Cena szczęścia

źródło


Kiedy opadają największe emocje, po zaręczynach hrabiego Aleksandra z Kate, do wielu osób dochodzi, co tak naprawdę się wydarzyło, ale również, jakie zmiany nadejdą z chwilą podjętej decyzji. Dwoje zakochanych, wraz z ich pięknym uczuciem w parze idzie coś mroczniejszego, ukrytego w cieniu. Tajemnica, która zagląda ze szpar, szukająca ujścia, by po latach pokazać się w całej okazałości. Tylko czy do tego dojdzie?


Kate żyje przyszłością, tym co już niebawem nastąpi. Zostanie żoną hrabiego Cantendorf, mężczyzny, o którym skrycie marzyło wiele kobiet. Jednak to do niej jego serce zabiło, to ona stała się jego kolejną wybranką.
 I chwilami właśnie ta świadomość, brała górę nad myślami dziewczyny. Zdającej sobie sprawę, że nie jest pierwszą kobietą ukochanego. Co gorsza, na zamku w dalszym ciągu przebywała kochanka Aleksandra, to znaczy była kochanka.


Lady Adler poczuła gniew, tyle lat stała w cieniu, nie mogąc nic zrobić, dopóki żył niekochany mąż. Teraz gdy odzyskała upragnioną wolność. Ten, z którym tyle ją łączyło, nagle obwieścił, że zakochał się w zwykłej dziewczynie. I nie chodziło o to, że Isabelle, miała coś przeciwko młodziutkiej Kate, bo ta była niewinna, to do Aleksandra odczuwała żal. To po jego decyzjach, które zresztą nie nastąpiły, wiele sobie obiecywała. I co? Miała tak po prostu odejść? Jako przegrana?


Jest jeszcze jedna kobieta, obawiająca się nadchodzących zmian. Oto jej pozycja zostanie wystawiona na widok nowej Pani domu, która będzie miała czas i prawo w doglądaniu tego, na co mężczyźnie nie zawsze się chciało. Jak pogodzić się z przyszłością, gdzie szukać spokoju i jak pogodzić to, co nieuchronne?


Trzy kobiety, każda z nich obawiająca się czegoś innego. Żadna nie przeczuwająca, że niebawem nadejdą zmiany, o których nie miały pojęcia. A te, dopiero rozpoczną lawinę wydarzeń... Niekoniecznie dobrych dla wszystkich.




Gdy zakończyłam pierwszą część, pisałam, że z pewnością jest ona jedynie wprowadzeniem, do tego, co autorka będzie chciała nam zaserwować. I tak właśnie było. Tajemnica Zamku, uroczo i lekko zdobywała czytelnika, wszystko, co tam spotkaliśmy, było owiane zasłoną milczenia. Nie było wiadome, kto odegra najważniejszą rolę w przyszłości.


Oczywiście postaci zarysowało się dość jednoznacznie. Od naiwnej, ale jakże żywiołowej Kate po wyrachowaną, twardo stąpającej po ziemi Isabelle. Między tymi dwiema przepaść nie do przebycia, ale czy rzeczywiście tak właśnie jest? Może dwie zupełnie inne kobiety, łączy więcej niż może się na pozór wydawać?


Sięgając po Cenę szczęścia, czułam ogromną ciekawość, w jaki sposób zostaną poprowadzone losy bohaterów. W pewnym sensie było tak, jak bym się mogła spodziewać. Co mnie rozgniewało, bo miałam nadzieję, że jednak fabuła nie pójdzie tym torem. Później okazało się, że sprawa nie wygląda tak jasno, jak na początku ją odebrałam. No i im dalej czytałam, tym bardziej zastanawiało mnie, jakie też Pani Mirek, ma w planach zakończenie tej historii. Ponieważ tyle wątków zostało poruszonych, w dodatku kilka postaci nagle zaczęło żyć. I to dosłownie, przebudziło się z własnego snu, co za tym idzie, na pewno szykuje się jakaś aferka.


Mam mieszane uczucia, jeśli chodzi o Aleksandra. Zbyt wiele kobiet wokół jego osoby. Oczywiście wiadome jest, że nie musiał żyć jak mnich, jednak czy rzeczywiście pragnął miłości? Może jego pobudki są zupełnie inne? Sama nie wiem. Sporo znaków zapytania pozostaje, po zakończeniu tej części. Myślę, że kolejna będzie dopiero kulminacją. Nie wiem jak, ja to przeżyję. Nie wiem.


Podsumowując, miałam niezłą mieszankę emocji podczas czytania. Wpadłam w wir wydarzeń, no i wyskoczyłam z nich, dopiero gdy uświadomiłam, że na kolejnej stronie nie ma już nic, to znaczy, że dalej jest już tylko zapowiedź najnowszej książki. A teraz? Teraz muszę czekać i udawać, że wcale się nie dłuży.


Tekst stanowi oficjalną recenzję, dla portalu PapierowyPies.


Czytaj dalej...

Chłopak z innej bajki



Czasami lubię sięgnąć po literaturę skierowaną w stronę młodzieży. Nie specjalnie zraża mnie fakt, że do tej grupy od wielu lat nie należę, niekiedy taka literatura porusza ciekawe tematy, dzięki czemu z zainteresowaniem śledzę losy, opisywanych bohaterów.

Niedawno odkryłam Kasie West, której książki skierowane są w stronę nastolatków. Poruszają tematykę pierwszych zawirowań miłosnych, wyborów przyszłości. Zmaganiem z rodzicami, którzy nie zawsze rozumieją dorastające dzieci.

Poprzednie spotkania z twórczością autorki, wspominam bardzo pozytywnie, czy i tym razem tak było?

Caymen jest siedemnastoletnią, zwykłą dziewczyną. Mieszka razem z mamą, nie ma rodzeństwa, nie zna swojego ojca, ani dziadków. Są we dwie, od zawsze tak było. W duecie prowadzą sklep z lalkami. Takimi porcelanowymi. Całe wnętrze zajmują przeróżne wersje tych urokliwych lal. Praca może nie należy do wymarzonych, jednak nastolatce bardzo zależy na pomocy matce, która została sama w chwili, gdy dowiedziała się o ciąży.

Oczywiście dziewczyna chodzi do szkoły, ale jej plan lekcji dopasowany jest, do zmiany, na którą w danym dniu odpracowuje.

Pewnego dnia, niezbyt absorbującego pracą, do sklepu wchodzi chłopak. Caymen nie bardzo lubi rozmawiać z klientami, zwłaszcza gdy są nimi bogaci nastolatkowie. A takim właśnie, wydaje się ów przybyły. Jej pierwsze wrażenie jest negatywne, później wcale nie jest lepiej. Jakiś czas później okazuje się, że Xander — bo tak miał na imię. Jest wnukiem jednej ze stałych klientek.

Niby pierwsze wrażenie było mało optymistycznie, ale coś sprawiło, że tych dwoje, zaczęło się ze sobą widywać.

Dziewczyna, której świat zamykał się za ladą sklepu z lalkami, krótkimi wypadami na koncert chłopaka przyjaciółki. I chłopak z zupełniej innej sfery, gdzie pieniądze grały najważniejszą rolę. Czy dla tej pary, jest możliwe zakończenie? Zwłaszcza gdy na światło dzienne, zaczynają wychodzić, dawno skrywane tajemnice... Matki Caymen?

Moje odczucia po przeczytaniu książki, są bardzo mieszane. Z jednej strony, autorka poszła po dosyć oklepanym schemacie. Ona biedna, On bogaty. Jemu nie przeszkadza jej pochodzenie, Ona sobie wmawia coś, do czego nie ma podstaw. No ale jest nastolatką, ma do tego prawo, prawda? W dodatku cały czas miałam głowie inną historię, którą niedawno czytałam. Identyczny przypadek. Tylko asortyment sklepu się różnił. No coś okropnego. Jakaż szkoda, że autorzy nie robią rozeznania, jakie pojawiły się historie na rynku. Ponieważ może ta opowieść, zostałaby zmieniona. A tak, niestety ciągle miałam w głowie „tę pierwszą”, łudząco podobną, która okrutnie mnie wymęczyła.

Szczęście w nieszczęściu, że Kasie West ma niesamowicie lekki styl pisania. Tworzy bohaterów wyrazistych, nawet niemęczących swoją naiwnością. I chyba głównie dlatego, doczytałam do końca, bez poczucia, że zmarnowałam czas, na odgrzewanego kotleta.

Cóż mogę więcej napisać. Chłopak z innej bajki przedstawia historyjkę jakich wiele, ale jeśli chcecie przeczytać coś lekkiego, dobrze napisanego. Z nietuzinkowymi postaciami, myślę, że nie powinniście się zastanawiać. Dobrze napisana, praktycznie sama się czyta.


Za możliwość przeczytania książki, chciałam podziękować wydawnictwu Feeria.

Czytaj dalej...

Zula i porwanie Kropka

źródło



Moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki, odbyło się na długo po tym, gdy usłyszałam same pozytywne opinie. Zbierałam się za przeczytanie  pierwszej książki, aż w końcu i ja dołączyłam do grona, tych, którzy nie potrafią doczekać się najnowszej pozycji. Bo Natasza Socha, jest pisarką, po której książki można sięgać w ciemno. Nie ma możliwości rozczarowania. I chociaż jeszcze nie nadrobiłam tych pierwszych, nie czuje smutku. Raczej radość, że jeszcze tyle przede mną. 
I kiedy wyszła zapowiedź Zuli, tytułu kierowanego w stronę młodszych czytelników, nie zastanawiałam się czy chcę. Dzieckiem nie jestem, ale Zulę musiałam posiadać, czy było warto? 



Zula musi przeprowadzić się do ciotek. Rodzice dziewczynki wyjeżdżają do Afryki, na co najmniej roczny kontrakt, leczyć dzieci. Ich córka zostanie powierzona dwóm ciotką - Heli i Meli.
Bliźniaczki, charakteryzujące się dosyć wyróżniającym się stylem i trybem życia. To też matka Zuli, troszkę obawia się, jak cały pobyt wpłynie na ukochaną jedynaczkę. 

Sama główna zainteresowana, nie do końca czuje radość, na myśl o przymusowej przeprowadzce. W prawdzie rodzice obiecują, że czas szybko zleci, ciotki są szczęśliwe mając pod opieką siostrzenicę, może jednak nie będzie tak źle? I tęsknota nie dokuczy zbyt mocno? 

Przekraczając próg domu Meli i Heli, odczuwa dziwną ekscytację, ale gdy zostaje wprowadzona do pokoju, który na najbliższe miesiące, został dla niej przygotowany, odczuwa przeogromną radość. Wnętrze zostało cudownie urządzone, łóżko przypomina statek, ma nawet bocianie gniazdo! Same wspaniałości. 

A to dopiero początek niespodzianek. Nieco postrzelone ciotki, spełniają zachcianki ukochanej dziewczynki. Przy okazji, bacznie przyglądając się jej zachowaniu. 
Ona natomiast, już na samym początku pobytu, postanawia zaopiekować się bezdomnym kotem, nadając mu imię - Pazur. Bardzo adekwatne do usposobienia futrzaka. Zwiedzanie miasteczka postanawia zacząć od szkoły, by nie zabłądzić gdy rozpocznie się rok szkolny. Dzięki tej decyzji poznaje nowego kolegę, Kajtka. Jakiś czas później dołącza do ich duetu Max, we trójkę, dzieci tworzą zgrany zespół.  Co już niebawem stanie się bardzo przydatne.

Zula dowie się, że jest młodą czarodziejką. Zdolności odziedziczyła po swojej babce. Wielkiej Czarownicy,  a przecież posiadanie zdolności czarowania, będzie niosło ze sobą, ciekawe zdarzenia...




Nie spodziewałam się, że spędzę tak miło czas, podczas lektury tej książeczki. Jak siadłam, tak nie potrafiłam się oderwać. I chociaż tematyka iście dziecięca, to w niczym nie przeszkadzało odczuwać radości z przygód, które doświadczała Zula i jej znajomi. 

Natasza Socha, świetnie sprawdza się, jako autorka książek dla dorosłych, ale i dla dzieci. Teraz gdy książeczka jest już za mną, czuje jakiś taki smutek. Zbyt szybko przeczytałam. Wczułam się niesamowicie w stworzoną atmosferę. Czarowanie było takie naturalne, nie odczuwało się żadnej sztuczności, czy czegoś, co sprawiało, że wpadała myśl - to tylko w bajkach możliwe. Szczerze mówiąc, ja chyba przez cały moment czytania, byłam taką małą dziewczynka i wierzyłam, że przygody Zuli były prawdziwe i zazdrościłam, że nie mogę ich przeżywać naprawdę. 

Wspaniałym uczuciem było oderwać się od codzienności, przenieść do innej krainy. Dziecięcych marzeń i wierzeń, że wszystko jest możliwe. A może, rzeczywiście tak jest, tylko my dorośli, zapominamy o mocy, spełnianiu się życzeń? Chciałabym, żeby tak właśnie było. 

Książeczka jest świetnie wydana - uwielbiam ten żółty papier, jest moim ulubionym, ma w sobie to coś, co sprawia, że czas jakby cofał się do lat, gdy jako dziecko czytało, tego typu bajeczki. Super sprawa. Polecam Zulę, nie tylko dla dzieci, ale również i starszym czytelnikom, na pewno polubicie tę rezolutną dziewczynkę, jej ciotki oraz zwierzaki.
 
 
Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu PapierowyPies.
 
Czytaj dalej...

Wilczy dwór. Córka wiatrów


Wyczekiwałam najnowszej książki Magdaleny Kordel. Ba! Odliczałam dni, kiedy w końcu się pojawi możliwość otrzymania egzemplarza. Byłam niezmiernie ciekawa, jaką też jedna z moich ulubionych pisarek stworzy historię. Wiadome było, że akcja przeniesie nas czytelników do przeszłości, ale co dalej? W jakim klimacie całość i czy odtworzenie odległej epoki będzie wiarygodne? Zawsze jest ten strach, że może oto nadejdzie nieszczęsna chwila i długo wyglądana lektura rozczaruje... Jakie więc są moje wrażenia?


 
Siedząca w wiosennym słońcu Konstancja, chłonęła pierwsze ciepłe promienie, które były potrzebne po długich zimowych dniach. Jeszcze w tamtej ulotnej chwili, nie przeczuwała, że wraz z nadjeżdżającym gościem i wiosną, nadejdą zmiany i troski. Od wielu lat żyła spokojnie w Wilczym Dworze, czasy smutku i rozpaczy odeszły daleko w cień. Zajęła się gospodarstwem i wychowywaniem jedynego syna. Teraz przeszłość, którą od wielu lat wypierała, postanowiła powrócić. Nie mając zamiaru dać się zbagatelizować.

Odkąd ostatni raz przebywał we Dworze, minęło ponad dziesięć lat, może dwanaście? O wiele za dużo. Jan wiedział, że jego nagłe pojawienie wywoła zdziwienie, a Konstancji nie uda się zwieść marną wymówką. Przyjechał w konkretnym celu, a misja, jaką mu powierzono, nie napawała radością. Bycie posłańcem nigdy nie kojarzyło się z czymś dobrym, ale przywozić złe wiadomości, to jedna z najgorszych życiowych posług. A ta, którą miał do zakomunikowania, było ledwo wprowadzeniem do kłopotów, jakie miały spaść na mieszkańców Wilczego Dworu...

Gdy w końcu otrzymałam książkę, od razu zasiadłam do czytania. Bo i wiadomo, tematyka w moim guście, no i pióro Madzi, samo się rozumie. I chociaż odczuwałam dreszczyk emocji, to gdy tylko przeczytałam wstęp, a wraz z nim legendę (jest po prostu niesamowita), wiedziałam, że książka będzie świetna.

Jednak jeśli, ktoś pomyśli, że przeczytałam tego samego dnia, będzie w błędzie. Wilczy Dwór ma w sobie coś takiego, co nie pozwala po prostu go „łyknąć”, czytając przeżywa się poszczególne sceny, wyobrażając, jak to wtedy wyglądało. W głowie mam zbudowany Dwór z całym gospodarstwem. Każda z postaci nabrała konkretnych kształtów, jak i pomieszczenia. Dlatego też nie potrafiłam siedzieć i czytać do oporu. Chciałam powoli zapoznać się z domownikami, pozwolić by aura emanująca z każdej kartki, nabierała na swojej mocy.

Fabuła toczy się miarowo, nie ma wielkich porywów, by akcja nabrała rozpędu i porwała za sobą w dzikim galopie, ale moim zdaniem jest to wielkim plusem. Ponieważ możemy dać się ponieść temu charakterystycznemu klimatowi. Usłyszeć jak przejeżdża bryczka, zobaczyć ten niepowtarzalny blask świec, bijący z okien dworu. Wszystko tak odległe, a mające w sobie niesamowite przyciąganie.

Rozmarzyłam się na samo wspomnienie tych pięknych sukien, kapeluszy i rękawiczek. Dodatków skrzętnie dobranych kolorystycznie, misternie układane fryzury. Dawniej kobiety wyglądały jak żywe dzieła sztuki, cóż to musiał być za widok...

Trudno było pożegnać się z Wilczym Dworem i jego mieszkańcami. Mam nadzieje, że nie będę musiała zbyt długo czekać, by ponownie zasiąść przy stole z domownikami, posłuchać powiedzonek Pelasi — która może i przesądna, ale swoją wiedzą dorównywała niejednemu uczonemu.

Niby przeczytałam, ale jeszcze jestem zawieszona między tam, a tutaj. Nie chcę wracać do rzeczywistości. Pokochałam Wilczy Dwór (Dionizy, moja miłość) i mam nadzieje, że i Wy pokochacie. Szczerze polecam!

Za możliwość przeczytania książki (i takiej pięknej niespodzianki) dziękuję wydawnictwu Znak.
Czytaj dalej...

Do zobaczenia nigdy

źródło



Pisałam kiedyś o moim nastawieniu na debiuty. Jest ono mieszane, bo z jednej strony jestem na tak, by dawać szansę nowym autorom, ale z drugiej, pozostaje obawa, że jednak książka nie trafi w nasz gust. I co wtedy? Szkoda od razu spisywać na straty — w końcu nie od razu Kraków zbudowano, pisarz również czasem musi się rozkręcić. Nie każdy od razu tworzy bestseller. Dlatego nie powiem bym nie sięgała po świeżynki, ale robię to zazwyczaj sporadycznie. Gdy nagle poczuję, że to chyba będzie dobre. Podobne przeczucia miałam z tym tytułem. Może okładka nie wygląda zachęcająco, szczerze mówiąc, wcale nie przykuwa uwagi. Natomiast opis o wiele bardziej. Skusiłam się i przeczytałam, czy było warto?


 
 
Parker codziennie biega, wstaje wcześnie rano i wychodzi z domu, tak by nikt jej nie widział. Nie ma dla niej znaczenia czy będzie już jasno, ponieważ dziewczyna jest niewidoma. Straciła wzrok w wypadku samochodowym, w którym zginęła jej matka. Od tamtej pory mieszkała razem z ojcem, miała też przyjaciela, bardzo bliskiego. Niestety sprawy jakoś nieszczęśliwie się poukładały i chłopak wyrządził jej bardzo wielką krzywdę. Lata przyjaźni przepadły, została bez jednej z najbliższych osób, nie miała pojęcia, że pewnego ranka, znajdzie martwego ojca....

To wszystko wydarzyło się trzy miesiące temu, Parker czasami pozwala sobie na wspomnienia, ale nie tak by pozwolić rozpaczy wziąć górę. Wręcza sobie gwiazdki za dzień bez płaczu, biega i pomaga innym — przed lekcjami, wraz ze swoją koleżanką, prowadzi grupę wsparcia. Trudno jest powiedzieć czy inni ją lubią, bardziej przyzwyczaili się do niewidomej nastolatki, a nowi uczniowie tylko przez pierwsze dni, nie wiedzą, jak mają się zachować, widząc dziewczynę z zawiązanymi na oczach apaszkami.

Szkoła jest miejscem, gdzie można zająć myśli, w domu już nie jest jak kiedyś. Od śmierci ojca zamieszkała w nim ciotka z rodziną. Kuzynka od początku okazywała niechęć, sama ciotka zachowywała dziwnie, jakby nie potrafiła uwierzyć w samodzielność niewidomej. Za wszelką cenę próbując zapobiec nieoczekiwanej sytuacji. Co często doprowadzało Parker do nerwów.

Przez długi czas, dziewczynie udawało się panować nad własnymi emocjami, nie okazując tęsknoty i żalu, który czaił się w środku po stracie ojca. Tęsknoty za przyjacielem, który rozumiał praktycznie bez słów, zawsze się troszczył i był obok. I w końcu przychodzi moment, kiedy cały mur, jakim odgradzała się dziewczyna, zaczyna pękać, a do jej świadomości dochodzi prawda, o której nie wiedziała, może nie chciała się dowiedzieć...
 
 
 


Nie będę ukrywała, ale to wątek niewidomej bohaterki, sprawił, że zdecydowałam się na przeczytanie książki. Byłam niezmiernie ciekawa, jak autor poradzi sobie nie tylko z emocjami nastolatków, ale również ukaże świat z perspektywy osoby niewidzącej, która jeszcze kilka lat temu, widziała. I nagle musiała nauczyć się żyć w zupełnej ciemności.

Co więcej, tutaj nie można liczyć na wesolutką historyjkę, ponieważ Parker poza tym, że nie widzi, straciła oboje rodziców i przyjaciela. Mimo tylu tragedii nie wygląda na dziewczynę załamaną. Radzi sobie bardzo dobrze, nie potrafi znieść, kiedy ludzie do niej krzyczą — powtarzając w kółko, że straciła wzrok, a nie słuch.

I przyznać muszę, że autor świetnie sobie poradził. Stworzył realne postaci, które ożywają w chwili, gdy zaczynamy czytać. Nic nie jest przesłodzone, nie ma wyolbrzymiania. Znajdą się różni bohaterowie, tacy, który nie będą zwracali uwagę, na niewidomą dziewczyną, chcieli bardzo pomóc, ale również i tacy naśmiewający się z niej. Myślę, że dzięki takiej mieszczance osobowości fabuła stała się o wiele bardziej prawdziwa.

Czytałam z zainteresowaniem, śledziłam losy nie tylko Parker, ale jej znajomych, tych wszystkich, którzy otaczali dziewczynę. I chociaż to ona odgrywa najważniejszą rolę, nie można powiedzieć, by inni nie mieli znaczenia. Wręcz przeciwnie. Każdy wnosi bardzo dużo do tej historii.

Było mi tylko szkoda, że książka tak szybko się skończyła, chyba chciałabym, aby niektóre wątki były bardziej rozbudowane. Niemniej nie mogę powiedzieć, żebym czuła się rozczarowana. Tu chodzi bardziej o fakt, mojego przywiązania do bohaterów. Polubiłam ich i byłam ciekawa, jak potoczą się ich losy.

Podsumowując, książkę czyta się bardzo szybko, nie jest ot takim czytadłem. Porusza wiele poważnych problemów. Jak wspomniałam, niektóre można było dokładniej rozwinąć, ale w końcowym rozrachunku, jestem jak najbardziej pozytywnie zaskoczona, polecam przeczytać.
 
 
Czytaj dalej...

Cela 7

źródło


Na temat książki, której okładka widnieje powyżej, swego czasu było wiele postów. Dlatego chciałam odczekać pewną chwilę z własną opinią. Sama nie bardzo lubię, gdy na każdej stronie pojawia się opinia do jednego tytułu. Bardziej zniechęcająca niż zachęcająca do sięgnięcia po nią. Cóż poradzić, od samego patrzenia też można poczuć przesyt. Jednak w końcu nadeszła pora, abym i ja zaprezentowała swoje kilka zdań na temat Celi 7, czy rzeczywiście warto po nią sięgnąć? O tym, już za moment w dalszej części tekstu.
Poznajemy Marthę, nastolatkę, która została osadzona w więzieniu, a dokładniej celi, za zabicie jednego z najbardziej uwielbianych celebrytów. Szok jest tym większy, że dziewczyna nie próbowała się wyprzeć. Trzymając broń w dłoniach, patrząc w oczy policjantom, oznajmiła, że zabiła Jacksona Paige'a. Morderstwo z zimną krwią, jaki tak młoda osoba mogła mieć motyw? O tym powinna rozsądzić wyższa instancja, czyli sędzia razem z ludźmi odpowiednio do tego przygotowanymi, prawda? Otóż nie, o życiu i winie Marthy rozsądzą widzowie. Programu Sprawiedliwością jest śmierć — cóż za piękna i jakże wymowna nazwa.

W książce śledzimy jak, główna bohaterka przechodzi z celi do celi. Jest ich łącznie siedem. W tej ostatniej zostanie dokonany wyrok śmierci — o ile tak zadecydują widzowie. Może się też zdarzyć, że zostanie wypuszczona na wolność. Tylko w przypadku Marthy, nie ma takiej możliwości. Nastolatka przyznała się do winy. Trzymała broń, przebywała na miejscu zbrodni. Wszystko świadczy przeciwko niej, to też wyniki głosowania, które co jakiś czas jest aktualizowane, ukazują, w jakim kierunki zmierza los, tej młodej kobiety. Za kilka dni, prawdopodobnie zakończy się jej życie. Ponieważ jest winna, tak powiedziała. Tylko czy to była prawda? Kto pokierował bronią, kto oddał strzał? Nikt nie sprawdza, nikogo nie interesuje. Liczy się jedno — kara. Jest ofiara, musi być winowajca, który poniesie konsekwencje. Oko za oko...
Równocześnie widzimy co dzieje się na zewnątrz. Rozdziały dotyczą konkretnej osoby. I dzięki temu zabiegowi, jesteśmy świadkami tego, co dzieje się na zewnątrz,  w miejscu gdzie wychowywała się dziewczyna.  A za murami więzienia, dzieją się bardzo interesujące wydarzenia...


 
Byłam niezmiernie ciekawa książki, która pojawiła się wszędzie, była mocno reklamowana. Tylko teraz pozostaje pytanie — czy reklama godna wnętrza?

Myślę, że tak. Cela 7 jest dobrze napisaną książką, ukazującą wizję świata, który na dobrą sprawę nie musi być tak odległy. Patrząc na to, co dzieje się w koło, nie zdziwi mnie, gdy pięknego dnia, dowiem się, że o naszym losie będą podejmowane decyzje za sprawą głosowania telefonicznego.

Internet zdominował nas wszystkich. Praktycznie bez wyjątku. Chcemy wiedzieć i widzieć wszystko. Ciągle mało informacji. Życie wystawione na widok publiczny. Nie trzeba być celebrytą, sami sobie serwujemy coś podobnego. Modne jest filmowanie porodów, może niebawem modne będzie pokazywanie zabijania? Któż może wiedzieć, do czego ludzkość dojdzie w tym szaleńczym pędzie.

Dajemy się ogłupiać serwowanymi informacjami, które w większości bywają kłamstwem. Propaganda miewa się całkiem dobrze, a Ci manipulującym „stadem”, muszą mieć niezły ubaw. I właśnie o tym, o takim zjawisku jest Cela 7. Ukazuje, jak ludzie poddali się temu, co pokazuje telewizja, internet. Co można nam wmówić, a my uwierzymy, bo tak jest wygodnie. Nie dociekając jaka jest prawda.

Mnie przeraziło w książce, może już nie sam pomysł na głosowanie — bo naprawdę, już nic nie jest w stanie mnie zdziwić, ale sam fakt, że ludzie chcieli oglądać cudzą śmierć. Nawet jeśli było podejrzenie, że skazana osoba, nie dopuściła się zbrodni, o którą została oskarżona. Mimo tego, żądna krwi widownia czekała — na śmierć. I kiedy tak czytałam, doszłam do wniosku, że podobne rzeczy się dzieją. Brak interwencji, gdy w miejscu publicznym dochodzi do przemocy — ludzie nagle nic nie widzą, zaczynają się śpieszyć. Upadniesz, stracisz nie daj Boże przytomność. Ominą Cię, mówiąc — Znowu jakaś/jakiś nachlany. Jakże mylne jest myślenie, że będąc w tłumie, nic nam nie grozi. Taaak, lepiej myśleć zawczasu gdzie upaść, bo jeszcze zdepczą i okradną.

Wracając do książki, smutne jest, że dochodzi już do takich wizji. Przeraża mnie myśl, że niebawem staniemy się widownią, stadem zaślepionym i niemyślącym. A tak będzie. Cela 7 jest mądrą pozycją, ale czy może coś zdziałać? Ja ze swojej strony szczerze polecam. Warto przeczytać.


Za możliwość przeczytania książki, dziękuję wydawnictwu Sonia Draga.


Czytaj dalej...

Pomysł - czyli nowość na blogu

 


Kochani, od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie i chodziło... coś ;D, Jako że blog już swoje latka ma, jakby nie było — piątka brzmi poważnie. Postanowiłam troszkę rozbudować tematycznie. Nie, żebym nagle chciała zrobić się znawcą od wszystkiego. Nie, nie. Wszystko dzięki pewnej rozmowie z Agatą znaną z tego bloga. Otóż jak wiadome jest, książkoholik też człowiek, nie samym czytaniem żyje. Mamy też do ogarnięcia inne sprawy. No i na przykład pielęgnacja, nasza. Ciała i twarzy, i takie tam. Nie ma obawy, nie przekwalifikuje się na stronę reklamującą kosmetyki. Czasem tylko wrzucę polecajki. Przeze mnie sprawdzone. Jeśli coś będzie tak dobre, że warto ukazać innym — bo może nie znają, a czegoś takiego szukają. Czy też odradzić, żeby ewentualnie ktoś z Was, nie naciął się, nie naraził na byle jaki badziew. W końcu my tutaj jak mała rodzinka. Można czasem zmienić temat z książki, na kosmetyk.

Posty będą moimi luźnymi spostrzeżeniami, coś, co pomyślałam, że można czasem pokazać, żeby z Wami, którym znamy się tyle lat, podyskutować, może ktoś poradzi coś swojego. Bo ja przyznam szczerze, nie bardzo zaglądam na blogi typowo kosmetyczne, czy też modowe. Tam dziewczyny już mają sponsorowane testy, wszyscy dobrze wiemy, na czym polega recenzja. Jeśli wystawiamy opinię do naszego prywatnego, nie ma stresu, że dostaniemy wiadomość o zerwaniu współpracy. Co innego zobowiązania i tak dalej.
 I tak oto wpadłam na (w moim mniemaniu), dosyć genialny pomysł. Będę czasem podrzucać kosmetykami. Nie zagłębiam się w te do makijażu, sama niezbyt potrafię wykonać ładny make-up, bardziej interesuje mnie dbanie o skórę:), Chyba że będzie to zwykła notatka, czy np., szminka dobrze się trzyma, a cień rozprowadza. Moja twarz do pokazywania publicznego absolutnie się nie nadaje ;). Także no, od czasu do czasu będzie coś poza książkami. Zainteresowanych zapraszam. Mam nadzieje, że pomysł się przyjmie i polubicie moje kosmetyczne wypocinki:).



 
Czytaj dalej...

Apetyt na więcej



Trzecie i niestety już ostatnie spotkanie z bohaterami, do których zdążyłam się bardzo przywiązać. Śledziłam ich decyzje, w jaki sposób radzili z napotkanymi przeszkodami. Tego, co zostało pomiędzy wszystkim przemycone, jakie trafne spostrzeżenia i porady życiowe. Teraz gdy już wiem, jakie nastąpiło zakończenie, odczuwam smutek. Bo już nie będę czekała. Życie płynie dalej, a oni poszli w swoje strony. Byłam bardzo ciekawa, co zafunduje autorka, czy będę zaskoczona, takim albo innym obrotem spraw. I jak to wyszło w końcowym rozrachunku? Zacznę po kolei.

 
Ewa od jakiegoś czasu miota się w swoich uczuciach. Rozstanie z Andrzejem, nowy związek z Jimmem. Wszystko poukładało nie do końca tak, jakby tego oczekiwała. I chociaż ten drugi mężczyzna jest uczuciowy i na dobrą sprawę, nie można mu nic złego zarzucić, to Ewa wie, czuje w środku, że oszukuje siebie i jego. Bo ich związek nie został oparty na przyciąganiu, tego czegoś, co tak trudno opisać, ale kiedy się poczuje, wiadomo jest, że to jest TO. Ona, jak i Jimm na pewnym etapie potrzebowali bliskości, jedno drugiego, lecz czy rzeczywiście czuli się ze sobą szczęśliwi?

Nieoczekiwany powrót żony, rewelacja o jej ciąży i konflikt z Ewą, sprawił, że Andrzej z każdym kolejnym dniem czuł ból i zazdrość. Wiedział, że popełnił okropny błąd. Niestety, serce nie sługa i ciągnie do tego drugiego, za którym tęskni. W całym tym nieszczęściu pomagała pani Alinka, dobrotliwa staruszka, służąc radą i oparciem. Relacje mężczyzny z synem nie zmieniły się, obaj nie bardzo rozumieli, co dalej będzie z ich pokręconą rodziną. Chociaż to słowo było nad wyraz, zważywszy na fakt, jak wyglądały ich wspólne chwile. Dokładniej mówiąc, ich brak.

Została jeszcze Klaudia, pogubiona nastolatka. Szukająca własnego miejsca na ziemi. Dziewczyna naprawdę starała się spróbować być „normalna”, tylko co tak naprawdę, kryje się pod tym terminem? Normalna — czyli taka, jak oczekuje większość? Jeśli będzie kimś innym, zostanie spisana na poniewierkę, z racji swojej odmienności. Pomagająca innym, ale sama nieumiejąca zaradzić własnym problemom. Czy w końcu i do niej uśmiechnie się los? Może niekiedy potrzeba zostawić wszystko, co się ma i pojechać za szczęściem?

 
Napisałam na początku, że trudno będzie mi rozstać się trylogią. I tak jest prawda. Zżyłam się ze wszystkimi, polubiłam tych ludzi, którzy żyli na kartach stron. Czytając, miałam wrażenie, że oni są naprawdę, tutaj gdzieś obok. Sprawy ich dotyczące, niby nic niezwykłego, ale jakże przeżywałam poszczególne wydarzenia. Nie wiem, jak Pani Olejnik to robi, ale pisząc o zwykłym życiu, porywa czytelnika od pierwszych stron.

Ja planowałam lekturę Apetytu na inny termin. Ot chciałam tylko zerknąć, jaki jest początek. I tak się jakoś złożyło, że nie odłożyłam książki, dopóki nie dowiedziałam wszystkiego.

Wszystkie smaki życia — chyba lepiej nie można było tego nazwać. Tutaj znajdziemy nie tylko słodycz i gorycz. Zdecydowanie więcej będzie tych smaków. Każdy zupełnie inny i charakterystyczny. Jak życie. Nie można powiedzieć by, było tylko złe albo dobre. Na co dzień spotykamy się po troszeczku, z każdym smakiem. Lepszym, gorszym. Jednak w całości, razem, będą tworzyły nas samych.

Byłam niezmiernie ciekawa w jaką stronę, zostaną poprowadzone ścieżki postaci. Czy Ewie uda się porozumieć z Andrzejem, Jak poradzi sobie Klaudia w dżungli życia, niekoniecznie otwartego na coś, co nie jest zbyt powszechne?

Trzymałam kciuki za nich wszystkich, nawet za byłą żonę Andrzeja, która na pewnym etapie pogubiła się, ale w końcu, jak każdy — pragnęła szczęścia. Czy odnalazła wraz z innymi postaciami? Czy każdy znalazł swoją własną szczęśliwą przystań? Do której zawsze będzie mógł powrócić?

Nie wiem, czy byłam zaskoczona niektórymi zdarzeniami, ale na pewno kilka razy przeżywałam rozpacz razem bohaterami. I nie mogłam zrozumieć, dlaczego musiało się tak właśnie zakończyć. Jedno jest pewne, często nieświadomie, z powodu niedomówień, można wyrządzić sobie i drugiej osobie krzywdę. Dlatego tak bardzo ważna jest rozmowa. Nie wypytywanie przez kogoś, nie czekanie — Bo On/Ona musi pierwszy/a. Można się nie doczekać. I pozostanie ból oraz żal do samego siebie.

Wydaje mi się, że nie muszę polecać Tej części, jednak chciałabym, aby każdy, kto jeszcze nie rozpoczął przygody ze Smakami, zdecydował się na nią. Na pewno nie pożałujecie. Jestem zachwycona poziomem wszystkich trzech części. Pani Agnieszka Olejnik cudownie pisze, wspaniale trzyma poziom. Coś niesamowitego.


Chciałam bardzo serdecznie podziękować Pani Agnieszce Olejnik, za możliwość przeczytania książki.



Czytaj dalej...

La La Land - Film


źródło


Jeden z najsłynniejszych filmów 2016 roku, sześć Oscarów i siedem złotych globów. Czy film w reżyserii i scenariusza Damiena Chazelle, rzeczywiście zasłużył na taki rozgłos i zebrane nagrody? Czym zasłynął i co sprawiło, że widownia wprost oszalała po obejrzeniu La La Land? Może gra aktorów, może taneczna muzyka? Postanowiłam sprawdzić i przekonać się na własne oczy, zrozumieć (albo i nie) fenomen. Poczuć wszystkie opisywane emocje, dać się wciągnąć w klimat musicalu.

Pierwsza scena ma miejsce na autostradzie, jeden wielki korek, pewna kobieta znudzona czekaniem zaczyna śpiewać piosenkę. I oto po chwili wszyscy oczekujący, wychodzą ze swoich samochodów, śpiewając i tańcząc. Nie wiem do tej pory, co w było w tym takiego spektakularnego i wprawiło w zachwyt niemalże każdego. Mnie bardziej znudziło, oczekiwałam więc postępu akcji, czegoś, co naprawdę zainteresuje. Bo widok brykających po maskach samochodu śpiewaków nie bardzo bawił. Straszna ze mnie sztywaniara.

Oczywiście w wyżej wymienionej grupie, są też oni, główni bohaterowie. Mia (w tej roli Emma Stone, zdobywczyni Oscara w kategorii ? najlepsza aktorka pierwszoplanowa) i Sebastian (Ryan Gosling). Dziewczyna pracuje w kawiarni, chociaż praca nie należy do jej spełniania marzeń. Dlatego niestrudzenie biega na przesłuchania. Mając nadzieję, że w końcu jakiś producent oddzwoni, a ona otrzyma rolę życia, dzięki której raz na zawsze zdejmie fartuszek. Niestety marzenia mają to do siebie, że lubią... pozostawać w sferze niespełnionych. Podobnie ma się sprawa z Sebastianem, niespełniony muzyk, kochający Jazz. Marzący o otworzeniu własnego klubu, w którym dawałby koncerty ukochanej muzyki. Na razie, nie ma grosza przy duszy. Mimo wszystko wierzy, że w końcu nadejdzie dzień, gdy zostanie doceniony, a on stanie się sławny. Co tych dwoje ma ze sobą wspólnego? Sprawa jest chyba oczywista. Marzenia. I nie, ich losy nie splatają się piękny i romantyczny sposób. Przeciwnie. Pierwsze spotkanie nie wygląda obiecująco, ale jakimś dziwnym sposobem, będą się na siebie wpadali. Przypadkiem? Któż to może wiedzieć. W końcu rozpoczynaj wspólną podróż ku spełnieniu marzeń, ku dotarcia do celu, gdzie nareszcie będą mogli powiedzieć, że warto było walczyć.





Film jest musicalem, a więc nie brakuje rozśpiewanych scen, gdzie nagle nasi ulubieńcy zaczynają tańczyć na środku ulicy. Dźwięki pobudzają nawet widza, co za tym idzie, nie wiemy, czy mamy oglądać, czy dołączyć do tańca. To znaczy, taki chyba był zamysł reżysera, bo ze mną tak łatwo nie poszło. Owszem, lubię filmy śpiewane, ale tutaj momentami czułam znużenie, zbyt długo nie działo się nic istotnego. I tak na dobrą sprawę pierwsza połowa filmy była o niczym. Patrzyłam z coraz większymi nerwami, zastanawiając się o co, było aż tyle szumu? Bo uwierzcie, można posłuchać śpiewania, popatrzyć jak ładnie tańczą, ale nie przez 55 minut filmu. Tak, sprawdzałam, ile trwały te wszystkie bezsensowne scenki, zanim Mia i Sebastian zaczęli naprawdę działać. Rozumiem, a raczej staram się zrozumieć zamysł reżysera, ale no mnie umęczyła pierwsza połowa filmu. I byłam przekonana, że poleci totalna krytyka, po zakończeniu seansu. I nagle, jakby stało się coś magicznego. Tajemniczy pstryk albo nie wiem. Po prostu film się rozpędził. Siedziałam i z napięciem śledziłam kolejne wydarzenia. Już nie odczuwałam znużenia, nie odliczałam czasu do zakończenia. Chciałam wiedzieć jedno ? co będzie dalej? Jak zakończy się przygoda tych dwojga?



Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się podobnego obrotu sprawy, byłam w ogromnym szoku w kierunku, który obrał Chazelle, nie do końca się z nim zgodziłam. I nie dlatego, że wyszło źle. Tylko roztrzaskał mnie emocjonalnie. Tak naprawdę, nie bardzo wiem, co się stało. Początek mnie denerwował, a później przeżywałam każdą kolejną scenę, by na samym końcu siedzieć i płakać. Bałam się, że będę musiała skrytykować, teraz muszę zwrócić honor twórcom i przyznać, że nagrody były, a raczej są zasłużone. Troszkę szkoda, że Gosling nie został doceniony za swoją grę, bo ta ostatnia scena... Do tej pory boli mnie serce, na samo wspomnienie. Ogólnie sposób, w jaki oddawał pasję, miłość do jazzu, był moment, kiedy naprawdę zaczęłam przekonywać się do tego gatunku muzyki.



źródło


Cóż mogę więcej napisać, po nieudanym początku, który troszkę mnie zniechęcił. No dobrze, nawet bardzo. Stał się cud albo ja zrozumiałam klimat. W każdym razie pokochałam ten film, pokochałam piosenki, całość przekazu, nad którym każdy się zachwycał, a ja o nim nie chcę pisać. Właśnie po to, by nie odbierać potencjalnemu widzowi, radości odkrywania. Niech każdy po prostu zasiądzie przed ekranem i pozwoli się porwać. Szczerze polecam. Ja chyba sobie obejrzę jeszcze raz.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.
Czytaj dalej...

HBC - polskie koksy



Gdy zobaczyłam, że została wydana druga część HBC – wiedziałam, że książka musi zasilić moje szeregi. Pamiętam niepewność po otrzymaniu pierwszej, koszmarna okładka i konsternacja, o co chodziło, dlaczego zdecydowałam się na przeczytanie czegoś takiego. Na szczęście już po wstępie wiedziałam, że będzie dobrze. Nie spodziewałam się jednak jak bardzo dobrze. Bo Wojciech Drewniak pisze genialnie, ukazując historie z zupełnie innej perspektywy, nie tej nudnej, a zabawnej i bardziej przystępnej. To też widząc zapowiedź HBC – polskie koksy, wiedziałam, że przeczytam. Czy i tym razem było równie wesoło?

Tym razem Wojciech Drewniak przedstawia nam najsławniejszych walczących, tak zwanych koksów. Polaków, którzy zasłynęli w dziejach jako najbardziej waleczni, ale nie tylko. Byli również najlepszymi strategami. I tak jako pierwszego poznajemy kogo? Zawiszę Czarnego, owianego tajemnicą, ale również chyba największą sławą. Ten, o którym bardzo mało wiadomo, ale jedno jest pewne. Facet był dobry w tym, co robił.

Oczywiście w książce zostało poruszonych bardzo wiele znanych nazwisk. Tych, o których każdy, a przynajmniej większość na pewno słyszała, chociaż może niekoniecznie zapamiętała gdzie i dlaczego. Mnie najbardziej zaciekawiła opowieść na temat Hubala – Henryka Dobrzyńskiego. O nim swego czasu, został nawet nakręcony film.

Każdy, kto przeczytał poprzednią książkę, wie, w jakim stylu została napisana. Podobnie jest i tutaj, nie brakuje zabawnych porównań, jak i komentarzy samego autora. Chyba najbardziej uśmiałam się przy rozdziale dotyczącym Stanisława Żółkiewskiego. Cały czas zastanawia mnie, jakim cudem, kilkuset strzelców nie nie trafiło w jednego człowieka. Do tej pory myślałam, że takie partaczenie sprawy możliwe jest w naciąganym filmie, ale jednak nie. Takie rzeczy naprawdę miały miejsce w historii. Teraz już widząc w filmie ocalałego pod ostrzałem ludzia, będę mogła powiedzieć – a tak, takie rzeczy są możliwe.

„W pewnym momencie rozległy się strzały i... nikt nie trafił. SERIO! Zatrzymajmy się tutaj na chwilę, bo to jakiś żart, a nie wojsko. Nie jestem w stanie pojąć, jak to się stało, że żaden z kilkuset strzelców nawet nie ranił naszego koksa.”*

 

Nie wiem, jak to się dzieje, ale poprzednim i tym razem, miałam przeczytać kilka stron, zakończyło się na tym, że nie potrafiłam oderwać od książki. I nie odłożyłam jej, dopóki nie zakończyłam. Przeważnie na temat historii czyta się opornie, suche fakty, niczego porywającego, chociaż nie powiem, losy tych wielkich i zasłużonych bywały różne i teraz jak sobie pomyślę, mieli oni bogate życie. Nie tylko to wojenne.
Szkoda wielka, że w szkołach większość jest ukazana nudno, bez jakiś większych ciekawostek. Ot macie przeczytać, zapamiętać do sprawdzianu – bo niewielu młodych zapamięta dłużej, niż do oddania kartki. Taka niestety jest smutna prawda.

Cieszę się, że HBC została opisana, dla tych, którym nie bardzo chce się czytać, polecam stronę na You Tube, ale szczerze mówiąc, naprawdę warto przeczytać. Mimo tej kiczowatej, koszmarnej okładki w stylu – grafik płakał, gdy projektował. No cóż, w tym przypadku, bardzo trafne będzie powiedzenie – nie oceniaj książki po okładce. Przeczytajcie, nie pożałujecie. Jestem jak najbardziej na tak do tego typu lekcji historii.

*fragment ze strony 65


Za możliwość przeczytania książki, chciałam podziękować wydawnictwu Znak.
Czytaj dalej...

Dzień dobry, północy




Chyba większość czytelników, zachwyciła się okładką tejże książki. Ma bowiem w sobie coś, co przykuwa. I nie chodzi i pięknie połyskliwe gwiazdy, a jeszcze jeden szczegół. Pewną tajemnicę, może i niepewność? Tak było w moim przypadku gdy zobaczyłam książką po raz pierwszy. Oczywiście spodobała mi się faktura, ale byłam ciekawa czy kryje się za nią coś głębszego. Poznałam wcześniej kilka opinii, mniej więcej byłam świadoma czego się spodziewać, ale czy na pewno?

Poznajemy dwoje przewodnich postaci. Augustine'a oraz Sully. Oboje dzieli przerażająca odległość. Ona gdzieś daleko w przestrzeni kosmicznej. On natomiast na kole podbiegunowym. Oddający się swoje pracy, robiący to, o czym całe życie marzyli i dążyli do tego, by teraz znaleźć się w tym właśnie miejscu.

Jesteśmy świadkami, zmagania się starszego już badacza z zimą, surowością natury, która nie ma litości. I chociaż Augustine radził sobie doskonale w podobnych warunkach, teraz odczuwa, czym jest nieprzenikniona natura. Całe życie patrzył w gwiazdy, na to, co ukrywają, co można z nich wyczytać. I nagle po latach spędzonych z oczami w niebie, zauważa otaczającą go ziemię, naturę oraz jej siłę, z którą często trudno sobie poradzić. Zwłaszcza gdy, dociera do mężczyzny postęp upływających lat, jego ziemska podróż dobiega końca. Nie ma pewności czy i jak przetrwa kolejną zimę. Dodatkową niepewnością napawa cisza, cisza świadcząca o czymś złym. Czy na całej planecie pozostał on jeden? Ten, który odmówił ewakuacji?

Między czasie przenosimy się w kosmos, gdzie załoga statku wraca z dwuletniej, badawczej misji na Jowiszu. Grupa astronautów jest zadowolona z postępu swojej pracy, można rzec, czują dumę z tego, co udało się im dowiedzieć i zbadać. I gdy znajdują się w miejscu, gdzie powinni otrzymać jakikolwiek sygnał z ziemi, nie słyszą nic. Zupełnie nic. Przez długi czas mają nadzieje, że wynikiem braku sygnału są zakłócenia, może opóźnienia. Jednak im bliżej celu, tym cisza wydaje się donośniejsza. Do świadomości każdego członka, wkrada się straszna myśl, że oto nie ma pewności, co wydarzyło się na ich planecie. Czy jeszcze mają dokąd wracać?

Sully i Augustine, tak daleko od siebie, a jednak coś ich łączy. Każde było świadome decyzji, jaką podjęli. Ona, gdy wyruszała w misję, On, gdy dobrowolnie zrezygnował z ewakuacji, ale to nie ta ostateczna decyzja wpłynęła na jego życie. Teraz po prostu znaleźli się na taki etapie, gdy poczuli się zagrożeni, niewiadoma tak dotkliwa i wdzierająca w każdy zakamarek duszy skłaniała do przemyśleń. Nad własnym postępowanie, czy byli egoistami? Czy wyrządzili komuś krzywdę? I najważniejsze, co przyniesie przyszłość, jest w ogóle jakaś przyszłość?

Samotny mężczyzna w opuszczonej stacji badawczej, osamotniona w kosmosie kobieta. Dwoje ludzi dzielących tak wiele, a jednak mających ze sobą więcej wspólnego, niż mogą wyobrazić.

Trudno jest mi pisać o tej książce. Lily Brooks-Dalton stworzyła historię, która z jednej strony może wydawać się mało interesująca, ale gdy już rozpocznie się przygodę z bohaterami, nagle zostajemy wciągnięci w ich życie. I oto, raz jesteśmy w fascynującym i zarazem przerażających kosmosie, by po chwili zmagać się z zimową aurą, gdzieś w odległym obserwatorium. Natomiast opisywane postaci, zaczynają stawać się nam bliskie.

Zastanawiamy się, czy Sully będzie miała jeszcze możliwość zobaczyć Ziemię? Czy misja, nad którą tyle lat się przygotowywali, miała jakikolwiek sens? Co zrobić przebywając tak daleko od własnej planety, gdy nagle okazuje się, że może nic na niej nie pozostało?

Jak poradzić ze świadomością ewentualnej zagłady, do kogo, czego wrócić? Czy zdołają poradzić sobie, bez pomocy z lądu?

Podobne myśli nachodzą, gdy przyglądamy się bezowocnym zmaganiom Augustine'a szukającego łączności. Gdy dochodzi do niego straszna myśl, że prawdopodobnie on jeden przeżył. Tylko On przetrwał cudem, na tej zamrożonej ziemi, gdzie przetrwać potrafią nieliczni. Co dzieje się dalej? Może nastała awaria sprzętu, może jest szansa na odbudowanie i w końcu, któregoś dnia otrzyma sygnał...

Czytając książkę, zastanawiałam się, czyje położenie bardziej mnie przerażało. Sully wprawdzie miała towarzystwo na statku, ale co z tego? Lecieli, mając nadzieje na podzielenie się swoimi odkryciami. I nagle, dociera do nich wieść, że na Ziemi wydarzyło się coś strasznego. Nie mają żadnej wiedzy, jaka tragedia spotkała mieszkańców, czy i na nich czeka zagrożenie?

Znowu samotny Auge też nie stanowił pocieszenia. Sam jeden, oczekujący jakiegokolwiek znaku, powoli tracący nadzieje. Tak, wybrał samotność, ale chyba nie o to mu chodziło. Świadomość, że nigdzie nie ma żadnego człowieka, dobijała.

Dzień dobry, północy
, jest książką, która daje do myślenia, ja przeżywałam i to bardzo. Wczuwałam się w sytuacje w której znaleźli się bohaterowie. Co więcej, autorka daje nam wgląd na wydarzenia przed wylotem, czy misją na koło. Możemy dowiedzieć się jakie życie prowadzili Sally i Augustine. Dzięki temu intensywniej przeżywamy nadchodzące później zdarzenia, rozumiejąc, jaki miały na nich wpływ.

Nie jest to jednak lektura z wartką akcją, tutaj trzeba się przygotować na pewne analizy, przemyślenia i przechodzenia przez etapy emocjonalne. I nie, nie są one męczące, autorka nie przynudza. Czyta się lekko, ale  też  odpowiednio pobudza. Uważam tę lekturę za udaną, chociaż troszkę ubolewam nad formą zakończenia... No cóż, widać Brooks-Dalton miała taką wizję. Trzeba się z nią pogodzić, chociaż niekoniecznie zgodzić. Niemniej jednak książkę szczerze polecam.
 
 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa
 
Czytaj dalej...

Pięć lat, pięć prawd, pięć wyznań ;) (:


Tak. To już 5 lat. Nie będę Wam pisała tego co zwykle bo i po co? Może z racji tak okrągłej i jakże zacnej rocznicy zdradzę kilka faktów, kilka wyznań, które są związane tylko i wyłącznie z blogiem oraz jego prowadzeniem. Jesteście ciekawi? Mam nadzieje, że tak. A na koniec,,, Hmmm może mała niespodzianka? Ale o tym później:)



PIĘĆ PRAWD 



1. Zakładając bloga miałam być anonimowa - Tak, kiedy powstawała strona, powiedziałam sobie, że nigdy pod żadnym pozorem nie ujawnię swojej prawdziwej tożsamości. Nie dlatego, że się bałam, albo z pobudek hejterskich - teraz bycie anonimowym jest do tego określanie. Ja po prostu chciałam mieć oddzielone życie wirtualne od realnego. Cóż.... wiecie sami jak wyszło;) 

2. Nie miałam pojęcia, że istnieje coś takiego jak współprace - Serio, teraz często słyszę, że ktoś jeszcze nie założył swojej strony, a już pyta, jak długo trzeba prowadzić, by móc nawiązać współprace z wydawcami. No ja to byłam totalnie oderwana od rzeczywistości. W szoku ciężkim, że można otrzymywać książki do recenzji. Pisałam o swoich albo pożyczonych.

3.  Myślałam, że blogów książkowych jest mało - Czy wspomniałam, że byłam niczym dziecię we mgle? Ja serio nie miałam pojęcia o tych wszystkich działalnościach około książkowych. Czytałam, ale nie wchodziłam na żadne portale  czy też inne strony poświęcone literaturze - posiadanie bloga otworzyło mi oczy, he he he;)

4. Miałam problem z nazwaniem strony - mało tego, ja nie wiedziałam, że blog musi mieć swoją nazwę! Po prostu utworzyłam sobie adres bloga, ambitnie od imienia, a później się okazało - po niewielkim rozeznaniu w terenie, że oto moja nowo narodzona  stronka powinna się nazywać. No i co teraz? Nie wiedziałam nawet o czym miał być blog, po prostu go założyłam. Brawo dla mnie, bloga chciała, ale na co? tego już nie wiedziała. Fanfary i w ogóle ;)

5.  Nie lubię wywiadów - Tak, naprawdę nie lubię wywiadów. Jestem inna, ale mnie naprawdę nie interesuje życie autorów. Nie jestem ciekawa tego co robią kiedy nie piszą, nie potrzebuje też wiedzy na temat tego, skąd czerpią wenę. Czasem gdy wejdę na stronę, którą obserwuje, sprawdzam pytania, jeśli są z natury prywatnej, nie czytam. Jeśli coś, co dotyczy książki - akurat jestem jej ciekawa. Wtedy czytam odpowiedzi na wybrane pytanie. Jednak ulubiony kolor, czy miejsce na wakacje? Nie, to jest moim zdaniem zaśmiecanie głowy niepotrzebnymi informacjami. 


PIĘĆ WYZNAŃ 


1.  Nie miałam odwagi komentować postów u innych blogerów - Niestety tak było, bardzo długo czaiłam się "zza krzaka", zanim zdecydowałam na pierwsze nieśmiałe komentarze. Trudno było napisać coś u kogoś, kogo nie znałam. Pamiętam mój pierwszy komentarz, pamiętam jak mnie ucieszył. I ta osoba do tej pory jest mi bliska, mimo, że wtedy nie spodziewałam się, że znajomość wirtualna może przenieść się do rzeczywistości:).

2.  Nie rozumiałam i dalej nie rozumiem, dlaczego nie wolno zapraszać na swój blog ;) -  Wiecie co mnie niezmiernie dziwiło, gdy wchodziłam na blogi? Te zastrzeżenia - NIE SPAMUJ LINKIEM!!!  Nie no, serio to takie straszne, tak koszmarne wręcz, że powinno się kamienować za podobne występki. Naprawdę niektórych boli, gdy ujrzą koment, z zaproszeniem do siebie? Cholera, jak byłam świeżakiem, też miałam ochotę tak zrobić, na szczęście zanim ogarnęłam z napisaniem, zobaczyłam ZAKAZY.  

3. Wkurza mnie chwalenie, bo książka od lubianego autora/wydawcy - Upływa pięć lat, wiem, że większość za mną nie przepada z powodu krytyki. Mają do tego prawo. Jednak co mnie ciągle zadziwia? To to, że ludzie nie napiszą słowa krytyki, kiedy mają książkę od znajomego autora, a tym bardziej naszego rodzimego - bo się obrazi. Serio? I co? W takim wypadku lepiej napisać nieprawdę? Zajefajnie. Cała instytucja blogów książkowych może spadać, ponieważ jest niewiarygodna. Smutne to jest. Nie przemawiają do mnie tego typu tłumaczenia.

4. Czytam całe recenzje, chyba jako jedyna - Kiedyś dowiedziałam się zupełnie przypadkiem, że ludzie odwiedzający blogi, nie czytają całych opinii, tylko końcówkę - bo strata czasu. I cholera, sprawdziłam. Niestety tak jest. Tekst z papą smerfem i smerfetką w kryminale, do tej pory siedzi nieodkryty. Cóż... Jaki jest sens tak bardzo się starać? Fakt, gdy jest recenzja książki, którą mam przed sobą, czytam tylko ogólne wrażenia, żeby się nie dowiedzieć czegoś, co mi zepsuje odbiór. Wtedy jednak piszę w komentarzu, że przeczytałam tylko fragment.  Już nie wspomnę, że pod recenzją do filmu, otrzymałam komentarz - kiedyś przeczytam;). Tak, od tamtej pory przy tytule wstawiam dopisek - film. By ułatwić zadanie.  I ja niby nie mam serca?

5. Blog bardzo mnie zmienił - Nawet nie wiedziałam kiedy, ale tak się rzeczywiście stało. Gdzieś na pewnym etapie prowadzenia mojej strony, zaczęłam się zmieniać. Może to raczej nie blog, a przede wszystkim ludzie, których poznałam.  W życiu bym te pięć lat temu, nie powiedziała, że wsiądę w samolot i polecę do stolicy, spotkać z kobietami, które znam z sieci - jestem z natury dosyć nieufna. Zmienił się również mój czytelniczy gust. Zaczynałam jako fanka kryminałów, jedyną fantastykę jaką znałam była Saga Zmierzch - dalej moja ukochana. Nie znosiłam biografii. Teraz, to właśnie tego typu książki mogę czytać, fantasy zagościła na dobre, natomiast na romanse, które w nastoletnich czasach połykałam, teraz okrutnie drażnią. No dobra, teraz są paskudnie żenujące erotyki xD 




A już na sam koniec, poza tymi punktami. Nie wiedziałam, że tylu ludzi, stanie się dla mnie bardzo bliskich. A ich sprawy będą sprawiały mi radość, a czasem smutek, że będę przejmowała się ich losami. Nie spodziewałam się, że dzięki jednemu kliknięciu, zrobię tak wielką rewolucję w swoim życiu, że to będzie taka świetna przygoda, sprawiająca tyle radości. Chociaż nieraz i nerwów;) Wspaniałe kobiety, dzięki którym świat jest inny. Razem się śmiejemy, złościmy i niekiedy smucimy. Bo takie w końcu jest życie.  Dziękuję Wam kochane, że jesteście, mam nadzieje, że będziecie kolejne i kolejne lata...;) 




Obiecałam na koniec, że będzie niespodzianka. I będzie, ale w osobnym poście. Nie będzie łatwo. Śledźcie stronę....;) ;)

Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka