Suka śmieje się ostatnia



Gdy decydowałam się na przeczytanie niniejszej publikacji, nie byłam świadoma, czym tak naprawdę jest. I kiedy już wpadła w moje ręce i zaczęłam przeglądać, tak właśnie. Przeglądać, bo czytać to i nie było co, byłam w szoku. Bo niby pisać każdy może, jedni lepiej inni gorzej, to nawet przy wielce fatalnych książkach, nie myślałam, iż przyjdzie mi zmierzyć się z czymś takim.

Ponieważ Suka śmieje się ostatnia — nie jest książką. To zbiór postów. O różnym, zabarwieniu. Ot jakby każda/y z nas, postanowił wydać na papierze posty pisane na facebooku, no dajmy na to, w ciągu trzech lat, to taka moja luźna sugestia. I sobie dla ułatwienia posegregował według kategorii. To jest, koty, jedzenie, zainteresowania i tym podobne.

Tak właśnie wygląda owo dzieło. Kolejna perełka na rynku wydawniczym. Cóż, najwyraźniej ten rok, postanowił zaskakiwać mnie pod wieloma względami.




Jak widać, książeczka jest bardzo przyjemnie i po kobiecemu wydana, chociaż nie mówię, że kolor nie podpasuje mężczyznom, jednak treść, to raczej nie wiem. Bo niby kobietą jestem — chociaż bardziej zalatująca męskim spojrzeniem na pewne sprawy, no ale jednak. To te wpisy, szczerze mówiąc, nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Żadna to księga aforyzmów, które można wlepić, czy przepisać na kartkę, czy wpis do czegoś, co komuś podarujemy. Rozrywka wątpliwa, co mnie obchodzi podejście do pewnych tematów, jakiejś tam kobiety. Nie wiem, o co w ogóle chodzi. Zaczyna się tymi cytatami i tak sobie leci do samego końca.

No przyznam się szczerze, doznałam szoku. Nie mam pojęcia co z tym zrobić, przez długi czas udawałam, że wcale tego nie mam i nie będę musiała oceniać. Z drugiej strony chce mieć to już za sobą.





Okładka jest koszmarna, wpisy głupie. Po prostu głupie. Fajnie się może czyta coś takiego, gdy autor jest nam bliżej znany, dla mnie ta kobieta jest tylko imieniem i nazwiskiem. Papierowa postać. W dodatku cena, no chyba ktoś odleciał. Bo wydanie paskudne, treści brak, dlatego grzecznie pytam, za co te 27.90 ?? Ja bym nawet 5 zł nie zapłaciła za kartki okraszone wpisami z Facebooka. Liczyłam na luźną lekturę, może jakąś ciekawą babską historyjkę, ze szczerymi komentarzami, a tutaj wielkie rozczarowanie.

Nie mam pojęcia czy to odradzić, co Wam napisać. Trwam w szoku. Chyba po prostu udam, że to nie zostało wydane. Jeśli jednak taka forma publikacji komuś przypadła do gustu, proszę, dajcie znać.


Czytaj dalej...

Swiatło w Cichą Noc

źródło


Moje opóźnienie świątecznymi tytułami zaczyna już mnie samą, doprowadzać do rozbawienia. Co jednak poradzę, że zawsze muszę wszystko robić na odwyrtkę. Będę szczera, w czasie świąt nie mam kiedy czytać, a jeśli już znajdzie się wolna chwila, to albo po prostu odpoczywam, albo spędzam  w czyimś towarzystwie. No i takie właśnie książki, mogę czytać po tym całym szaleństwie. Ważne, że pora roku się zgadza.

Dzisiaj przychodzę z książką, która ma chyba najbardziej klimatyczną okładkę, taką pod wpływem, której ma się wrażenie, że ten magiczny czas już jest. Teraz pytanie, czy i wnętrze kryje podobne uczucia?

 
 
Jest grudzień, co za tym idzie, niemalże każdy wpada w ten typowy, dla miesiąca świątecznego nastrój. I nieważne czy jest śnieg, czy może chlapa. Coś zaczyna się dziać i po prostu siłą rzeczy się temu poddajemy. Chociaż nie każdy, wiadomo, bywają wyjątki.

Takim wyjątkiem jest pewne rodzeństwo. Dawniej lubili święta, cały ten zgiełk związany z przygotowaniami. I z pewnością cieszyło ich to całe zamieszanie. To jednak odległa przeszłość. Niegdyś wspaniały wieczór, zamienił się w najgorszy w ich życiu. I od feralnego zdarzenia, kojarzyło z utratą rodziców, smutkiem i świadomością, że już nigdy nie poczują tego, co było przedtem.

I gdy dla innych, tradycją jest przygotowywanie barszczu, uszek, czyli całego wigilijnego menu, Oni szykują się do wyjazdu na wakacje. By nie być i nie widzieć. Uciec od czegoś, co nie kojarzy się z ciepłem w grudniową i mroźną noc.

Magda, po latach omijania świąt, postanawia odczarować ten czas. Nie dlatego, że nagle coś w niej pękło, a po prostu chce zaimponować ukochanemu. Jego rodzina jest tradycjonalna. Mama opiekunka domowego ogniska, ojciec trzymający wszystko surową i stanowczą ręką. Zapewnia byt i dobry status domownikom. I właśnie dzięki temu szablonowi, przez lata oglądanymi, kieruje się mężczyzna, gdy postanawia związać się z Magdą.

Antkowi życie legło w gruzach, pełen goryczy i jeszcze niedowierzania, zmierza w stronę domu, który od dawna kojarzy się z bólem. I mimo upływu lat, niechęć jest dalej odczuwalna. Niestety teraz, znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Bez przekonania staje u progu przeszłości, w którym została babcia. Kiedyś cudowna i kochająca, a jak jest teraz? Czy sprawy, które zaważyły na losach całej rodziny, zmieniły również i babcię Kalinę?

A babcia Kalina czekała, przez cały czas, wypełniając swoje tęsknoty troską o dzieci, które zostały bez rodziców. I nawet, teraz gdy dorosły, nie potrafiła odmówić sobie i im, zainteresowania. W końcu byli jej bardzo bliscy. To też, gdy nagle Madzia, wyjawiła, że chce zorganizować wigilię dla przyszłego męża i jego rodziców, poczuła się zmartwiona.

 
 
 
Dosyć późno sięgnęłam po Światło w Cichą Noc, a jednak miałam wrażenie, że brak choinki i tej całej świątecznej otoczki, nie będzie mi przeszkadzał. I w sumie nie wiem, co się stało. No ale nie za bardzo poczułam właśnie tę historię. No ale od początku.

Przede wszystkim postać Magdy, bardzo, ale to bardzo nie polubiłam tej dziewczyny. Po prostu nie lubię podobnych postaci, zbyt naiwnych, zbyt ślepych. No rozumiem zakochanie się, tyle tylko, że jej związek z ukochanym był dosyć dziwny. Tych spotkań było niewiele, raczej przypadkowe. Bardziej przypominało to wszystko czasy, gdy wybrankowie widywali się na ustawionych schadzkach, w towarzystwie przyzwoitki, w ściśle określonym czasie. Bo zachowanie tych młodych było sztuczne, takie jakieś, bezbarwne.

Nie umiałam poczuć nastroju, nie umiałam wgryźć się w tych bohaterów. Jedyną postacią, która mnie podbiła, to był Antek. Taki konkretny, miał swoje przeżycia, jakoś najbardziej patrzył się trzeźwo na wiele spraw.

I w sumie, gdy już myślałam, że książka całkowicie mi nie podpasuje, wydarzenia jakby zmienił bieg, który miałam wrażenie, będzie przewidywalny do samego końca. Coś się pokomplikowało, coś namieszało. I nic, co wydawało się jasne, nie zostało takie samo na końcu. Dlatego, no muszę być szczera, zaciekawiłam się, jak dalej potoczą losy bohaterów. Nie wiem, co myśleć o niektórych. Wprawdzie moim faworytem cały czas jest Antek, no ale. Przewrotność losu bywa nieoczekiwana.

Może nie poczułam się w nastroju iście Bożonarodzeniowym, ale w ogólnym rozrachunku, książka wypada dobrze. Nie mogę powiedzieć, że jest to najlepsza powieść autorki. Nie, bo wiem, jak Pani Mirek, potrafi cudownie pisać, i teraz nie było źle, ale to nie to, za co pokochałam autorkę. Dlatego oczekuje kolejnej, nie boję się rozczarowania, to raczej nie nastąpi. Mam nadzieje jednak, że będę zaskoczona tym, co zastanę po powrocie do bohaterów.
 
 
 
Czytaj dalej...

Wszystko, tylko nie mięta





Swoją przygodę z książkami Ewy Nowak, rozpoczęłam jakoś pośrodku, kiedy część Miętowej już podbiła serca czytelników, a kolejne miały to zrobić.

Planowałam sięgnąć po te pierwsze wydania, bo jak wiadomo, ciekawość czy faktycznie pierwsze był dużo lepsze od później pisanych książek, no i w ogóle. Po prostu lubię pióro autorki, nawet jeśli bywały tytuły, mniej wciągające, to nie umiem sobie odmówić, sięgnięcia po kolejny.

Tym razem padło na Wszystko, tylko nie mięta, w odświeżonym wydaniu. Czy ładniejszym? Kwestia dyskusyjna, poprzednie również miały swój urok. Najważniejsze jest wnętrze i jego przesłanie, czy trafiło do mnie? O tym już za chwilę.

 
 
Poznajemy pięcioosobową rodzinę Gwidoszów. Rodziców i trójkę dzieci. Najstarszy syn jest już w klasie maturalnej, przystojniak jak się patrzy, który zdaje sobie sprawę z uroku, jaki wywiera na płci piękniej. Kolejna jest Malwina, dorastająca panienka, na etapie pierwszych zauroczeń, porywów serca i fascynacji. No i Marynia, najmłodsza latorośl, przysparzająca starszemu rodzeństwo nieco kłopotów, ale i radości. Wiadomo jak to w rodzinie.

Przyglądamy się każdej postaci, poznając ich marzenia, radości oraz troski. Jedno należy przyznać. Gwidoszowie mimo zróżnicowania charakterów, tworzą zgraną całość, która może na siebie liczyć w każdym momencie, ale czy w praktyce, gdy nagle coś się przeoczy, bo przecież zawsze było dobrze, w porę zostanie zauważony problem jednego z członka rodziny?

Kuba, pewny siebie, kochający rodzeństwo, ale jak to nastolatek, nieokazujący uczuć. Mówiący szczerze i głośno na temat poglądów w pewnych spraw. Przez przypadek nawiązuje znajomość z pewną starszą kobietą, która otworzy mu oczy, że bardzo często, najciemniej bywa właśnie pod latarnią.

Malwina, jeszcze nieumiejąca zobaczyć w sobie piękno, dojrzewanie to taki okres, że jeden mały pryszcz wydaje się katastrofą, a co dopiero nieodpowiednia waga. I co z tego, że każdy chwali jej zgrabną sylwetkę, ona chce być piękna. Zwłaszcza teraz, gdy jej obiekt westchnień, nie jest byle kim.

Marynia, najmłodsza obserwatorka wszystkiego, co dzieje się w domu. Zadająca trafne pytania, nie pozwala zbyć się, odpowiedzią na odczepnego. Bardzo bystra i dociekliwa. Taka mała domowa iskierka.

No i rodzice, tato kochający mamę, nawet, wtedy gdy jej pomysły nigdy nie znajdują zakończenia. I mama, co chwilą ruszająca z nowym projektem na siebie, próbuje swoje siły w psychologii. Zupełnie nie podobna do swojej matki, przyglądającej się córce, z pobłażaniem a czasem i troską. Właśnie babcia, bardzo często będzie mówiła bez ogródek, co trzeba, filar rodziny.

 
Lubię czasem zaglądać do innych rodzin, do ich życia, które prowadzą. Tacy zwykli „Kowalscy”, którzy nie wyróżniają się z tłumu, a jednak potrafią przytrzymać uwagę, na dłużej. I tacy właśnie są Gwidoszowie, normalni, bez sztuczności. Kochają, spierają, ale i czasem pokłócą. Jak to bywa w większości domach.

Niby można by na tym skończyć, bo przecież opisywanie codziennego życia, przypadkowych ludzi, nie musi być interesujące, ale często to właśnie, patrząc na innych, możemy zrozumieć swoją sytuację, czy aby też nie znajdujemy, czy znaleźliśmy w podobnej sytuacji?

Bardzo interesującym wątkiem, jest ukazana relacja między Kuną a pewną panią, która będzie otwierała oczy nastolatkowi na pewne rzeczy. Na to, by nie czuł się pewny we wszystkim i wszystkich. Bo czasem, nawet w najbliższym otoczeniu, można nie zauważyć, że dzieje się jakaś tragedia. Ludzie cierpiący, nie zawsze chodzą z męczeńskim wyrazem twarzy, nie. Wręcz przeciwnie, bardzo dobrze się maskują.

I wreszcie rodzice, no w końcu można powiedzieć idealni, tacy o jakich, nie jedno dziecko mogłoby marzyć. Rozmawiali ze swoimi latoroślami, uczestniczyli w ich sprawach. I nagle, coś w pewnym momencie uśpiło ich czujność. Czy popełnili błąd? Czy byli winni, temu, co się wydarzyło?

Może i ta historia jest zwyczajna, może nie wywiera ogromnego wrażenia na czytelniku. Jednak uważam, że właśnie przez swoją zwyczajność, tak dobrze trafia do odbiorcy, ukazując normalne życie, codzienność, w której znajdujemy się wszyscy i zdarzenie, na jakie często nikt nie jest przygotowany. Jak radzić sobie w sytuacji, gdy nie zauważymy, że członek rodziny cierpi, że coś dzieje się złego, w chwili, gdy sprawa nabiera poważne rozmiary. Co zrobić, jak zareagować?

Myślę, że jest to świetna książka, dla rodziców i nastolatków. Żeby jedni i drudzy potrafili zrozumieć, że czasem warto zadać pytanie, nawet gdy boimy się, usłyszeć odpowiedzi. Bo najważniejsza jest szczera komunikacja. Bez tej, nawet z pozoru idealna rodzina, zacznie mieć swoje rysy i pęknięcia.

Książkę oczywiście polecam, bardzo dobrze się czytać, jest lekka, ale jak to u Ewy Nowak, z odpowiednim przesłaniem.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle.

Czytaj dalej...

Dwanaście niedokończonych snów


Tak wiem. Święta już dawno za nami. Klimat jakby też przeminął, a ja nagle się obudziłam z książką iście gwiazdkową, no ale mam swoje wytłumaczenie. Po pierwsze czekałam aż będzie dostępna w formie e-book, po drugie, gdy miałam dosyć czekania i już gnałam zakupić, okazało się, że w księgarni brakło egzemplarzy. A, że jestem wierna tylko tej jednej, której reklamować nie będę, bo nie. To czekałam dalej na e-booka. No i ostatnio postanowiłam sprawdzić, czy jest i był! Od razu zabrałam się za czytanie, gdyby postanowił nagle zniknąć albo coś. I przeczytałam.

 
 
Główną bohaterką jest Momo, nazwa ta jest skrótem od nazwiska i imienia, ale dla ciekawych nie będę pisała. Niech sami się dowiedzą. Momo ma 28 lat, mieszkanie i własną galerię, tworzyła w niej dzieła z przedmiotów codziennego użytku. Praktycznie wszystko może stać się surowcem wtórnym, mającym drugie życie i nawet przeznaczenie.

Kobieta ma 28 lat, matkę i ciotkę, a nawet byłego męża. Żyje w swoim poukładanym życiu. Otacza się dwoma bezpiecznymi kolorami. Czarnym i białym. Czerń do ubierania, biel mieszkania. Ot taka równowaga. Zdaniem Momo, która nie znosi feerii barw, ogólnie ma dosyć osobliwe podejście do wielu spraw codziennych. Na przykład pożywianie. Zjada coś tam, bo musi. Gdyby zapytać co lubi, jaką potrawę, byłby z tym problem.

Świat kobiety jest prosty i przewidywalny. Czyli bezpieczny. Bez nieoczekiwanych wydarzeń, które mogłyby wytrącić z równowagi. Zburzyć ścianki w jej prostym pudełeczku.

Wszystko do pewnego dnia, a raczej nocy. Gdy we śnie zaczynają atakować kolory. Mnóstwo kolorów, których Momo nie może znieść. Gdzie podziała się bezpieczna czerń? Co z bielą? Dlaczego kolory, jeśli ona ich nie lubi, nie myśli nawet o nich. I przede wszystkim. Dlaczego ciągle śni ten sam sen, kończący się w podobnych momentach?

 
 
 
Kiedy tak czekałam sobie na książkę, wyobrażałam sobie ten typowo świąteczny klimacik. Taki wiecie, piernika z lukrem, albo herbaty z pomarańczą i czymś korzennym. I gdy tak zaczęłam czytać, moją pierwszą myślą było — Jak u licha świąteczna historia?? Bo o świętach tam nie praktycznie zbyt wiele. Atmosfera żadna, tylko pudełko bohaterki, jej dziwactwa i jakieś nudne życie. Potem poznałam matkę, zajmującą może dziwnym, acz potrzebnym fachem. I szczerze ja bardzo podziwiam ludzi pracujących w takich miejscach, tym bardziej fascynowały mnie opisy związane właśnie z matką.

No i gdy tak próbowałam zrozumieć, o co chodzi, że okładka świąteczna, a książka jednak nie, i zaczęłam się bać, że chyba jednak moje pierwsze rozczarowanie. Na plan wjechała ciotka Rebeka. I powiem szczerze, rozłożyła mnie na łopatki. Pomijając fakt, jej sposobu bycia i wypowiedzi, to po prostu uwagi rzucane, były naprawdę w punkt. I serio, dają sporo do zastanowienia.

Oczywiście kręcimy się wokół snów, zielonego swetra, a raczej właściciela tegoż fragmentu garderoby, sensu tego, co widzi bohaterka, a my razem z nią. I tak podczas czytania, przynajmniej ja, doszłam do wniosku, że jednak nie będzie tego piernika i w ogóle maku. Bo tutaj chodziło o coś zupełnie innego. No i podobało mi się to, naprawdę. Może niezbyt choinkowe, niezbyt gwiazdkowe. Bo bardziej analizujące istotę tego i owego. A jednak bardzo przydatne.

Nie ma tutaj pięknych opisów o ubieraniu choineczek, bieganiu za prezentami. Poznajemy Momo, która gdzieś na pewnym etapie, zamknęła się w sobie i, mimo że żyła to stanęła obok tego swojego życia. Razem z nią wyruszamy w podróż. Gdzieś tam przewijają się różni towarzysze, bo i matka próbuje zrobić coś, co pomoże zrozumieć wydarzenie sprzed wielu lat, które przyczyniło się do osobowości córki.

Kolejny raz było naprawdę magicznie, może nawet bardziej niż się spodziewałam. Było troszkę smutno, troszkę refleksyjnie. Bo postać Momo, to tak naprawdę wielu z nas, w mniejszym lubi większym stopniu.

No ale ja, pokochałam Rebekę, i normalnie doszłam do wniosku, że co tam e-book, książkę, tak czy siak, muszę kupić. A miałam oszczędzać. Nie ma lekko.

Cóż mogę jeszcze napisać, to nie jest typowa bombkowa historyjka, ale ma w sobie naprawdę świetne coś, bardzo przypadła mi do gustu. Nie wiem, czy są ochotnicy czytania po świętach, ale ręczę całym swym hejterskim, czarnym serduszkiem. Można śmiało i po świętach. Polecam!



Książkę przeczytałam dzięki Legimi.pl


Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka