na siłę byłą przegadana, by dotrzeć do takiej objętości. Według mnie zbyt wiele wątków bez znaczenia, które przyćmiły te naprawdę ciekawe. Bo nie jest tak, że Cuda i cudeńka uważam za beznadziejne. Nie, tylko ciągłe powtarzanie cudowności wsi, czy na siłę uszczęśliwianie sąsiadów, było zbędne. Swoją drogą, jestem ciekawa. Na jakiej wsi, sąsiadki tak pomagają w rodzinnych problemach. Ach, widzę wyobraźnia, potrafi ponieść.

 Ogólnie książka mogła być bardzo dobra. Jest atmosfera, ciekawe opisy miasteczka. Wyzwanie jakim jest opieka nad babcią, tajemnica z nią związana. W końcu staruszka nie utrzymuje kontaktu z rodziną, nikt nie wie z jakiego powodu. Pojawiają się nieznane osoby, które wnoszą bardzo wiele. I ten wątek razem z postacią właściciela strychu, powinny grać tak zwane pierwsze skrzypce. Jestem ogromnie ciekawa tajemnicy babci. I wiadome, sprawy z Borysem. Troszkę za mało mi było głównego wątku, a za dużo przegadania. Szkoda.

Ciekawi mnie kolejny tom, niestety mam obawy, że głównego wątku będzie niewiele, za to znowu spotkam się z nic niewnoszącymi opisami. Czasem więcej, nie znaczy lepiej. Mimo wszystko będę czekała. Zagadki za bardzo mnie interesują.





Czytaj dalej...

Kobiety ciężkich obyczajów



Długo przyszło mi poczekać, na możliwość przeczytania ostatniej części z serii „Matki, czyli córki” Nataszy Sochy. Wszędzie widziałam i słyszałam, że jest najmocniejsza książka z trylogii. Już nie taka zabawna, chwilami wręcz brutalna w szczerości opisów.

Niecierpliwiłam się ogromnie, ale cóż było poradzić, musiałam czekać i oto w końcu, nadeszła chwila, gdy zasiadła do czytania. I czytałam do tej pory, aż skończyłam, a stało się to w środku nocy, cóż poradzić, są książki, których nie można odłożyć na jutro".




Kwiryna przyjeżdża do Warszawy jako nastolatka. Matka wysyła ją do wielkiego miasta, twierdząc, że tam ma szansę na lepsze życie niż we wsi. Dziewczyna miała udać się pod podany adres, by na początku móc się gdzieś „zaczepić”, ale zbieg okoliczności sprawia, że poznaje Lucynę, doświadczoną życiowo, nieco starszą od niej kobietę. Obie są samotne i potrzebują pomocy. Być może siła wyższa zdecydowała, że miały się poznać i razem stawić czoła trudnej codzienności.

Kira nie lubi mężczyzn. To znaczy, nie lubi być od nich zależna, nie chce się za żadnym uganiać. To oni mają płakać, kiedy ich zostawia, oni mają cierpieć. Nie Kira. I nie czuje potrzeby wiązania się z tym jedynym. Zabawa trwa dopóki nie padają poważne deklaracje. Wtedy dziewczyna zakańcza relację, szybko i w miarę bezboleśnie. Dla siebie oczywiście. Tego, co czują porzuceni, nie bardzo ją obchodzi.

Przestała wierzyć w prawdziwą miłość. Jej serce tylko raz zostało zranione, od tamtej pory postanowiła mieć wszystko pod kontrolą.

Dwie kobiety, które łączy pokrewieństwo, a dzieli wiele lat. Niby odległe, a jednak bliskie. I chociaż Kwiryna została wprowadzona w świat prostytucji niezupełnie w pełni radośnie, to zrozumiała, że takie życie jest lepsze, niż zamartwianie się o kolejny dzień, co włożyć do garnka i przede wszystkim za co?

Kira nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo jest podobna do prababki, o której nigdy nie słyszała. Nikt też nie wiedział, co takiego uczyniła ta pierwsza, że została znienawidzona przez własną córkę. A gdy sprawa ujrzała światło dzienne, coś jeszcze nie dawało spokoju.






Chciałabym zacząć od słów — Ach! Cóż to była za książka! Ileż emocji, napięcia i tej charakterystycznej atmosfery przedwojennej Warszawy. Jakże ciekawie czytało się te opisy miasta, ludzi i wszystkiego, co działo się właśnie wtedy.

Wątki z Kwiryną i jej losami były naprawdę bardzo wciągające. I nie tylko ze względu na profesję, którą się zajmowała. Bo zanim do tego doszło, należało się odpowiednio przygotować. Właśnie droga do tej, można by powiedzieć lekkiej pracy, były pasjonujące i szczerze mówiąc, robiły na mnie ogromne wrażenie. Bo Kwiryna — Luiza, nie była jakąś tam podrzędną ulicznicą, to była dama do towarzystwa z wyższej półki.

Również bardzo interesujące były podboje Kiry, która z niewiarygodną wprawą i bezwzględnością zdobywała swoje ofiary i przyglądała się, jak wygląda kolejny upadek instytucji małżeństwa, czy też wierności w związku. Co nie powiem, chwilami przerażało, na myśl, że mężczyźni tak łatwo dają się zmanipulować. No cóż, należy mieć nadzieje, że będąc w związku, nasz partner nie spotka tego typu kobiety.

Oczywiście mamy podgląd na życie Kaliny oraz jej nowej rodziny. Utrzymującej się trudnej sytuacji z Konstancją, która uparcie nie potrafi zaakceptować nowego zięcia, tego, że w jej życiu znowu pojawił się wiarołomny mąż. Zbyt wiele spraw wymknęło się spod kontroli starszej kobiety. Latami uporządkowana codzienność legła w gruzach, a wszystko przez... szalejące hormony córki.

Chwaliłam poprzednie książki, bo i Hormonia i Dziecko last minute bardzo wpasowały się mój gust, tak teraz po prostu nie wiem co napisać. Kobiety po prostu są genialnie napisane. Zarwałam nockę, musiałam zakończyć. Nie zasnęłabym w nieświadomości. I gdy już dotarłam do końca, poczułam smutek. Bo koniec i co teraz?



Podsumowując, Kobiety ciężkich obyczajów po prostu trzeba przeczytać. Trzeba i koniec.






Czytaj dalej...

Tam gdzie czekał anioł

źródło


Moje kolejne spotkanie z twórczością Pani Doroty Schrammek. Byłam niezmiernie ciekawa najnowszej książki autorki. Dlatego też, gdy tylko dotarła, zabrałam się za czytanie. Wiele sobie obiecywałam po tym tytule. Liczyłam na wciągającą i ciekawą lekturę, a jak było w rzeczywistości?

 
 
Poznajemy Beatę, żonę i matkę. Kobietę, na tak zwanym zakręcie życiowym. Właśnie straciła pracę, poszukuje nowego zajęcia. Sprawę nie ułatwia upierdliwa teściowa oraz zgnuśniały mąż. Te i jeszcze inne powody, sprawiły, że postanowiła podjąć pracę w Niemczech, jako opiekunka. Poinformowała rodzinę, później rozpoczęła przygotowania do nowego etapu w swoim życiu. Tłumaczyła sobie, że wyjazd będzie w swego rodzaju, sprawdzianem jej małżeństwa, które w ostatnich latach jakby ostygło.

Podróż z Warszawy do Szczecina, upływa Beacie na rozważaniach i analizie własnego życia, czy dobrze postąpiła?

No ale nadchodzi pora, by wysiąść i stawić czoła nieznanemu. Na dworcu ma czekać pracodawca — Jakże miło z jego strony. Znam wiele kobiet pracujących w Niemczech jako opiekunki. Po ŻADNĄ nigdy nie wyjechał pracodawca.

Wraz z kobietą towarzyszymy podczas zajmowania się starszym małżeństwem. Problemami w domu-mąż ma ciągłe fochy o wyjazd małżonki. Teściowa jeszcze podjudza porzuconego syneczka. I tak cały czas.

Jest jeszcze pamiętnik, byłej więźniarki obozu, który znajdował się przy granicy. I to chyba jest najciekawsza część książki.

Napisałam już, że wiele obiecywałam sobie po książce. Niestety, niestety muszę napisać, że bardziej czułam rozdrażnienie niż ciekawość.

 
 
 
Pani Dorota Schrammek ma dziwną tendencje, ciągle i uparcie porównywania Polski i Polaków do Niemców. Oczywiście tych pierwszych, stawiając w złym świetle. Bo przecież u nas jest tak źle, a Niemcy to kraina mlekiem i miodem płynąca.

Sama fabuła była nijaka. Nie wiem, gdzie autorka posiłkowała się wiedzą, skąd zaczerpnęła informacji na temat pracy opiekunek. Bo każda, którą znam, nie miała tak komfortowych warunków. Bardzo przerysowane. Naprawdę, jeśli już tak bardzo chce się pokazać temat z pięknej strony, należy się dowiedzieć w kilku źródłach.

Bo tutaj akurat mam bardzo dobrą znajomość. I wiem, jak wygląda to zajęcie. U nich, jak i u nas są lepsi i gorsi ludzie. Dlatego nie pojmuje, skąd u Pani Doroty tak ogromna niechęć do jakby nie było swoich rodaków. Widać prawdą jest, że Polacy mieszkający w Niemczech, zachowują się dosyć osobliwie, drwiąc z własnego kraju. Smutne i jakoś pozostawia niesmak. Zwłaszcza że autorka, jakby nie było — wydaje w tej złej Polsce, a nie „cudownych Niemczech". Gdzie wszystko można od ręki załatwić. Gdzie każdy stoi z otwartymi ramionami.

I jedyne co mnie ciekawiło, i tylko dlatego dokończyłam książkę, był pamiętnik. Tylko na sam koniec nie bardzo wiedziałam, po co było tyle upchnięte w jednej maleńkiej książeczce?

Brak dynamiki, brak przewodniego wątku. Odnosiłam wrażenie, że książka była napisana, tylko po to, by kolejny raz, pokazać jak to u naszych zachodnich sąsiadów jest wspaniale — Eden wręcz. A tutaj, jedno wielkie dziadostwo i w ogóle wstyd się przyznać do pochodzenia. Nie wiem, chyba powinnam się przeprowadzić. Wszak do granicy mam tak zwane — dwa kroki.

Jest mi smutno, jestem zła. Ponieważ nie interesuje mnie, jakie ma poglądy Pani Dorota, i tego typu przytyki, powinna zostawić dla grona własnych znajomych. A nie „raczyć” nimi czytelników. Nawet pogoda u nas jest gorsza. No ja nie wiem. Powinniśmy wszyscy emigrować.
Czytaj dalej...

Zegarmistrz światła



Nie czytywałam biografii, nie ciągnęło mnie do zagłębiania się w życie znanych ludzi. Nie wiem, mam wrażenie, że są tematy, o których nie powinno się wiedzieć. I pewnych granic po prostu nie przekraczać. Co więcej, jak można ocenić zwierzenia drugiej osoby? Bo uważam, że w pewnym sensie, opowieść, jaką odkrywa dana osoba, jest w pewnym stopniu zwierzeniem dla czytelników. Jak dalece prawdziwe? Tutaj pozostaje mieć zaufanie do autora.

Jakiś czas temu zainteresowała mnie rozmowa Tadeusza Woźniaka z Witoldem Górką i nie dlatego, że jestem jakąś specjalnie wielką fanką muzyka. Po prostu coś sprawiło, że poczułam chęć przeczytania. A jakie są moje wrażenia po zakończonej lekturze?

Tadeusza Woźniaka zna większość, oczywiście dla większości znakiem rozpoznawczym jest słynny "Zegarmistrz światła", myślę, że tutaj nie powinno być wątpliwości. Jednak zanim powstał ten niepowtarzalny utwór, Tadeusz Woźniak przebył długą drogę, by znaleźć się w tym miejscu, w którym jest.

Swoją opowieść zaczyna od początku. Czyli dzieciństwa w powojennej Polsce, wspomnienia te są bardzo intymne, muzyk opowiada o biedzie, z którą zmagała się rodzina, co nie znaczy, że w ich domu czuli się nieszczęśliwie. Wtedy były ważniejsze sprawy. Warszawa powstawała na nowo z gruzów. Jako dziecko biegał pomiędzy gruzowiskami i widział, że oto na jego oczach dzieje się coś ważnego.

Później nastąpiła zmiana ustroju, wielu kojarzącym ze złem i uciskiem. Jednak dla kogoś, kto wychowywał się w naprawdę trudnych warunkach, trudno jest stanąć przeciwko temu, co sprawiło, że mógł pobierać nauki w dobrych szkołach, odbić się od przysłowiowego zera społecznego. Nie oszukujmy się, po wojnie było trudno się dorobić.

Woźniak w swoim wywiadzie jest niesamowicie szczery, co sprawia, że czyta się go niespodziewanie lekko, nie ukrywa popełnionych błędów, które w taki czy inny sposób zmieniły bieg przyszłości. Opowiada o znajomościach, mniej lub bardziej ważniejszych. Swoim odkrywaniu muzyki. Pierwszych wyjazdach w trasy koncertowe, nagranych płytach. Procesu powstawania.

Czytałam z ogromnym zainteresowaniem. Z początku obawiałam się, że może popełniłam błąd, sięgając po tę książkę. Na szczęście moje obawy bardzo szybko się rozwiały. Dodatkowo książka została wzbogacona fotografiami z różnych etapów życia artysty, możemy podejrzeć, jak wyglądała okładka pierwszej płyty, poznać z historią powstania, jak wyglądały produkcje muzyczne w czasach PRL-u. Mnóstwo ciekawostek, które sprawiły, że ujrzałam Tadeusza Woźniaka, nie tylko jako znanego muzyka, ale człowieka latami dążącego w określonym kierunku. Ta droga była różna, zdarzały się wyboje, zakręty, ale jednak cel zostawał ten sam.

Jestem mile zaskoczona książką, tego, jak dobrze się ją czytało. I przyjemnie wracało do przerwanych rozdziałów. Myślę, że każdy, kto jest ciekawy tego tytułu, nie powinien zwlekać. Warto nabyć i podczytywać. Po prostu pozwolić sobie, wczuć się w rozmowę dwóch mężczyzn, wyobrazić, o czym opowiada Tadeusz Woźniak. Naprawdę warto.
 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKA.
Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka