Sprzeczne sygnały

źródło


Sprzeczne sygnały, przeczytałam dosyć dawno. Nie bardzo wiedziałam, o czym będzie, ponieważ tutaj decyzja padła w ciemno. Znam bardzo dobrze twórczość Kasi Bulicz-Kasprzak i jeszcze nigdy się nie zawiodłam. Dlatego widząc zapowiedź, nie musiałam długo się zastanawiać. Troszkę zmyliła mnie okładka, ponieważ według mnie, zupełnie nie pasuje do tego, co zastajemy w środku. Kojarzy się z młodzieżową opowiastką. Tutaj sprawdza się powiedzenie — nie oceniaj książki po okładce. Gdybym miała się kierować powłoką, raczej nie zdecydowałabym się na przeczytanie. No ale, autorka jest już pewnikiem samym w sobie, udawałam, że okładki nie widzę. Najważniejsze jest wnętrze, a jakie było?


Książka rozpoczyna się dosyć intrygująco, co najciekawsze, później mamy przeskok w czasie, który pokazuje, co wydarzyło się przed tym, do czego zostaliśmy wprowadzeni.

Poznajemy rodzinę Janickich, która jak się okazuje, skrywa sporo tajemnic. Z pozoru poukładana, niemalże idealna, a jednak za murami, opadają wszystkie wyuczone sztuczne uśmiechy, fasada idealnej żony, męża czy też siostry — opada, przedstawiając prawdziwe oblicza.

Zacznijmy od Ludmiły, bo to za jej sprawą, rozpocznie się plątanina dziwnych, często niebezpiecznych wydarzeń.

Kobieta pracuje w Urzędzie Miasta, tego dnia musiała zostać dłużej w pracy, aby dokończyć zaległe sprawy. W dodatku miała zły humor, do domu wróciła jej siostra bliźniaczka, z którą od lat żyła delikatnie mówiąc, niezbyt przyjaznych relacjach.

Akurat tego paskudnego dnia, musiała wejść do gabinetu, po dokumenty brata, startującego w wyborach na burmistrza. Znajduje ciało zabitego człowieka, nie ma przy tym żadnego świadka własnej obrony.

W dodatku, gdyby ktoś zaczął szukać motywu, stałaby się pierwszą podejrzaną. I chyba właśnie ta myśl, doprowadza Ludmiłę do decyzji, której w normalnej sytuacji w życiu by nie podjęła. Dzwoni po pomoc do swojej znienawidzonej siostry Izy.

Iza wyjechała wiele lat temu, ułożyła sobie życie, tak jak chciała. Przynajmniej takie miała wrażenie. Niestety, coś na pewnym etapie przestało działać, jak należy. Ukochany jakby przestał nim być, w końcu wyjechał na jakiś kontrakt, a ona odkryła, że znalazła się na zakręcie życiowym. I by odszukać stabilizacji we własnym życiu, wraca do rodzinnego miasteczka, do rodzinnego domu, po co? Chyba sama niespecjalnie potrafi odpowiedzieć, na to pytanie. W dodatku Ludmiła, stare sprawy jakby dalej są aktualne, no i na domiar złego musiała wpaść w tarapaty.

Gdy siostry, próbują działać wspólnie, na światło dziennie zaczynają wychodzić sprawy, o których wielu nie miało pojęcia.

Jak zakończy się sprawa morderstwa, jakie skrywane sekrety ujrzą światło dzienne, podczas prowadzenia dochodzenia?


 
 
Muszę przyznać, że książkę czytało się niesamowicie szybko. Byłam niezmiernie ciekawa tego, kto jest kim, jakie ma powiązania i dlaczego. Może nie jest to, taki typowy kryminał, bo te akurat są bardziej brutalne, może trzymają w większym napięciu. No i policja działa konkretniej. Niż bohaterowie tej historii. Tutaj mamy lekki humor, nie przerysowany, taki w sam raz. Może chwilami zachowanie panów policjantów drażniło, no ale, nie ma ideałów.

W książce pojawia się wielu bohaterów, ich mnogość może chwilami przytłoczyć, aby ogarnąć kto i dlaczego, jakie ma powiązanie z daną osobą. Na szczęście jak dla mnie, po pewnym czasie, było wszystko wiadome. Chociaż zdaje sobie sprawę, że nie każdemu może przypaść do gustu, aż tyle postaci, które nie zawsze odgrywają szczególną rolę.

Wspomniałam na początku o okładce, no nie mogę jej dopasować do całości. Jest oderwana od historii, no po prostu trąci tanim romansem, z najniższej półki, aż szkoda. Bo chociaż Sprzeczne sygnały, nie należą do mocnego kryminału, tylko ciekawie zarysowanej sensacji, z wieloma rodzinnymi tajemnicami, nie zasłużyłaby zostać, sprowadzona, do jakiegoś słabego romansu. No a niestety, okładka jednak odebrała wiele.

Dlatego bardzo proszę, nie kierujcie się dziewczyną, bo ona chyba niewiele ma wspólnego z fabułą. Już spotkałam się opisami nie na temat, teraz okładki zaczynają żyć własnym życiem. Na całe szczęście, książka się broni, dobry poziom, warto przeczytać.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Edipresse Książki.

Czytaj dalej...

Bieg do gwiazd

źródło


Choroby, pojawiają się w naszym życiu. Nie ważne ile mamy lat, zawsze budzą dyskomfort, nawet jeśli cierpi się na tak zwany — katarek. Dokucza i sprawia, że świat staje się zniekształcony. Na szczęście z lżejszymi przypadłościami można szybko się uporać. Gorzej jest, gdy nasz organizm dosyć poważnie zaczyna szwankować. Choroby, które nie przejdą leczone za tydzień, a nieleczone siedem dni.

Nie, tutaj rzeczywistość jest o wiele brutalniejsza. I nawet gdy jest bardzo źle, ważne by, mieć przy sobie kogoś, kto pomoże nam się podnieść, gdy wątpiąc, upadniemy. Poda chusteczkę, kiedy łzy same popłyną, powie, że — będzie dobrze. Bo czasem, po prostu wystarczy pomóc uwierzyć w słońce, którego dawno się nie widziało.


 
Bohaterką książki jest Ada, chorująca na cukrzycę. Chorobę, która utrudnia normalne funkcjonowanie. Zwłaszcza gdy spada w wieku, kiedy interesują nas zabawki, czy huśtawka jest wolna. I moment zamiany, tego wszystkiego na igły, pompy i cały sprzęt wspomagający, nie wydaje się optymistycznym. Wtedy właśnie, mając tych kilka lat, gdy ze swojego dziecięcego świata, zostaje się wyrwanym, potrzebna jest pomoc, oparcie w tych najbliższych, by wytłumaczyli, że to nic, jakoś sobie wspólnie poradzą. Nauczą z tym żyć.

Niestety, Ada nie usłyszała takich słów. Ani wtedy gdy była siedmioletnią dziewczynką, ani później. Nawet wtedy, kiedy postanowiła opuścić świat, który nagle się zmienił. W którym kochający rodzice, z dnia na dzień, przestali zauważać w swoim życiu. Jak gdyby choroba, sprawiła, że stała się niewidzialna.

Pozostawiona sama z sobą i cukrzycą, Ada czuje się odepchnięta i zbędna. Dla matki od dawna nie istnieje, ojciec przyłączył się do żony. I nawet siostra, pozostała odległa, jakby była kimś zupełnie obcym.

Pobyty w szpitalach psychiatrycznych zaczęły być czymś normalnym. Jednak nawet tam, nie można przebywać w nieskończoność. Nastolatka musi spróbować funkcjonować poza murami miejsca, w którym obcy ludzie, starali się naprawić coś, na co nie ma żadnej tabletki.

Dziewczyna wróciła do domu. Oczywiście nikt jej tam nie oczekiwał. Po prostu weszła do niego, jakby ostatnie miesiące, nie spędziła poza nim. Teraz zacznie się udawanie, do kolejnej próby. Tylko tym razem, nie przewidziała, że otrzyma list, od jedynej osoby, która o nią walczyła. List, za sprawą, którego, będzie chciała spełnić, ostatnią wolę, ukochanej babci. Tym samym, nieświadomie spróbuje czegoś innego, niż dotychczas.

 
 
 
Bieg do gwiazd jest trudną książką. Przede wszystkim, wielu odbiorcom otworzy oczy, na jaką chorobę jest cukrzyca. Chociaż, tu nie chodzi o samą cukrzycę. Również depresja, czy inne przewlekłe choroby, z którymi często trzeba stawić czoła.

Gdy diagnoza nagle ścina z nóg, gdy spada na nas, uczucie odrętwienia i zagubienia. Z mnóstwem pytań, co będzie dalej? Bardzo trudna sytuacja, jeszcze gorzej, pozostanie z tym wszystkim samemu. Bez wsparcia najbliższych.

Ada została zupełnie sama. I czytając, o rodzicach, którzy po prostu przestali zwracać uwagę, na swoje własne dziecko, sprawia, że czuje się niedowierzanie i gniew. Bo jak, tak można? Jak można odwrócić się od własnego dziecka, cząstki siebie, kiedy najbardziej tego potrzebuje?

Nie mogłam tego pojąć i ogarnąć. Szczerze mówiąc, byłam tym zdruzgotana. Diagnozy poważnych chorób, dla dorosłego są ciosem. A co dopiero dla dziecka, które nie może odnaleźć się w sytuacji, która odmieni się już na całe życie?

Przyglądamy się, jak ta nieszczęśliwa dziewczyna, próbuje spełnić ostatnią wolę babci. I pomalutku odkrywa, że nie jest całkiem sama. Niestety, ból noszony przez wiele lat, nie przeminie ot, tak. Rany na duszy, goją się najdłużej. Ada próbuje patrzeć na świat z innej perspektywy. Ma w tym pewien cel.

Czy po wielu latach, bycia obok życia, można zacząć w nim uczestniczyć, nauczyć się być normalnym? Odciąć od tego, co było złe. I po prostu pójść dalej?

Sama nie wiem, czego oczekiwałam po zakończeniu. Może spodziewałam się takiego, może miałam nadzieje, na coś innego? Jedno jest pewne, to nie ostatnia strona jest najważniejsza. Tylko cała historia. Ważna książka, bardzo dobrze napisana. Szczerze i od serca. Widać, że została dopracowana pod każdym możliwym względem. Brawo i gratulacje dla autorki. Oczywiście polecam Bieg do gwiazd.



Za możliwość przeczytania książki, dziękuję autorce oraz wydawnictwu Szara Godzina.

Czytaj dalej...

Fake it

źródło

Tej książki nie chciałam przeczytać. Nawet nie myślałam, by się w nią zaopatrzyć. Jednak do mnie przybyła. Skoro znalazła się pod mym dachem, to co mi szkodziło? Odleżała, odczekała i pomyślałam, a co mi szkodzi? Zabrałam się za czytanie. Bo szanse trzeba dawać, zwłaszcza młodym autorom. Niechaj się nie zrażą. Może nie należę do najmilszych oceniających, ale wierzcie mi na słowo, Ja naprawdę nie lubię czytać złych książek, krytykuje, gdy nie mam wyjścia.

No dobrze, tyle słowem wstępu, jak odebrałam książkę, której tytuł niewiele mi mówił, czy warto było dać szansę? O tym już za chwilę.
 


Sparks — nie, to nie ten od ckliwych powieści miłosnych. To dziewczyna, która ma imię, jednak go nie używa, większość zwraca się do niej po nazwisku. Poznajemy ją, gdy stoi przed drzwiami wróżki. Postanowiła, że przed własną śmiercią, że pójdzie popatrzeć w przyszłość. Ot, takim czarnym humorkiem się wykazała. No i stoi sobie nasza panienka, analizuje, co w ogóle tam robi. Gdy po pewnym czasie, przychodzi kolejna chętna, zajrzenia w przyszłość.

Dziewczyny zaczynają ze sobą rozmawiać, no dobra, jeśli można te dziwne wymiany zdań nazwać rozmową. W końcu jedna i później druga, idą po swoje wróżby.

Ogólnie to od momentu wyjścia, od wróżki, zaczynają się dziać rzeczy, które może na samym początku miały w miarę dobre rokowania. Później niestety, nastąpiła równia pochyła na samiutkie dno.

Dziewczyna, która zjawia się po Sparks, chyba miała na imię Indie, no bo wiecie, autorka, żeby było fajnie, osadziła akcję gdzieś nie w Polsce, żeby było bardziej światowo, bo taka Danka czy Kasia, nie brzmiałoby na tyle fajnie co Indie... Jednak nie o tym. Miejsce akcji to akurat kropla w morzu, które niestety pogrążyło historyjkę.

Indie chce pomóc Sparks, nie wiemy dlaczego, ale prosi ją, by ta dała, jej szansę i spędziła z nią 24 godziny, przez które może jednak zmieni zdanie.
 
 Dwie nieznajome dziewczyny, idą w miasto, by spróbować. Jedna przekonać, przyszłą samobójczynie, by żyła. Druga, udowodnić, że nic nie jest wstanie odwieść, od dawno temu podjętej decyzji.  
 
Wygląda bardzo obiecująco i ciekawie prawda? To samo pomyślałam.


I szczerze, no może tego nie kupiłam, ale byłam ciekawa tejże być może ostatniej doby, może była szansa, i właśnie tej szansy byłam ciekawa. N
 
o i kurczę, chciałam autorki zapytać. Naprawdę? Co to było?

 Bo nie otrzymacie odpowiedzi, na wiele pytań, które z początkiem historii, na pewno pojawią się w waszych głowach.
 
 
Depresja, czy stany lękowe. To poważne problemy. O ile ze stanami lękowymi, dobrze jest próbować samemu poradzić, o tyle depresja, czy myśli samobójcze to już wyższa szkoła jazdy. Tutaj mydlenie oczu, że spotkamy bratnią duszę, ona mnie pocałuje, nie sprawi, że taka osoba nagle poczuje, że chce żyć. Nie, to tak nie działa.

W 24 godziny nie ma możliwości zapanować nad stanami lękowymi. Z tym bardzo często, walczy się latami. Proszę mi wierzyć, wiem z własnego doświadczenia. Żadna bratnia dusza, w tym nie pomoże. I jestem zła. Bo nie lubię, kiedy tak poważne problemy, są bezmyślne wykorzystane.

Relacja między dziewczynami jest dziwna. Rzekłabym — totalnie pokręcona. I przez większość książki, odnosiłam wrażenie, że dzielą mnie lata świetlne, między tym, co próbowała przekazać Sandra Nowaczyk. Bo to może miało dobre założenie, niestety było tak powierzchowne, tak płytkie. By na końcu próbować zrobić BUM, no ale. Niestety, nie tędy droga.

Chęci były, jakaś wiedza mniej więcej, z naciskiem na mniej. Bo nie wystarczy interesować się Psychologią, by móc pisać, w sposób, w którym się wydaje, że nagle zbawi się świat. Ta historia była niedopracowana. Może trzeba było poświęcić więcej czasu? Nie mam pojęcia. Do mnie nie przemówiła. Zmęczyłam się, denerwowałam przez większość książki. I na końcu, zamiast poczuć jakieś emocje, byłam po prostu zła na siebie, że poświęciłam mój czas, na coś, co naprawdę nie było godne uwagi.
 
 Bo wiecie, one oczywiście miały swoje tajemnice, dramaty, traumy. I gdyby porządnie zostało napisane. Ta historia, naprawdę byłaby konkretnie smutna i przytłaczająca, może nawet pouczająca. Niestety, między jednym zwierzeniem, a drugim, działy się sytuacje, które po prostu psuły odbiór. I na sam koniec, zepsuły wszystko.
 
 Chciałabym napisać coś pozytywnego. Niestety, nie umiem pisać nieprawdy. Mogło być coś ciekawego, a wyszło zbyt chaotyczne, przekombinowane. Czy polecam? Ja żałuję, że poznałam te historię, ale wybór każdy podejmuje sam. 


Książka otrzymana od wydawnictwa Feeria.
 
Czytaj dalej...

Niedyskretnik



Gdy pojawiła się zapowiedź tejże książki, z początku nie myślałam, czy będę chciała przeczytać. W końcu zdecydowałam się, że jednak chcę. I gdy dotarła do mnie, chciałam sobie przejrzeć, o czym traktuje dokładnie, w jakiej formie jest napisana. Ogólnie czy przypadnie mi do gustu. Jeszcze wtedy nie spodziewałam się, że z chwilą otwarcia, przepadnę. Dlaczego? O tym w dalszej części tekstu.

Autorka postawiła na bardzo fajną narrację, mianowicie zwraca się do czytelniczki. W pewnym sensie prowadzi taką rozmowę, z nami czytającymi. Już słowa wstępu po prostu mnie kupiły. Później już było tylko lepiej. Zacznijmy jednak od najważniejszego. Czy lubicie klimaty Jane Austin, czy Charlotte Bronte? Może być również Elisabeth Gaskell. Dlaczego o nie pytam? Ponieważ każda z nas, która pokochała Rozważną i Romantyczną, czy Północ i Południe, czytając bądź oglądając filmy, nie widziała i chyba też, nie wiedziała jednego. Jak ówczesne kobiety, radziły sobie na przykład w toalecie. I przede wszystkim, czy takowa istniała, a jeśli tak, to jaka i gdzie?

Właśnie od tego zaczynamy naszą podróż do przeszłości. Od załatwiania swoich potrzeb, o których nie mówimy na głos. A przynajmniej nie wszyscy, że wszyscy udajemy się do „świątyni dumania”, jest wiadome. No, ale, jak było wtedy?

Ja oczywiście miałam świadomość, że w tamtych czasach łazienki nieco różniły się od naszych, bo kto uważnie oglądał filmy, widział, a raczej, nie widział klozetu w miejscu odbywania kąpieli. I to nie był przypadek, ich tam po prostu nie było. Przez bardzo długi czas, nie było mowy, by wucet znajdował się w domu.

No i teraz przejdźmy do konkretów, gdzie panie, noszące sztywne i fantazyjne suknie, chodziły załatwiać swoje potrzeby? Jak się to odbywało? Cóż, warunki nieco dramatyczne, zważywszy na fakt, że po prostu wtedy, higiena pozostawiała wiele do życzenia. I kiedy już, już sobie pomyślałam, że no gorzej być nie może. Autorka sprowadza na ziemię. Owszem może.



Bo kto, jak nie kobiety musiały mieć ciężko. Codzienne czynności, swoją drogą, a comiesięczne przypadłości, były i wtedy. Z tą różnicą, że nie było szans, na choćby watę, podkład czy inne udogodnienia. Jak więc kobiety sobie radziły?  Tutaj wspomogę  się, ślicznym obrazkiem. 




Szczerze mówiąc, gdyby nie świadomość, że to naprawdę tak mniej więcej wyglądało, mogłabym się pośmiać. A tak, muszę oddać szacunek paniom, które wtedy musiały sobie radzić. Bo ja, teraz mam kompletny dramat, dni wyjęte z życiorysu, a gdybym musiała chodzić z czymś takim między nogami. Boże litościwy, chyba kazałabym się dobić.

Zabawne były teorie medyczne. Oczywiście prowadzone przez mężczyzn. W tamtych czasach wszystko prowadziło do suchot. Nawet miesiączka źle odpływająca, czy o nie takim zabarwieniu co trzeba, mogła być przyczyną suchot. W sumie to suchoty były przez wszystko.

Oczywiście przypadłości kobiet, były odbierane jako coś złego. W sumie kobiety był wcieleniem zła. Dlatego krwawiły. Wiadomo. Mężczyzna nie krwawił, chyba że był na wojnie i został ranny. Kobieta krwawi sama z siebie. Demon. To też, bidule musiały być bardzo dyskretne w oczyszczaniu tego, co pomagało im zatrzymać krwawienie. Cóż, łatwo nie było. Kolejny powód do podziwu



Trzeba oddać autorce, spisała się świetnie w swoim oprowadzaniu po czasach, odzierając z niewiedzy. Zaglądamy do najbardziej dyskretnych i zachowywanych pod zasłoną milczenia tematów. Chwilami brutalnie szczera, bo naga prawda, czasem aż przerażała. Ja się dziwię, że wtedy i tak tylu ludzi przeżyło. Wszechobecny brud, smród i po prostu tragedia. Gdzie woda do picia, mieszała się ze ściekami. Później zarazy i epidemie. Cóż, takie były to czasy, ukryte za fasadą strojnych sukien, pięknych fryzur i uśmiechów. Prawda jednak jest mniej dostojna.

Jestem bardzo zadowolona, z posiadania Niedyskretnika, myślę, że nie jeden raz do niego zajrzę. Z chęcią przypomnę sobie, to i owo. Była to pouczająca lektura. Szczerze i od serca polecam.



Tekst stanowi oficjalną recenzją dla portalu DużeKa.

Czytaj dalej...

Troje na huśtwace



Bywają książki, które czyta się jednym tchem. Mają w sobie coś takiego, co sprawia, że tekst a wraz z nim strony, przepływająca niepostrzeżenie. Są również takie, przy których trzeba się zatrzymać, przetworzyć informacje i dopiero po tym czasie iść dalej, zagłębiać w tekst. No i jeszcze jedne, takie pół na pół, z jednej strony czyta się dobrze i nawet szybko, a po chwili coś nas zatrzymuje i nakazuje pomyśleć przez chwilę, zanim ruszymy dalej. Tak właśnie miałam z książką Troje na huśtawce, a jak oceniam całość?


 
Koralia jest w wieku, który zasadniczo trudno zakwalifikować, by nie urazić. Bo z jednej strony przekroczenie czterdziestki nie jest niczym strasznym, z drugiej, daje świadomość z tylu głowy, że oto młodość gdzieś została za pewnymi granicami, a teraz to już coraz bliżej starości. Oczywiście mówimy o wieku liczbowym. Bo tak naprawdę. Starość czy młodość jest stanem ducha. Od tego, jak bardzo my sami odnajdujemy się w danej rzeczywistości. Problem zaczyna się wtedy, gdy zaczynają się ograniczenia wiekowe. Bo po czterdziestce to czy tamto już nie wypada. Bo już są boczki, bo zmarszczki itd.

Taka właśnie jest nasza bohaterka, zatrzymana w wieku, którego nie bardzo lubi, ale tak naprawdę, gdy była młoda, nie bardzo korzystała z cyfr, które same siebie usprawiedliwiały, wraz z postępkami, które się uczyniło.

I właśnie w tym dziwnym wieku „pomiędzy”, Koralia się zakochała. I chyba nie byłoby w tym nic wielkiego, gdyby nie fakt, że obiekt jej zainteresowania — z wzajemnością zresztą. Był synem najlepszej przyjaciółki, w dodatku osiemnaście lat młodszym. Tak. Teraz z pewnością reakcje są pełnie oburzenia, zniesmaczenia i całej reszty, która myśli jedno. Potępić i ukarać. Prawda?

Jednak Koralia i jej ukochany, pomimo przeszkód, jakie z pewnością w końcu się pojawią, postanawiają dać sobie szansę. Ona ma większe opory, On tłumaczy jej, że jest dorosły i w końcu kocha. I naprawdę tak jest.

Tylko jest jeden, maleńki problem. Matka i przyjaciółka. Czy będzie umiała pogodzić się z tym, co dwie najbliższe osoby zafundowały, czy przyjaźń będzie postawiona na granicy wyboru? I najważniejsze, czy taka miłość ma szansę?



Ciekawiła mnie książka, która miała ukazać związek, czy romans, jak kto woli. Starszej kobiety i dużo młodszego mężczyzny. Mnie akurat specjalnie to nie gorszyło. Ponieważ uważam, że skoro mężczyźnie wolno stanąć na ślubnym kobiercu z 25 lat młodszą oblubienicą, to tal samo działa w odwrotną stronę.

Sprawa o tyle była trudna, że chodziło o syna przyjaciółki. I chyba ten aspekt wzbudzał największe emocje. Z jednej strony chłopak był już dorosły, świadomy tego, czego chciał. Z drugiej Koralia i jej rozterki. Tutaj nie można powiedzieć, że zachowywała się niezdecydowanie i być na nią o to złym. Ja rozumiałam te wahania, to miotanie w różne strony. Trudno powiedzieć sercu przestań, bo rozum krzyczy, że tak nie wolno. I tak naprawdę dlaczego?

Była Aurelia, matka i przyjaciółka. Jak powiadomić nieświadomą przyjaciółkę, matkę — główną zainteresowaną, że mimo tego, że zdaje się niemożliwe, właśnie na nich coś takiego padło?

Trudne wybory, trudne decyzje. Jeszcze trudniejsze skutki, a wszystko przez miłość, która postanowiła pobawić się cyframi. Czy jest w tym coś złego?

Książkę czytałam dosyć długo. Sama nie wiem dlaczego. Bo jest naprawdę ciekawa. I chociaż Natasza Socha, postanowiła nieco nam utrudnić, i formę pamiętnika Koralii, czytamy z nieco pomieszaną kolejnością zdarzeń, mimo wszystko czytało dobrze. Mnie może przytrzymywały te rozmyślania kobiety, jej analizy, wspomnienia i ich wpływ na aktualne wydarzenia.

Kibicowałam bohaterce, uważam, że miłość powinna otrzymać szansę. Wiek to tylko cyfry, ograniczenia stawiamy my sami. Jeśli chodzi o szczęście, nie powinno się o nich myśleć.

Zakończenie sprawiło, że nie mogłam spać w nocy i rozmyślałam. Nad tym, co dalej, jaki powinien być finał. Nie wiem, czy autorka planuje kontynuacje, chyba bardzo bym tego chciała. Jeszcze bardziej bym życzyła sobie, by ludzie przestali oceniać innych, tylko dlatego, że ośmielili się wyjść poza ramy, które narzucili jeszcze inni ludzie. Szczęście, ono się liczy, jeśli nie krzywdzi innych, powinno być akceptowane. Nawet jeśli my sami, nie podjęlibyśmy się podobnych decyzji. Chociaż jak mówi powiedzenie — nigdy, nie mów nigdy.

Myślę, że jest to jedna z najbardziej poważnych książek. Oczywiście jest szczerość i prawdziwość. Wiadome, ale chyba dotyka tego, od czego ludzie lubią uciekać. Trzymam kciuki za takie Koralie, które nie boją się cyfr. A książkę polecam.
 

Książkę przeczytałam, dzięki wydawnictwu Edipresse książki.


Czytaj dalej...

Koń, który mnie wybrał. Jak znękana klacz uleczyła sponiewierane serce

  źródło
Próbuję sobie przypomnieć, kiedy książka trafiła w moje ręce, ale coś nie bardzo mi wychodzi. W każdym razie dosyć sporo wody upłynęło, nim postanowiłam, że oto nadeszła pora właśnie na nią. Z opisu okładkowego, "polecanek" i całej reszty, historia miała być bardzo poruszająca i łzawa. Lubię czasem tego typu opowieści, to też nastawiłam się na wzruszenia. Jak było?

Przede wszystkim należy się małe sprostowanie. Klacz wcale nie wybrała swej pani, po prostu stado, które potrzebowało pomocy, było w tak ogromnym ścisku, że nie szło w sposób humanitarny dostać się do konia, którego wcześniej ktoś przydzielił Susan.
Kobieta widząca co się dzieje, zaproponowała, żeby wziąć pierwszego lepszego konia, który będzie najbliżej wyjścia. By nie ucierpiały inne, zlęknione i schorowane.

Troszkę ktoś chciał ugrać na chwytliwym tytule. Nie bardzo lubię takie sztuczki. Bo rzeczywiście oczekiwałam jakiegoś porozumienia dusz. Klacz spojrzała w oczy kobiecie, no i nagle do niej podeszła. Nic z tego. Już na wstępie muszę Wam odebrać nadzieje.




Historię opowiada Susan, kobieta w średnim wieku, mieszkająca wraz z końmi, po rozstaniu z mężem nie potrafiła nawiązać znajomości z nowym mężczyzną. Jej czas zajmowały konie oraz zajęcia terapeutyczne w ośrodku pomocy społecznej.

Nie planowała zakupu kolejnego konia. Trójka jej wystarczała. Jednak gdy otrzymała telefon ze stowarzyszenia, nie potrafiła odmówić. Cierpienie niewinnych zwierząt sprawiało, że po prostu musiała pojechać i pomóc chociaż jednemu. Tak trafiła do niej Lay Me Down wraz ze swoim źrebakiem.

Klacz była w fatalnym stanie zdrowotnym. Tak naprawdę, nie było wiadomo czy podane leki pomogą, czy jej organizm stoczy walkę z chorobą. Osłabienie, warunku, w jakich wcześniej się znajdował. Wszystko działało na niekorzyść Lay Me Down, ale Susan nie poddawała się, wraz ze swoją przyjaciółką postanowiły, zrobić co mogą, by nowa podopieczna stanęła na nogi.

Pomiędzy historią chorej klaczy, poznajemy również tych, którzy już byli obecni wcześniej. Jedna, ale bardzo zadziorna klacz i dwóch ogierów.

Jest jeszcze opowieść o samej Susan, której historia często cofa się do wczesnego dzieciństwa, by przybliżyć czytelnikowi, dlaczego kobieta znalazła się właśnie w tym miejscu sama. Co sprawiło, że jej życie potoczyło w taki, a nie inny sposób.



Trudno jest mi oceniać książkę, ponieważ opowiada o czyimś życiu. Jako że tego typu publikacje są zbyt prywatne, nie jest łatwo postawić ocenę. Dlatego postaram się by moje odczucia, były tylko na temat samej formy, w jakiej książka została napisana i skupie się na drugiej głównej bohaterce - Lay Me Down.

Czegoś mi zabrakło w historii, jaką ukazała Susan Richards, pewnych emocji, czegoś, co by sprawiło, że to wszystko było prawdziwe, a nie suchymi faktami. Zlepkiem wydarzeń, których była wstanie nam ukazać, ale zbyt mocno ocenzurowanych i przez to, nie poczułam samej Susan w Susan.

Co się natomiast tyczu klaczy, no tutaj to byłam bardzo zaangażowana w jej losy. Zawsze przeżywam, gdy w książkach pojawiają się skrzywdzone zwierzęta, a Lay Me Down, była wyjątkowa. Chyba pod każdym możliwym względem. I to właśnie jej historia, jej opowieść sprawiła, że płakałam. Przeżywałam wszystko intensywnie i nie mogłam pogodzić z tym, co ją spotkało.
Czy historia była rozdzierająca? Aż tak bym jej nie określiła. Bo patrząc na samo życie Susan, no jak u większości, różnie bywało. Raz lepiej, raz gorzej. Piękna była jej postawa względem koni. I to właśnie ta część książki robi największe wrażenie, znaczy sama postać Lay Me Down.

Nie mogę jednak powiedzieć, bym odczuła, jak klacz uleczyła zranione serce Susan, jak wspomniałam na początku, to jakby odrębna historia, która miała za zadanie tylko wypełnić wydarzenia, pomiędzy tym, co miało być o koniach.

Czyta się szybko, ale nie ma też wartkiej akcji. To z jednej strony zwykła opowieść, o kobiecie i klaczy. Jednak to klacz jest tą, dla której chce się skończyć książkę.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKA.

Czytaj dalej...

Hotel nad zatoką

źródła


Bardzo lubię sagi i inne publikacje dotyczące tajemnic rodzinnych. To też, gdy tylko zobaczyłam zapowiedź Hotelu, pomyślałam, że mogę wraz z bohaterami, spędzić bardzo przyjemnie czas. Opis napawał optymizmem, no i klimatyczna okładka. Czegoż chcieć więcej? Tylko czytać i rozwiązywać, skrawek po skrawku sekrety, latami skrywane.

Książka już od jakiegoś czasu przeczytania, historia poznana. Teraz pozostaje napisać, o czym jest dokładnie i czy warto poświęcić jej uwagę?


Rodzeństwo — w większości kojarzy się pozytywnie. Ludzie, którzy są dla siebie od zawsze najbliżsi. Inaczej sytuacja wygląda, gdy czas rozdziela, niegdyś nierozłączne dzieci. I pokazuje, że świat, o którym do tej pory słyszało się z daleka, rządzi innymi prawami. Gdzie więzy krwi, niekoniecznie mają jakieś znaczenie.

Jedni szczycą się własną przeszłością, skąd pochodzą. Inni zaś, woleliby nie wracać pamięcią do czasów, które nie kojarzą się zbyt radośnie. Jedno jest pewne. Wymazać nie można tych, za sprawą, których pojawiliśmy się na tym padole.

Siostry Bradford mieszkały i wychowywały się w hotelu. Wydaje się czymś świetnym, prawda? Nie do końca, bo dziewczynki, już od najmłodszych lat, musiały pomagać w pracach, które tak naprawdę, powinny należeć do zakresu obowiązków obsługi. Jednak tak krawiec kraje, ile mu... No i dlatego, matka i zarazem właścicielka hotelu, robiła co mogła, by dobytek życia rodziny, jej męża, a teraz także jej, nie popadł w ruinę i w końcu prosperował tak, jak należy. Praca żmudna i wymagająca poświęceń. Jak się mówi albo kariera, albo rodzina, coś za coś. Dla seniorki praca i renoma była całym życiem. Nie liczyło się nic innego. Na swoją markę trzeba nieustannie pracować. Bez względu na wszystko.

Trzy siostry, odkąd pamiętały, ich życiem był hotel. Matka, która była niedostępna i ojciec, którego szybko zabrakło. Nie, nie umarł. Odszedł. Do innego życia.

Gdy wszystkie kobiety spotykają się po latach, okazuje się, że każda ma swoje tajemnice, coś, co, próbowała zataić przed resztą. Teraz czas, przyszedł po to, co swoje. I trzeba będzie zmierzyć z prawdą. Czasami dosyć bolesną.

Hotel nad zatoką zapowiadał się naprawdę bardzo tajemniczo. Wyobrażałam sobie sekrety, rodem z dreszczowca. No dobrze, żartuje. Prawdą jednak jest, że oczekiwałam, naprawdę mocnych wątków, które poprzestawiają życie bohaterów. Czy coś takiego zastałam w książce Holly Robinson? Niestety nie. Owszem, były jakieś tam niedomówienia. Bo i tajemnicami tych spraw, nazwać trudno mi było. To bardziej nieporozumienia, które pod wpływem emocji, wywarły zbyt intensywne wrażenie. Co z czasem, urosło do większej rangi, niż powinno.

Nie powiem, by książkę źle się czytało. Przeciwnie. Autorka snuje swoją opowieść równym tempem. Dzięki czemu możemy poznać rodzinę, nikt nie zostaje pominięty, zlekceważony, by w ogólnym rozrachunku powiedzieć — czegoś mi zabrakło w opisie tej, czy tej postaci.

Niemniej, całość nie jawi się czymś zaskakującym. Ot surowa matka, która miejsce, w jakim się znalazła, zawdzięcza swojemu samozaparciu, a że postąpiła w dosyć dziwny sposób? Takie bywa życie.

Co do bohaterów, denerwowała mnie jedna z sióstr, i to tak konkretnie, że miałam chwilami ochotę przywalić jej po łbie. Uważana, za najbardziej poszkodowaną i ogólnie biedną, a mnie najbardziej drażniła i nie rozumiałam jej postawy. Fakt, później co nieco się wyjaśnia, ale niesmak pozostaje do końca.

Podsumowując, książka nie jest najwyższych lotów, nie wymaga zbyt wiele od czytelnika. Nie wzbudza, Bóg wie jakich emocji. Jednak czyta się przyjemnie. Polecam dla rozrywki, do oderwania od codzienności.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.
Czytaj dalej...

Małpa w kąpieli

źródło


Może i duża jestem, dzieci swoim nie mam, ale lubię bajki. Czasem nabywam z czystego sentymentu, niekiedy kieruję się chęcią obdarowania cudze dziecko. Dlatego co jakiś czas w mojej biblioteczce pojawiają się tytuły, kierowane do najmłodszych. 
 
Tym razem padło na urocze rymowanki, które miały swoje wznowienie jakiś czas temu. Myślę, że jest to świetny pomysł, by wracać do lubianych i czasem zapomnianych bajek czy wierszyków. Tutaj mamy Małpę w kąpieli, Aleksandra Fredro.  Ciekawa jestem, kto pamięta tę zabawną i pełną emocji historyjkę, napisaną w formie rymowanki. Co sprawia, że bardzo szybko tekst się zapamiętuje i zwraca uwagę. Szczerze mówiąc, sama przez wiele lat pamiętałam całość. Później jakoś się zatarło w pamięci, ale jakże moja wyobraźnia działa, gdy wyobrażałam sobie tę małpę szalejącą w wannie. 
 
Rada małpa, że się śmieli,
Kiedy mogła udać człeka,
Widząc panią raz w kąpieli,
Wlazła pod stół - cicho czeka.
Pani wyszła, drzwi zamknęła;
Małpa figlarz - nuż do dzieła!
 
Co było dalej? Część z Was, na pewno pamięta. Ci, którzy nie spotkali się z niesforną małpą, powinni nadrobić braki. Zwłaszcza jeśli w swoim otoczeniu, mają pociechy. Bo, chyba każde dziecko z zainteresowaniem będzie słuchało, co takiego zrobi bohaterka, jak się zakończy jej naśladowanie człowieka.

Słów kilka należy się o samym wykonaniu. Książeczka posiada twardą oprawę, strony również są twarde. Dzięki temu solidniejsze. Oczywiście, dla dzieciaczków, jeszcze kierujących nowe zdobycze w stronę buzi, radziłabym poczekać. Ewentualnie pod nadzorem opiekuna. Szkoda by było, by małpa z kąpieli, trafiła pod zęby.

Kolejna sprawa to kolory, bardzo chwytliwe, zwracające uwagę. I nie powiem, mnie ten róż zdobył. Nie, żebym miała jakieś szczególne preferencje z tą barwą. Jednak żywe i wesołe kolory bardzo pasuj dla dzieci. Bardzo nie lubię, kiedy książeczki dla dzieci, mają ponure, wręcz przytłaczające barwy.

Uważam, że maluchy, jak najdłużej powinny cieszyć się barwami i korzystać, z tych beztroskich czasów. Dlatego - nie żałujmy im pięknych kolorów.

Cóż mogę jeszcze napisać. Myślę, że warto zaopatrzyć się te bajeczki. Na pewno będą wesoło prezentowały się na regale w dziecięcym pokoju - co nie znaczy, że u dorosłych gorzej. I najważniejsze, wesoło jest, przypomnieć sobie dawne wierszyki.
 
 
Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.

Czytaj dalej...

Kroniki Jaaru. Czarny amulet




Ponowne spotkanie z magicznym światem Jaaru, bohaterami, których poznałam w pierwszej części. Książka swoje odczekała na półce, aż w końcu zdecydowałam się, by powrócić i zapoznać z tym, co przygotował dla czytelników Pan Adam Faber.

Byłam niezmiernie ciekawa, jaki postęp zrobiła nasza główna bohaterka, jak odnajdzie się w nowej roli i czy zacznie się dziać, coś naprawdę wiedźmowego? Cóż więc zastałam?

 
 
Zaczynają się wakacje, Kate ma w planach wyjazd pod namiot ze swoją niby przyjaciółką Mel, nie żeby miała na to wielką ochotę, ogólnie młoda czarownica chyba niczym się nie interesuje i nikogo nie lubi. Bo co chwila na coś narzeka. No ale do rzeczy. Pod namiot nie jedzie, ponieważ cioteczka zaplanowała już „atrakcje”, dla swoje podopiecznej.

Jako że dziewczyna ma spore braki w wiedzy, powinna zaznajomić się z innymi czarownicami w jej wieku. Rozeznać w otoczeniu. Oczywiście główna zainteresowana jest wściekła. Bo przecież miała inne plany — tak jechać pod namiot, z przyjaciółką, której nie bardzo lubi i w gruncie rzeczy nie chciała. Jednak plan miała, a tutaj ciotka ośmiela się wprowadzać zmiany.

W końcu jadą, do miasteczka, której nazwy nawet przy torturach nie umiałabym powtórzyć, a co dopiero napisać. Książka gdzieś sobie leży więc nie pomoże. W każdym razie miasteczko nie jest zwykłe. Bo właśnie w nim, jest więcej czarownic, które się co jakiś czas spotykają, znajduje się tam również las, magiczny. O ślicznej nazwie „Jęczący las”, mówiłam, że urocza nazwa? W sam raz, żeby wejść i sprawdzić kto lub co sobie pojękuje.

Miasteczko przywodzi jeszcze dwie osoby, Jonathana wraz z matką. Nastolatek ma moc, którą kochana mateńka, pomagała mu ujarzmić. Jako że siły były rzecz jasna nadprzyrodzone, musiał się z nimi ukrywać. Broń Boże, nie wolno mu było wdać się w konszachty z wiedźmami. On ze swym ogniem był cacy, one z czarowaniem były fe. Tak to już jest. 
Pewnego dnia, chłopak dowiaduje się, że to, czym przez całe życie był „karmiony”, to kłamstwo. No i wtedy zaczyna się zabawa.

Jest jeszcze Wielki Pan, kim jest? Jaką odegra rolę w całym przedstawieniu? I do czego są zdolni inni, by zyskać wielką moc, o tym przekona się smagający ogniem Jonathan i nieogarnięta czarownica Kate.

 
 
Napiszę tak, Adam Faber odwalił kawał dobrej roboty, tutaj nie ma dziecinnej opowiastki zabarwionej magicznymi stworzonkami, które mogą wyrządzić nam krzywdę, jeśli będziemy niegrzeczni. Już od początku jest bardziej mrocznie, sporo niewiadomych, tajemnic, które mają swoje korzenie gdzieś w innym wymiarze, gdzieś w odległej przeszłości. Pojawiają się postaci tajemnicze, lekko przerażające i przede wszystkim — nieznane.

I ta warstwa jest naprawdę świetnie zrobiona, pobudza wyobraźnie i troszkę przyprawia o dreszczyk emocji. Aura tajemniczości dominuje i sprawia, że gdzieś tam z tyłu głowy zaczynają pojawiać się coraz to nowe pytania. Za co ogromne brawo. Świetnie się czyta.

No i teraz przejdźmy do postaci. Otóż Kate, o ile w pierwszej części rozumiałam jej nierozgarnięcie, jej opór przed tym, co postawił los, ale.. No ileż można znosić kaprysy i ignorancje. Ta dziewucha jest totalnie nie do wytrzymania. I szczerze mówiąc, chwilami miałam ochotę, żeby jakiś wredny stwór w końcu ją utłukł. Bo naprawdę, głupszej i tępej bohaterki dawno nie było. Nikogo nie lubi, z nikim nie potrafi się dogadać. Każdy jest zły i się z niej śmieje albo chce z niej zadrwić.

Przez zachowanie Kate, ciężko czytało się fragmenty, które dotyczyły bezpośrednio jej osoby. Po prostu te głupie rozmyślania, zachowania niczym kompletna idiotka. No proszę mi wybaczyć, może i brutalną szczerość, ale drażniła mnie strasznie. Typ dziewuchy — sama nie wiem, czego chce. Starajcie się, ale i tak wiadomo, że mi się nie spodoba, bo...

Mam ogromną nadzieję, że ta postać, nagle jakimś cudem się ogarnie, bo normalnie nie zniosę tej nieudolnej pod każdym względem dziewoi.

Ogólnie, książka jest świetna, dobrze się czyta, jest dużo magi, ciekawych zwrotów akcji, gdzie nagle dzieje się coś, o czym w życiu bym nie pomyślała. Teraz to już pozostaje czytać ostatnią.
 
 
 
 Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Czwarta Strona.
 
 
Czytaj dalej...

Trzy kolory




Czy zastanawialiście się kiedyś, ile kolorów wystarczy do malowania i stworzenia czegoś ciekawego? Jak to wygląda z tytułowymi trzema kolorami? Faktycznie, te wybrane wystarczą za całą paletę, jaką teraz oferują nam producenci? 
Postanowiłam sprawdzić, jak to wygląda w praktyce i czy dzieła stworzone czernią, czerwienią i niebieskim, będą na tyle ładne żeby polecić.


Przede wszystkim, zacząć należy od tego, że książka do rysowania, służy do tego, by nauczyć się podstawowych kresek. Tutaj nie samo kolorowanie jest ważne, a tworzenie. No i czy ktoś taki jak ja, czyli totalny antytalent artystyczny, potrafi sobie poradzić? 





Jak widzicie, mamy ładnie i przejrzyście wyjaśnione, w jaki sposób prowadzić długopis, by nasze rysunki osiągnęły zamierzony efekt. Niby tylko trzy kolory, ale jednak niektóre robią wrażenie, prawda? Ważne jest cieniowanie, kąt nachylenia i nacisku. Niestety, do tego droga daleka i dosyć trudna - przynajmniej dla mnie. Bo poczytać, popatrzeć to jedno, a wykonanie pokazuje brutalną rzeczywistość. No ale, nie ma co się zniechęcać, bowiem trening czyni mistrza. Chyba. Przynajmniej w niektórych przypadkach. Tak myślę. 
 Zatem jak było w moim przypadku? Czy niby prosta i ciekawa forma przypadła mi do gustu i przede wszystkim, jak opanowałam sztukę cieniowania, kreślenia i całej reszty? 





Powiem tak, wyglądało łatwo, a jak zaczęłam, to przestałam mieć takie zdanie. Niestety nie wszystko wychodziło tak, jakbym tego oczekiwała. Na szczęście zabawa była fajna, można sobie coś pokombinować, nauczyć prostych trików by stworzyć zwierzątka czy inne kształty, bez wielkich ceregieli. Nawet taki antytalent jak ja, załapał co i jak. 

Jest jedno ale, zabawa zbyt długo nie cieszy, niby stopień trudności rośnie, ale jednak nie absorbuje do tego stopnia, by chcieć wypełnić wszystkie strony i mieć z tego olbrzymią frajdę. Toteż, gdy tylko poczułam znużenie, odłożyłam książeczkę i po prostu o niej zapomniałam. 

Niemniej polecam, być może znajdą się fani tej formy, bo w końcu chcieć to móc. Widać moje wrodzone lenistwo do bycia artystą się uaktywniło.  


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa
Czytaj dalej...

Royal. Królestwo ze szkła

źródło

W  ostatnim czasie sięgam po lżejsze lektury, może dlatego, że moja ukochana pora roku srogo mnie zawiodła i zamiast się nią cieszyć, mam takie nerwy, że szkoda słów. No i przez to wszystko, chodzę jakaś taka „tąpnięta” nie w tę stronę co trzeba. Nawet czytanie idzie mi opornie, a jeśli już, to coś, co nie wymaga skupienia, przenosi w inny, jakiś może ładniejszy świat. To też, gdy zobaczyłam zapowiedź Royal, pomyślałam sobie, że chyba powinnam przeczytać. I podejrzewam, że większość ludzie będzie w szoku, bo sama Irenka była przekonana o moim hejcie na tej książce, to zadziwię dziś wszystkich, ale o tym za chwilę.


 
Poznajemy Viterrę, królestwo stworzone po wielkiej wojnie, chyba trzeciej — przepraszam, jeśli coś namieszam, ale czytałam jakiś czas temu. W każdym razie Viterra znajduje się pod jakąś szklaną kopułą, chyba dla bezpieczeństwa, bo z tego, co rozbija się w mej pamięci, na zewnątrz jest skażone powietrze, ale jakim cudem u nich jest w porządku, zabijcie mnie — nie pamiętam. W każdym razie ludzie sobie tam żyją i są szczęśliwi. O ile przestrzegają głównych przepisów.

No i jeśli chodzi o przepisy to tutaj pora na naszą główną postać — Tatianę. Nastolatkę, która stoi już u progu dojrzałości, co za tym idzie, będzie mogła poślubić mężczyznę i założyć rodzinę. Dziewczyna nie bardzo ma na to ochotę, ale tak już jest w tym świecie. Jej marzeniem jest, zamieszkać z siostrą, bo po śmierci rodziców, wychowywały się u wujostwa. Ciotka koszmarna, wujaszek niby dobry. Gdy starsza z dziewcząt założyła sobie rodzinę, całe skupienie spadło na młodszą. No i teraz zaczyna się zabawa.

Cudowna cioteczka zgłosiła swą podopieczną do reality show. Stawką jest konkretna wygrana, bo finalistka, która dobrze wytypuje, poślubi samego księcia Viterry. A sprawa nie jawi się prosto. Ponieważ nikt nie wie, jak wygląda następca tronu.

Tatiana jest wściekła, nie planowała wziąć udziału w czymś tak beznadziejnym. Gdzie chodzi o przyszłość i walkę o zaślubienie kogoś, do kogo nic się nie czuje, trzeba być nazbyt wyrachowanym. Tatiana nie jest z tych. Nie, żeby była ofiarą losu. Ot po prostu marzy jej się romantyczna miłość. Jak to nastolatce.

Niestety, zostaje postawiona pod ścianą, musi wziąć udział. Od tego zależy jej przyszłość. I nie mam na myśli wygranej.
 
 


Przejrzałam na szybko opinie książki. No i troszkę jestem zdziwiona tak słabymi ocenami. A może to ja po prostu dałam się uwieść? Bo wiecie, Royal faktycznie nie należy do wybitnych. Jednak jest tak bajecznie napisana, że ja totalnie dałam się jej uwieść. Wpadłam w klimat. Wczułam się w rolę głównej bohaterki i wraz z nią przeżywałam wszystkie wydarzenia.

Co najważniejsze, Tatiana nie denerwuje. Jest naprawdę fajną nastolatką, naiwną tam gdzie powinna. To znaczy, potrafi źle interpretować intencje młodzieńców, potrafi marzyć, jak to bywa właśnie w tym wieku. Jednak nie przyćmiewa jej myślenia. Ona rozgląda się dookoła. I chociaż jej udział w grze jest wymuszony, to później opuszcza sobie niechęć i zaczyna kombinować, który z młodzieńców może być prawdziwym księciem.

A to jest, powiem wam najlepsze. Sama zaczęłam stawiać swoje typy, jednak sprawa nie wygląda prosto, bo każdy zręcznie manipuluje. Niby mam swojego, ale sama nie wiem, czy ten, to właśnie ten. Coś czuję, że w drugiej części dostanę pstryczka w nos, bo okaże się zupełnie co innego.

I wiecie co? Ja pokochałam tę zabawę. Normalnie chciałabym wziąć udział, dla samego klimatu dworskiego. Żeby poczuć się przez chwilę inaczej. Z chęcią obejrzałabym ekranizację. Nie obchodzi mnie krytyka innych. Ja się dałam temu uwieść. I odliczam do kolejnych tomów. I oby było ich jak najwięcej. Zakochałam się, to jest mój numer jeden w kategorii bajkowych.

Gdzieś słyszałam, że niektórym kojarzy się z serią Rywalki, ja na szczęście tego nie czytałam, nie mam porównania. Jeśli skończę to i będę cierpiała rozstanie, wtedy porozglądam się za rywalkami. A co będę sobie żałowała.

Mówię wam, teraz zimą, warto przenieść się do czegoś bajkowego, co nas, chociaż na chwilę zajmie czymś innym, niż mrozy i zimno. Polecam z całego serduszka. Czarnego, rzecz jasna.

 

Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka